www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Nigdy nie wiesz, polityku, co cię spotka w nowym roku. 7 posylwestrowych historii z Poznania o wzlotach i upadkach

5 stycznia 2022

Nigdy nie wiesz, polityku, co cię spotka w nowym roku. 7 posylwestrowych historii z Poznania o wzlotach i upadkach

#Poznań  #2022  #sylwester  #nowy rok  #Jacek Jaśkowiak  #Jadwiga Emilewicz  #Franciszek Sterczewski

Happener Franciszek Sterczewski myślał o wyborach... ale do rady osiedla. Wiceprezydent Sławomir Hinc składał noworoczne życzenia w zastępstwie za Ryszarda Grobelnego - trzy tygodnie później nie był już jego zastępcą. Jacek Jaśkowiak prosił tylko o śnieg. Dostał fotel prezydenta Poznania.

Już ładnych kilka dni po sylwestrze. Zeszły rok podsumowany, postanowienia na nowy - porobione, szampany dopite, oznaczenia na kompromitujących fotkach i filmikach na FB czy Insta usunięte.

Można więc z zapałem i nową energią wejść w kolejny rok. Mimo wszystko plany warto snuć ostrożnie, bo tak naprawdę nigdy nie da się przewidzieć, co się wydarzy. Świadczy o tym kilka historii - które przy okazji nowego roku postanowiłem przypomnieć.

Wiceprezydent Sławomir Hinc, posłanka Jadwiga Emilewicz, miejski aktywista Franciszek Sterczewski, czy wreszcie prezydent działacz sportowy Jacek Jaśkowiak - większość z nich kiedyś nawet nie mogła przypuszczać, jak nowy rok wywróci im życie.

SYLWESTER 2011
Niepokonany Sławomir Hinc podaje się do dymisji

To historia, którą już raz opisywałem w zestawieniu głośnych odejść z urzędu miasta, ale ze względu na jej ścisłe powiązanie z sylwestrem trudno byłoby ją tutaj pominąć. Zatem wybaczcie - będę się odrobinę powtarzał.

Z miejskiego sylwestra w 2011 r. na placu Wolności - który wówczas relacjonowałem jako dziennikarz "Wyborczej" - zapamiętałem trzy rzeczy.

Jedna to występ Małgorzaty Ostrowskiej i jej "Mister of America". Druga to noworoczny toast, tuż przed północą, który Grzegorz Markowski wznosił... herbatą. I wreszcie trzecia rzecz - życzenia dla poznaniaków od wiceprezydenta Sławomira Hinca.

- Czy Poznań jest niepokonany? Czy jesteśmy NIEPOKONANI?! - wykrzykiwał Hinc ze sceny, co miało być oczywiście nawiązaniem do zaśpiewanego chwilę wcześniej przeboju zespołu Perfect, ale niespodziewanie okazało się ciekawym nawiązaniem do samego Sławomira Hinca.

Już wtedy krążyły pogłoski, że pomiędzy prezydentem Ryszardem Grobelnym a jego zastępcą nie dzieje się za dobrze. Ciekawe w tym kontekście było to, że Hinc w ogóle zastąpił Grobelnego na miejskim sylwestrze, no ale w końcu nadzorował kulturę.

Tak czy inaczej - krótko po sylwestrze pół miasta huczało już od pogłosek o zwolnieniu Hinca. On sam mówił o sobie z przekąsem "jeszcze zastępca prezydenta".

O tym, że został odwołany ze stanowiska, wie już całe miasto. Kwestią dni jest oficjalne ogłoszenie tej decyzji. Ilu dni? Tego nie wiadomo i w tym problem

- pisał mój ówczesny redakcyjny kolega Michał Wybieralski w komentarzu tygodnia na weekend 15-16 stycznia.

Potem wydarzenia potoczyły się jednak zaskakująco szybko. Już w poniedziałek Hinc zapowiedział swoją dymisję w rozmowie z "Głosem Wielkopolskim". A we wtorek ogłosił ją na konferencji.

Konferencji, która - dodajmy - miała dość kuriozalny przebieg, bo przyszedł na nią również prezydent Grobelny i przysłuchiwał się jej siedząc wśród... dziennikarzy.

