www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Kolejna fatamorgana posła Bartłomieja Wróblewskiego. To wszystko było szyte zbyt grubymi nićmi

14 maja 2021

Kolejna fatamorgana posła Bartłomieja Wróblewskiego. To wszystko było szyte zbyt grubymi nićmi

#Poznań  #Bartłomiej Wróblewski  #Senat  #Sejm  #PiS  #rzecznik praw obywatelskich  #senatorowie

Bartłomiej Wróblewski nie zostanie rzecznikiem praw obywatelskich. Poznański poseł PiS do końca próbował przekonywać senatorów opozycji, by poparli jego kandydaturę, ale jego dotychczasowa polityczna działalność była przeszkodą nie do przeskoczenia.

Jedno trzeba Bartłomiejowi Wróblewskiemu oddać - że walczył. Do końca walczył. Do końca starał się jakimś cudem uciułać większość głosów w Senacie, zupełnie tak, jakby uparcie wpatrywał się w metalową łyżeczkę i wierzył, że samą siłą woli zdoła ją zgiąć.



Przybierało to chwilami wręcz groteskowy charakter. Weźmy na przykład spotkanie Wróblewskiego z senatorami Koalicji Obywatelskiej tuż przed posiedzeniem Senatu. Gdy on apelował do nich o poparcie, oni apelowali do niego, żeby... wycofał swoją kandydaturę.

To musiał być wyjątkowo przykry i żałosny widok.

Teraz Bartłomiej Wróblewski przekonuje, że zabrakło mu zaledwie jednego głosu, żeby zostać rzecznikiem praw obywatelskich. Tere-fere. Albo - jak powiedziałby pewien kojarzony w Poznaniu chorwacki szkoleniowiec - takie bla, bla, bla, bla, bla po meczu.

Tak naprawdę Wróblewskiemu do wymaganej większości zabrakło dwóch głosów. Wynik po równo - czyli 49-49 - nic by mu nie dawał. No chyba że przyjąć karkołomne założenie, że nagle do głosowania "za" skłoniłby któregoś z senatorów głosujących przeciw, a nie wstrzymujących się.

Zresztą zabrakłoby mu aż trzech głosów, gdyby nie tajemnicza nieobecność senatora Roberta Dowhana, którą w szeregach Koalicji Obywatelskiej będą musieli sobie teraz wyjaśnić.

Bartłomiej Wróblewski jak licealista przed studniówką

Ta kandydatura miała jakiekolwiek szanse - marne, bo marne, ale jednak - tylko w jednym momencie. Oczywiście wtedy, gdy senator Jan Filip Libicki z PSL niespodziewanie zadeklarował, że skłania się ku poparciu Wróblewskiego.



Zresztą chyba na tym opierał się cały plan poznańskiego posła PiS. Przeciągnąć na swoją stronę "najsłabsze ogniwo" opozycji, którym - ze względu na temat aborcji - był właśnie Libicki, a potem...

Jeśli Libicki może poprzeć Wróblewskiego, to dlaczego nie Ryszard Bober, kolejny senator PSL. Jesienią - gdy temat Wróblewskiego pojawił się po raz pierwszy - Bober unikał deklaracji w tej sprawie.

A jak już Libicki, Bober... to czemu nie jeszcze jeden czy drugi z konserwatywnych senatorów Koalicji Obywatelskiej? Takich w Senacie też jest przecież kilku. Wystarczyłby jeden wyłom w opozycji i cały pakt senacki w sprawie rzecznika praw obywatelskich mógłby się posypać.

Tak przynajmniej - jak się domyślam - kalkulował sam Wróblewski. Ale najgorzej jest, gdy komuś za dużo się wydaje. Tu sprawy potoczyły się zupełnie inaczej.

Przede wszystkim wokół Libickiego zrobił się taki raban, że sam zainteresowany pomalutku wycofał się z poparcia, zaś cała reszta senatorów opozycji zwarła szyki i chyba wybiła sobie podobne pomysły z głów.

- Jeśli ta kandydatura dojdzie do Senatu, to z całą pewnością zostanie odrzucona - powtarzał z niewzruszonym przekonaniem Marcin Bosacki, szef grupy senatorów Koalicji Obywatelskiej.

Dodatkową trudność dla Wróblewskiego stanowił fakt, że głosowanie (jak zresztą wszystkie w Senacie) było jawne, żaden z senatorów opozycji nie mógł go więc poprzeć "w tajemnicy".

- Słyszałeś kiedyś o planie, w którym tyle rzeczy może nie wyjść? - zastanawiał się Ron Weasley, gdy w drugim tomie "Harry'ego Pottera" Hermiona Granger wymyśliła, jak po wypiciu eliksiru wielosokowego zmienią się w Ślizgonów i wemkną się do ich pokoju w lochach Hogwartu.



Tak samo można podsumować ów karkołomny plan z Bartłomiejem Wróblewskim i nieudaną próbę przeforsowania w Senacie jego kandydatury na rzecznika praw obywatelskich.

Kto wie, może kolejny już kandydat wskazany przez partię rządzącą miałby nawet jakieś szanse, gdyby to nie był AKURAT TEN kandydat. Jeśli PiS szukał rozwiązania kompromisowego - to gorzej wybrać nie mógł.

ZOBACZ TAKŻE: Burza o rzecznika praw obywatelskich. Prowokacja z Bartłomiejem Wróblewskim i wolta Jana Filipa Libickiego

Poseł Bartłomiej Wróblewski przypominał licealistę, który od pierwszej klasy wyśmiewa jedną z koleżanek, korzysta z każdej okazji, żeby jej dokuczyć. Tak robi przez całe dwa i pół roku (za chwilę już trzy i pół! - przypomina z Brukseli była minister Anna Zalewska).

I nagle w klasie maturalnej - tydzień przed studniówką - budzi się z ręką w nocniku. Bo nie ma na tę studniówkę partnerki i nie ma już za bardzo kogo zaprosić. Wszystkie pozostałe dziewczyny z klasy pozajmowane. Została tylko ta jedna.

Nasz skonsternowany licealista zaczyna więc do niej zagadywać niemal na każdej przerwie. Próbuje pokazywać, jakim jest świetnym facetem, jak bardzo się zmienił. A tak w ogóle - to chodził na kurs i świetnie tańczy! Ha!

Tyle że to wszystko na nic. Ona nie da się zaprosić. Tak właściwie nie bardzo ma ochotę w ogóle z nim rozmawiać, zbyt dobrze pamięta, jak się zachowywał przez ostatnich kilka lat.

Brejza wylicza głosowania, Borowski o "korupcji politycznej"

Tak właśnie - mniej więcej - wyglądają relacje posła Wróblewskiego z opozycją. Gdy w ostatnich dniach do znudzenia przekonywał, że będzie działał "ponadpartyjnie", dystansował się od sugestii, że jest "prominentnym politykiem" partii rządzącej...



To wiarygodności nie było w tym za grosz. To wszystko wyglądało jak jakaś wielka ściema, cyniczny koniunkturalizm, próba chwilowego zakamuflowania się niczym kameleon w afrykańskiej puszczy.

Zresztą opozycja skutecznie tę ściemę obnażała. Senator Marcin Bosacki kpił, że "diabeł w ornat się ubrał i na mszę dzwoni". Senator Krzysztof Brejza wyliczał w czwartek głośne i kontrowersyjne zmiany poparte przez Wróblewskiego:

* "skok na Trybunał Konstytucyjny", czyli bezprawne - jak potem orzekł sam TK - wybranie trzech tzw. sędziów dublerów w miejsce sędziów prawidłowo wybranych przez poprzedni Sejm,

* zmiany w Sądzie Najwyższym z 2017 r. (zawetowane potem przez prezydenta Andrzeja Dudę), w tym utworzenie Izby Dyscyplinarnej i próba przerwania kadencji I prezes Małgorzaty Gersdorf,

* zmiany w przepisach o sądach powszechnych z 2019 r., nazywane przez krytyków "ustawą kagańcową",

* zmiany w wyborze władz mediów publicznych i powołanie Rady Mediów Narodowych...

...i jeszcze parę innych głosowań, wyciągniętych przez Brejzę, w których decyzje Wróblewskiego niezbyt pokrywały się z jego najnowszymi deklaracjami o prawach i wolnościach obywateli.

Senator Marek Borowski obnażył z kolei, jak grubymi nićmi była szyta ta kampania Wróblewskiego, wyśmiewając jego zapowiedzi utworzenia biur rzecznika praw obywatelskich w Lublinie, Olsztynie i w Poznaniu:

- Zastanowiłem się, dlaczego te trzy. Otóż pan próbował przekonać wielu senatorów do głosowania na pana. To jest pana dobre prawo. Ale wydaje mi się, że upatrzył pan sobie niektórych. No bo... cóż widzimy? Olsztyn - to pani senator Lidia Staroń. Lublin - to pan senator Jacek Bury. I Poznań - to jest pan senator Libicki!

- Panie pośle, to jest dla tych osób obraźliwe. To sugeruje, że pan uważa, że można tych ludzi kupić takimi obietnicami. To jest rodzaj korupcji politycznej - skwitował Borowski.

Trzymając się jeszcze przez chwilę metafor damsko-męskich... Można zażartować, że Bartłomiej Wróblewski dodatkowo dostał również kosza od wicemarszałek Gabrieli Morawskiej-Staneckiej.

Pani marszałek oznajmiła bowiem, że Wróblewski dwukrotnie proponował jej spotkanie, na którym zapewne chciał ją przekonywać - tak jak pozostałych senatorów - do poparcia jego kandydatury. Tyle że GMS odmówiła:

- Pana dotychczasowa działalność jako posła dała mi wystarczają wiedzę, która pozwala mi podjąć decyzję. Ja pana bardzo szanuję jako prawnika. Ale pańska kandydatura to policzek dla kobiet i dla państwa prawa.