Niecałe trzy tygodnie wystarczyły, by "niepokonany" Sławomir Hinc wyleciał z posady, a odnalazł się dopiero po paru latach w barwach Prawicy Rzeczpospolitej - jako m.in. radny wojewódzkiego sejmiku.

Co ciekawe - w tym samym czasie w sejmiku zasiadał też Grobelny. Panowie byli już jednak po różnych stronach politycznej barykady.


SYLWESTER 2013
Jaśkowiak prosi o śnieg, a dostanie fotel prezydenta

"Zaczynam się stresować. Jeszcze nigdy w życiu nie zależało mi tak bardzo, by w Jakuszycach zaczął padać śnieg" - napisał Jacek Jaśkowiak pod koniec 2013 r. na Facebooku.

Napisał na swoim prywatnym profilu - bo publicznego jeszcze nawet nie miał. I zapewne przez myśl mu nie przeszło, że jak już ten profil publiczny założy, to nazwie go "Prezydent Jaśkowiak".

Wówczas Jaśkowiak miał głowę zaprzątniętą czymś zupełnie innym. Liczył na śnieg, bo w weekend 18-19 stycznia w Jakuszycach miał się odbyć Puchar Świata w biegach narciarskich, którego JJ był jednym z głównych organizatorów.

To prawdziwa prehistoria. Zarówno z politycznego, jak i sportowego punktu widzenia: Kamil Stoch dopiero marzył o pierwszym złotym medalu olimpijskim, łyżwiarz Zbigniew Bródka chyba nawet nie śmiał marzyć, a Ryszard Grobelny wydawał się pewniakiem do piątej kadencji w fotelu prezydenta Poznania.

- Coraz częściej patrzy się na nas z podziwem. Wydaje się, że najistotniejszą miarą tego sukcesu jest to, jak bardzo Poznań w ostatnich miesiącach się zmienia; nowe trasy tramwajowe, centrum komunikacyjne, drogi, wiadukty, budynki... - wylicza Grobelny na swoim przyjęciu noworocznym w Zamku.

Zdecydowanie nie sprawia wrażenia człowieka, który jeszcze w tym samym roku pożegna się z fotelem prezydenta, pokonany przez byłego kandydata ruchu My-Poznaniacy pomieszkującego chwilowo bardziej w Szklarskiej Porębie niż w Poznaniu.

Zresztą o czym my mówimy... Przecież pół roku wcześniej Jaśkowiak, wstępując do Platformy Obywatelskiej, dość jasno zadeklarował, że "nie interesuje go przecinanie wstęg", woli działać "z drugiego szeregu" i nie zamierza ponownie stawać do rywalizacji z Grobelnym.

Ostatecznie śniegu w Jakuszycach napadało sporo, Justyna Kowalczyk wygrała bieg na 10 km klasykiem i powtórzyła to później na igrzyskach w Soczi, a co działo się jesienią w Poznaniu - to już kojarzymy chyba wszyscy.




SYLWESTER 2014
Życzenia radnych PiS, które spełniły się dla nich samych

"Życzę udanego roku 2015!" - pisze Szymon Szynkowski vel Sęk, ówczesny lider poznańskich radnych PiS. Wtóruje mu radny sejmiku Bartłomiej Wróblewski: "Dobrego Nowego 2015 Roku: szczęścia i radości, zdrowia, realizacji zamierzeń!".

Żaden z nich jeszcze nie wie, że ten 2015 r. będzie udany i w dużej mierze przełomowy również dla nich samych. Na razie zajęci są głównie sprawami miasta i podpoznańskich gmin.

Jesienią na fali "dobrej zmiany" trafią jednak do Sejmu. Dziś - po paru latach - ich obecność i aktywność w parlamencie czy nawet w rządzie (Szynkowski vel Sęk) wydaje się czymś naturalnym.

Zaznaczmy jednak, że na początku 2015 r. ich start do krajowej polityki wcale nie był żadną oczywistością.

Szymon Szynkowski vel Sęk? Zaangażowany od blisko dekady w sprawy miejskie, ale wciąż "młody zdolny", bo wówczas dopiero 33-letni. Zmiana prezydenta Grobelnego na Jaśkowiaka wydawała się dla niego idealną okazją do dalszego punktowania lokalnej władzy.

Bartłomiej Wróblewski? Jeszcze wtedy - w przeciwieństwie do Szynkowskiego - był trochę "no name'em". Dopiero co dostał się jesienią 2014 r. do sejmiku, a w partii był dopiero od dwóch lat (choć już wcześniej, w 2011 r., bez powodzenia kandydował pod jej szyldem do Senatu).

Zresztą już w kampanii miejsca na liście też bynajmniej nie zwiastowały sukcesu obu panów. Dziś mało kto pamięta, że choć PiS zdobył w wyborach w 2015 r. w Poznaniu tylko trzy mandaty, to Szynkowski vel Sęk dostał się z piątego miejsca, a Wróblewski - z jedenastego (!).

To, że zostali posłami, zawdzięczali dużej lokalnej aktywności i dobrze poprowadzonej kampanii.



A później już poszło. Zarówno Szynkowski, jak i Wróblewski okazali się lojalnymi politykami partii, twardo popierając nawet najbardziej kontrowersyjne działania PiS typu wprowadzanie dublerów do Trybunału Konstytucyjnego.

No, Wróblewski trochę się zawahał w sprawie pierwotnego projektu ustawy o Sądzie Najwyższym (zawetowanej później przez prezydenta), ale za to został twarzą PiS w sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego oraz kandydatem partii rządzącej na rzecznika praw obywatelskich.

Z kolei Szynkowski vel Sęk zaangażował się w dyplomację. Po trzech latach został wiceministrem spraw zagranicznych i sprawuje tę rolę do dziś. Niedawno jego nazwisko pojawiło się w słynnych "mailach Dworczyka", dyskutowano tam, czy Szynkowskiego można uznać za "zaufanego" człowieka.


SYLWESTER 2016
Feralny wyjazd na Maderę

Kolejna historia ściśle związana z sylwestrem. Konkretnie - z sylwestrem spędzonym na Maderze.

Z pewnością pamiętacie - bo to była głośna sprawa. Jest końcówka 2016 r., ale w polskiej polityce wrze, bo rządzący po awanturze w sejmie w niezbyt regulaminowy sposób przeprowadzili głosowanie nad budżetem państwa.

Politycy opozycji kontynuują "okupację" głównej sali sejmowej. Czasami jest poważnie, gdy policja przepędza spod budynku wspierających ich demonstrantów, czasami jest po prostu komicznie, gdy np. Andrzej Halicki prognozuje pogodę, a Joanna Mucha śpiewa kolędy.

Jednak nie wszyscy są na miejscu. Do internetu trafia fotka z samolotu do Portugalii. A na niej - lider Nowoczesnej Ryszard Petru i poznańska posłanka partii Joanna Schmidt.

To, kto zrobił zdjęcie i jakim sposobem wylądowało w sieci, było później nawet przedmiotem osobnych dociekań. Ale dla samej sprawy nie miało większego znaczenia.

Kupa polityków Platformy, Nowoczesnej czy PSL-u siedzi dzień i noc w sejmie, nawet świąt nie spędzają z rodzinami, a tu Petru ze Schmidt lecą sobie na Maderę na sylwestrową zabawę? To nie mogło się dobrze skończyć.

Dodatkowo w tle był wątek natury obyczajowej. To z tego zdjęcia Polska dowiedziała się, że Petru i Schmidt są parą, choć sami zainteresowani przyznali to dopiero kilka miesięcy później. Co więcej - Petru był dopiero w trakcie rozwodu z żoną.

Z kolei Joanna Schmidt co prawda rozstała się ze swoim mężem już wcześniej, ale ten później tylko dolewał oliwy do ognia, komentując na łamach "Super Expressu":

- Myślę, że to kolejny etap w karierze politycznej mojej byłej żony. To, co teraz robią, to marketing polityczny. Związek budowany na niszczeniu innych związków nie jest trwały.

Dziś pamiętamy tę sprawę jako wizerunkowe samobójstwo Nowoczesnej. Jeszcze pod koniec 2016 r. ugrupowanie Ryszarda Petru w sondażach trzymało się na poziomie ok. 20 proc. i wyprzedzało PO.