Takich nieprzyjemnych rzeczy Wróblewski musiał w czwartek wysłuchiwać przez cały wieczór.

Już nie będę się nad nim pastwił, nie będę przytaczał, jak mocne słowa latały z senackiej mównicy. Dodajmy uczciwie, że padło też dużo pochwał i słów wsparcia, oczywiście głównie ze strony senatorów PiS.

- Zarzuca się panu, że pan ma konserwatywne poglądy, ale każdy człowiek ma jakieś poglądy. Gdyby ich nie miał... to pewnie nie zaszedłby daleko w działalności zawodowej. Poglądy to przecież jest konkretna wiedza o świecie i o życiu - przekonywała senator Maria Koc.

Senatorowie PiS aktywnie bronili swojego kandydata, ale... No właśnie - swojego. Jego partyjna przynależność zdefiniowała całą dyskusję. Z tego powodu na dalszy plan zeszło wykształcenie Wróblewskiego czy jego tytuł doktora (notabene - Koc nazywała go nawet profesorem!).

Kolejna ułuda Wróblewskiego

Jeśli jest prawdą, że Bartłomiej Wróblewski przekonał Jarosława Kaczyńskiego, że uzbiera dla swojej kandydatury większość w Senacie...

To cały ten misterny plan okazał się równie wielką ułudą i fatamorganą jak start Wróblewskiego w wyborach na prezydenta Poznania jesienią 2018 r. Przypomnijmy szybciutko ten casus.

Kandydat PiS był wstępnie wskazany ponad półtora roku przed wyborami. Miał nim być Tadeusz Zysk. Za tą koncepcją stał Tadeusz Dziuba, nie tylko ówczesny szef poznańskiego PiS, ale również zaufany znajomy prezesa Kaczyńskiego. Tu się nic nie mogło wysypać.

Tymczasem start na prezydenta Poznania zamarzył się też posłowi Bartłomiejowi Wróblewskiemu.

To było niesamowite. Kandydatura Zyska w zasadzie czekała tylko na klepnięcie przez "górę", ale Wróblewski kompletnie się tym nie przejmował, prowadząc przez kilka miesięcy własną kampanię.

Publicznie kontestował kandydaturę Zyska. Porównywał go do "oldskulowego rolls royce'a". Jego nazwisko - zamiast Zyska - zaczęło się pojawiać w sondażach. Z tego też zrobiła się mała awantura, bo z ustaleń "Gazety Wyborczej" wynikało, że jedno z tych badań zlecił... sam Wróblewski.

- W naszych szeregach są koledzy, których ambicje nie wygasły - komentował poirytowany Dziuba w rozmowie z "Głosem Wielkopolskim". Dodawał, że "każdy, kto podejmuje własną, indywidualną inicjatywę, bierze za nią odpowiedzialność i musi się liczyć z jej skutkami".

Co z tej całej akcji Wróblewskiego wtedy wynikło? No więc... nic nie wynikło. Władze PiS wiosną 2018 r. - czyli pół roku przed wyborami - po prostu klepnęły kandydaturę Tadeusza Zyska. I na tym samowolka Wróblewskiego się skończyła.

ZOBACZ TAKŻE: Kandydaci na prezydenta Poznania, których nie było. Joanna Schmidt, Bartłomiej Wróblewski i inni pretendenci widmo

Teraz podobnie złudne okazały się jego nadzieje na stanowisko rzecznika praw obywatelskich. Z tą różnicą, że tu miał pełne poparcie partii, ale ze strony opozycji na przychylność nie mógł liczyć.

Jego zabiegi wystarczyły w Sejmie na parę głosów Konfederacji w Sejmie, a także na to, by od głosu wstrzymali się poseł Jacek Tomczak i wspomniany senator Jan Filip Libicki. To było za mało.

Cały czas musimy jednak pamiętać o furtce uchylonej rządzącym przez Trybunał Konstytucyjny.

Trybunał nie tylko nakazał odejście Adama Bodnara, ale też zmianę przepisów na wypadek, gdyby Sejm i Senat nadal nie mogły wybrać nowego rzecznika. Za chwilę rządzący mogą więc wykreować stanowisko typu p.o. rzecznika - choć będzie to ewidentne obchodzenie konstytucji.



Senator PiS Krzysztof Mróz zasugerował w czwartek wprost, że tak właśnie będzie, jeśli opozycja nie poprze kandydatury Wróblewskiego: - Trzeba będzie przyjąć jakąś protezę, ustawę powołującą p.o. rzecznika, czy "w zastępstwie" rzecznika... Pytanie, czy nie lepiej jest dzisiaj wybrać rzecznika praw obywatelskich, który będzie służył Polakom.

Może się okazać, że za parę tygodni to właśnie Bartłomiej Wróblewski zostanie tym p.o. rzecznika, co byłoby policzkiem dla Senatu. Takim zaśmianiem się w twarz opozycji na zasadzie: wydawało wam się, że coś możecie, to pokażemy wam, że nic nie możecie.