Oczywiście - partia miała swoje problemy. Takie jak źle rozliczona kampania wyborcza, przez co Nowoczesna straciła miliony z partyjnej subwencji, a z funkcji skarbnika wyleciał Michał Pihowicz (notabene mąż innej znanej posłanki Kamili Gasiuk-Pihowicz).

Ale to dopiero po sylwestrowej historii Petru i Schmidt notowania partii poleciały na łeb, na szyję.

To był również de facto koniec politycznej kariery dla obojga bohaterów sylwestra na Maderze. Nie pomogły komentarze udzielane zaraz po. Posłanka Schmidt na antenie Radia Merkury wypaliła: - To, jak spędzam czas wolny, to jest moja prywatna sprawa.

A przypomnijmy, że mówimy o posłance, która jesienią 2015 r. dostała 35 tys. głosów (najwięcej w całym okręgu poznańskim) i była jedną z najważniejszych osób w partii, która zupełnie serio miała ambicje rządzenia.

Później Joanna Schmidt jeszcze próbowała walczyć, wytykała różne działania lokalnym posłom PiS, a wiosną 2018 r. przebąkiwała nawet o ewentualnym starcie na prezydenta Poznania.

Jednocześnie odeszła z Nowoczesnej i wspólnie z Petru oraz Joanną Scheuring-Wielgus próbowała założyć nową partię Teraz. Zapamiętaliśmy ją głównie z tego, że jej lider... pomylił jej nazwę z partią Razem, udzielając wypowiedzi dla telewizji.

Dziś ani Ryszarda Petru, ani Joanny Schmidt nie ma już w polityce. Była posłanka zmieniła nawet nazwisko - wróciła do panieńskiego.


SYLWESTER 2017
Tomasz Lewandowski nieświadom nachodzącej porażki

Pamiętacie jeszcze czasy, gdy Koalicja Obywatelska Platforma Obywatelska nie miała większości w poznańskiej radzie miasta, więc musiała liczyć na głosy koalicjanta? Tym koalicjantem była lewica.

( - Żadnym koalicjantem! To było porozumienie programowe! - przypomina posłanka Katarzyna Kretkowska)

Taaa... Tak w praktyce to była koalicja pełną gębą. Z całkiem silnie umocowanym liderem lewicy Tomaszem Lewandowskim jako zastępcą prezydenta - takim swoistym "miejskim wicepremierem".

Jeszcze na przełomie 2017 i 2018 r. mogło się wydawać, że ta współpraca potrwa dłużej, również po kolejnych wyborach.

Prezydent Jacek Jaśkowiak pod koniec 2017 r. przyznał nawet, że za swój największy błąd uważa to, że nie porozumiał się z lewicą zaraz po wyborach w 2014 r. I że tak długo zwlekał ze zrobieniem z Lewandowskiego swojego zastępcy.

Mało tego! Jeszcze w październiku 2018 r. - czyli na finiszu kampanii wyborczej - Jaśkowiak mówił:

- Niezależnie od tego, czy po wyborach w radzie miasta będziemy mieli bezwzględną większość, chciałbym kontynuować współpracę z lewicą.

Zatem sami rozumiecie, że Tomasz Lewandowski mógł być optymistą, jeśli chodzi o swoją przyszłość przy pl. Kolegiackim. Zwłaszcza że Jaśkowiakowi zdawały się nie przeszkadzać nawet jego własne prezydenckie ambicje (w końcu sam Lewandowski też kandydował na prezydenta).

Wszystko zmieniło się zaraz po wyborach - w których lewica zdobyła do rady miasta zaledwie dwa mandaty. Koalicja Obywatelska zgarnęła większość i nie musiała się z nikim układać.

A sam Lewandowski w wyścigu po prezydencki fotel niby zajął trzecie miejsce, ale tylko minimalnie wyprzedził Jarosława Pucka, a jego wynik 7,8 proc. (wyraźnie gorszy niż 16,6 proc. cztery lata wcześniej) pozostawiał wrażenie pewnego niedosytu.

Co się wydarzyło potem? Prezydent Jaśkowiak nagle uznał, że Lewandowski to znowu nie taki super gość, więc wcale nie musi być dalej jego zastępcą. W dodatku ta lewica taka słaba...

Padła nawet ze strony Jaśkowiaka kuriozalna propozycja: niech lewica utworzy wspólny klub z ruchami miejskimi (bo koalicja Prawo do Miasta też wprowadziła dwoje radnych). I dopiero wtedy -z takim zapleczem - możemy rozmawiać o zachowaniu posady dla Lewandowskiego.

Nic z tego wówczas nie wyszło. Choć swoją drogą zabawne, że taki klub koniec końców powstał nawet w szerszym składzie, tyle że dopiero dwa lata później - pod nazwą Wspólny Poznań.

Zaskakujący był również ciąg dalszy całego serialu z Lewandowskim. Zamiast obrócić się na pięcie i wziąć wywalczone miejsce w radzie miasta - były już wiceprezydent potulnie dał się zwasalizować i został szefem Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych.

Czyli z drugiej najważniejszej osoby przy pl. Kolegiackim niemal z dnia na dzień stał się kimś bez żadnego politycznego znaczenia. Teraz dopiero, po trzech latach, próbuje odbudować swoją dawną pozycję w Nowej Lewicy.




SYLWESTER 2018
Nowy rok Sterczewskiego przeszedł najśmielsze nadzieje

"Życzę wszystkim by 2019 był tak dobry jak mój 2018" - napisał Franciszek Sterczewski, wówczas jeszcze tylko miejski aktywista, gdy ostatniego dnia roku podsumowywał na FB minione 12 miesięcy.

Dlaczego uznał 2018 r. za tak udany? Przypominał swoje zaangażowanie w organizację m.in. imienin Św. Marcina, akcji Park(ing) Day, spotkania z cyklu Prawo Warte Poznania czy kolejne odsłony Łańcuchów Światła. I oczywiście coroczny "pogrzeb zimy".

Myślę, że absolutnie nikt - nawet sam Sterczewski - nie mógł wtedy przypuszczać, że ów lokalny społecznik następnego sylwestra będzie już spędzać jako poznański poseł Koalicji Obywatelskiej.

Zapytany przez "Wyborczą" w pierwszych dniach stycznia, na co czeka w nowym roku, Sterczewski mówił niemal wyłącznie o miejskich sprawach. Choć zaznaczył też: - Najważniejsze jest jednak, żeby nie tracić nadziei, jednoczyć się na każdym poziomie.

Można to było odczytać jako aluzję do nadchodzących wyborów parlamentarnych. Sam Sterczewski owszem, zapewne szykował się już wtedy do startu, tyle że do startu w wyborach do... rady osiedla Św. Łazarz.

Pamiętam, że mieliśmy pewien problem z kwestią ciszy wyborczej, bo akurat w dniu wyborów Sterczewski organizował kolejny pogrzeb zimy z topieniem Marzanny. Dlatego choć samą akcję pokazaliśmy - wyjątkowo nie nagrywaliśmy jego wypowiedzi.

Tak czy inaczej Sterczewski dostał 623 głosy - najwięcej ze wszystkich kandydatów - i został radnym osiedla. - To wielki zaszczyt, zobowiązanie i power do pracy - podkreśla Sterczewski, dodając na FB, że to również "szok, niedowierzanie".



To była jednak, jak się okazało, dopiero przygrywka przed jego najważniejszą kampanią wyborczą.

Latem 2019 r. gruchnęła informacja, że Franciszek Sterczewski wystartuje do Sejmu z listy Koalicji Obywatelskiej. Jeszcze w rozmowie z "Wyborczą" sam zainteresowany nie chciał tego potwierdzić. Jednak już przed naszą kamerą dał za wygraną i był bardziej wylewny.



Zresztą po tym materiale się ze mną posprzeczał, bo nie bardzo umiał odpowiedzieć na pytanie, czy miejsce na liście KO ma coś wspólnego z jego wcześniejszą robotą na MTP. Pokazaliśmy to w materiale - a Sterczewski uznał sklejenie kolejnych nieudolnych prób odpowiedzi (było ich w sumie kilka) za manipulację.

Jego późniejsza kampania była już jednak wolna od podobnych wpadek. Poprowadzona z dużym rozmachem, zwłaszcza w internecie, gdzie spot Sterczewskiego obejrzało ponad 300 tys. ludzi!

I nagle z ostatniego miejsca na liście Sterczewski zdobył aż 25 tys. głosów. Czyli więcej niż Rafał Grupiński z "dwójki" i Waldy Dzikowski z "czwórki". Żaden inny kandydat KO w całym kraju z tak niskiego miejsca nie zrobił równie dobrego wyniku.

Zupełnie niespodziewanie Franciszek Sterczewski został więc posłem. Szybko dał się też poznać jako sejmowy oryginał, żeby nie powiedzieć "jajcarz", stawiany w jednym szeregu z posłanką Klaudią Jachirą - co zapewniło mu popularność wśród wyborców opozycji oraz liczne szyderstwa ze strony rządzących.


SYLWESTER 2020
Spektakularny zjazd Jadwigi Emilewicz

Zeszły rok przywitał nas dwiema głośnymi aferami. Najpierw mieliśmy szczepienia poza kolejką dla Krystyny Jandy, Leszka Millera i kilkudziesięciu innych znanych ludzi, co "prawdziwym skandalem" nazwał premier Mateusz Morawiecki.

A zaraz potem na scenę wjechała Jadwiga Emilewicz. Już wtedy nie wicepremier, tylko szeregowa posłanka bez partyjnej legitymacji po odejściu z Porozumienia, ale nadal należąca do klubu PiS i wspierająca rząd.

Jeszcze w sylwestra Emilewicz zamieściła w internecie nagranie z życzeniami. Mówiła w nim: - Ja mimo wszystko patrzę z optymizmem na kolejny rok. Chciałabym, żebyśmy - spierając się o rzeczy najważniejsze - nie boksowali się na ringu, ale raczej dyskutowali na agorze.

Trzymając się sportowej nomenklatury - zaledwie dwa tygodnie później Emilewicz zanotowała spektakularny zjazd. Co prawda nie na stoku (była wicepremier zarzekała się potem, że ona sama nie zjeżdżała, jeździła tylko na biegówkach!). Ale w karierze politycznej - z pewnością.

Przypomnijmy, że poszło o jej noworoczny wyjazd w Tatry z synami, którzy zjeżdżali na nartach ze stoku. Decyzją rządu stoki były wówczas zamknięte w ramach pandemicznych obostrzeń.

Mogli z nich korzystać jedynie profesjonalni sportowcy oraz dzieci i młodzież trenujący w klubach. Tak właśnie miało być z synami Emilewicz, którzy wzięli udział w zgrupowaniu, tyle że - jak ustalił portal tvn24.pl - nie mieli wymaganych licencji zawodniczych.

Może cała historia nie odbyłaby się aż tak głośnym echem - gdyby nie późniejsze tłumaczenia byłej wicepremier. Jadwiga Emilewicz poszła bowiem w zaparte: wszystko było OK, licencje były, chłopcy jeździli na nartach legalnie.


Jednocześnie - jak się potem okazało - próbowała załatwić im licencje po cichu i post factum. Tyle że Polski Związek Narciarski ujawnił, jak było, i sprawa się rypła. Politycy obozu rządzącego zaczęli się od Emilewicz odcinać.

Cały paradoks polega na tym, że stanowiska, których wskutek afery można by jej pozbawić, straciła już wcześniej. Już nie jest ani wicepremierem, ani ministrem, ani nawet wiceszefową partii Gowina czy choćby jej szeregowym członkiem

- pisałem wówczas na Poznań Spoza Kamery, prognozując, że Emilewicz zostanie "schowana", zmarginalizowana, a na koniec - przed wyborami w 2023 r. - być może całkowicie wypchnięta z polityki.

Dziś po roku możemy stwierdzić, że po części te przewidywania się sprawdzają, ale... nie do końca. Na razie nikt z Emilewicz definitywnie żegnać się nie będzie z jednego prostego powodu - większość sejmowa wisi na włosku i jej głos jest bardzo cenny.

Tymczasem sama Jadwiga Emilewicz też wróciła do jako takiej normalności, jest aktywna w internecie, wypowiada się w mediach. Oczywiście nie jest już jedną z pierwszoplanowych postaci ekipy rządzącej. Mimo wszystko wygląda na to, że afera sprzed roku wyrządziła jej mniejsze szkody, niż mogło się na początku wydawać.