www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Jak co cztery lata po wyborach... Przepychanka z Tomaszem Lewandowskim i ruchami miejskimi w rolach głównych

7 listopada 2018

Jak co cztery lata po wyborach... Przepychanka z Tomaszem Lewandowskim i ruchami miejskimi w rolach głównych

Wybory 2018 - Poznań - Jacek Jaśkowiak - Tomasz Lewandowski - Lewica - Prawo do Miasta - KO - PO

Postawa Jacka Jaśkowiaka w sprawie wiceprezydenta Tomasza Lewandowskiego jest niezrozumiała. Prezydent stawia warunki co do liczby radnych (która jest tu KOMPLETNIE bez znaczenia) i sygnalizuje, że jest gotów rozdawać stołki z politycznego klucza, a kompetencje mają niewiele do rzeczy.

- Jestem po rozmowie z prezydentem Jaśkowiakiem. Pozytywnie ocenia moją pracę – powiedział wiceprezydent Mariusz Wiśniewski we wczorajszej rozmowie w studiu WTK.

Jednak ponad 2 tyg. po wyborach, gdy opada już nawet kurz po II turze w Gdańsku, Krakowie czy nawet w Kórniku, to w samym Poznaniu tylko pozornie wszystko jest już dawno pozamiatane.



Cały czas nie wiemy, kto – i czy ktokolwiek – wejdzie w sojusz z Jaśkowiakiem, a kto pozostanie poza jego ekipą i będzie się przypatrywał jego dalszym rządom z dystansu.

To znaczy wiadomo, że poza Mariuszem Wiśniewskim kolejnym „pewniakiem” jest Jędrzej Solarski, do grona wiceprezydentów dołączy też Katarzyna Kierzek-Koperska z Nowoczesnej. Zagadką jest natomiast czwarte takie stanowisko – dotąd zajmowane przez Tomasza Lewandowskiego z lewicy.

Z tego właśnie – zaraz po 21 października – zrobiła się cała przepychanka. Przypomnijmy krótko:

- Prezydent Jacek Jaśkowiak stwierdził, że chciałby, aby Tomasz Lewandowski pozostał jednym z jego zastępców, ale Lewica ma zbyt mizerny klub zbyt mało radnych w radzie miasta (dwoje),

- Prezydent Jaśkowiak zaproponował więc, by dwoje radnych Lewicy połączyło siły z dwojgiem radnych ze społecznej koalicji Prawo do Miasta, tworząc w radzie miasta wspólny klub, i by Tomasz Lewandowski był wiceprezydentem z ich ramienia,

- Przedstawiciele Prawa do Miasta szybko propozycję odrzucili, tłumacząc, że sprowadzała się do kwestii personalnych, a nie programowych, poza tym zbyt wiele różni ich z Lewicą.

Teraz Jacek Jaśkowiak ma kłopot, co z tym fantem zrobić, no chyba że była to z góry zaplanowana akcja mająca na celu zmarginalizowanie i skłócenie jednym ruchem Lewicy ze społecznikami (tego też nie można wykluczać).

Sprawa ciągnie się już od dwóch tygodni. Przyznam, że większość poniższych przemyśleń miałem gotowych już wtedy, ale czekałem, czy nie zdarzy się zaraz coś przełomowego. Tyle że do dziś… nic takiego się nie wydarzyło.

Jeszcze niby są jakieś spotkania, rozmowy, żadna ze stron ich nie zerwała. Ale zaczyna to przypominać próby zawiązania koalicji PO-PiS po wyborach 2005. Wówczas też całymi tygodniami trwały negocjacje, ale tak naprawdę od początku widać było, że nic z tego nie będzie.

Prezydent mógłby powołać nawet Tadeusza Zyska

Jednej rzeczy w całej sprawie już na dzień dobry nie rozumiem. Dlaczego Jacek Jaśkowiak uzależnia to, czy Tomasz Lewandowski pozostanie jego zastępcą, od liczby wspierających go radnych w radzie miasta?

Prezydentowi warto przypomnieć dwa istotne fakty, które chyba mu umknęły, gdy składał Lewicy i Prawu do Miasta tę propozycję:

1. Wygrał wybory prezydenckie już w I turze, zgarniając rekordowe 127 tys. głosów i zostawiając konkurentów daleko z tyłu, dzięki czemu ma – jak sam zauważył - „silny mandat społeczny”.

2. Jego polityczne zaplecze, czyli Koalicja Obywatelska, zdominowało radę miasta. Ma tam aż 21 z 34 miejsc. Czyli zdecydowaną większość ze sporym zapasem.

Z tego powinien płynąć logiczny wniosek, że Jacek Jaśkowiak może sobie dobierać takich współpracowników, jakich tylko chce. Nie musi – inaczej niż cztery lata temu – szukać żadnych koalicji ani porozumień.

Gdyby Jaśkowiak miał taki kaprys, to mógłby nawet powołać na wiceprezydentów Tadeusza Zyska, Romana Klamyckiego (najlepiej do nadzorowania biura audytu...), czy wreszcie Włodzimierza Nowaka.


Zresztą nawet ludzie z Koalicji Obywatelskiej – przynajmniej w oficjalnych wypowiedziach… - podkreślają, że dobór współpracowników to kompetencja prezydenta, i że nikomu więcej nic do tego.

- No ale on musi się układać z Platformą! - mówi z kolei jeden z działaczy Prawa do Miasta. Zresztą Jaśkowiak sam to de facto potwierdził, składając PdM i Lewicy taką propozycję i stawiając jakieś warunki dotyczące szerszego zaplecza, zamiast po prostu powołać Lewandowskiego bez dyskusji.

Już raz nie pozwolili na Lewandowskiego

Szybko przypomniała mi się sytuacja sprzed czterech lat. Zapewne też pamiętacie.

Wówczas Jacek Jaśkowiak jeszcze przed II turą wyborów opowiadał na prawo i na lewo, że „bardzo chciałby”, aby Tomasz Lewandowski został jednym z jego zastępców.

Wydawało się to naturalnym rozwiązaniem. Przed chwilą Platforma Obywatelska zdobyła 16 z 37 miejsc w radzie miasta i pilnie potrzebowała koalicjanta... na przykład pięciorga radnych lewicy.

Sam Tomasz Lewandowski też był tym żywo zainteresowany. Z ruchami miejskimi poparł Jaśkowiaka i wręczył mu „kredyt zaufania”, chodził z nim nawet na debaty przed II turą, gdzie dociskał Ryszarda Grobelnego trudnymi pytaniami.

Zaraz potem Jaśkowiak wybory wygrał. Zdążył tyle naobiecywać Tomaszowi Lewandowskiemu, że ten zaczął już zwijał swoją kancelarię radcy prawnego, szykując się do pracy w urzędzie.

I co? Dzień po zwycięstwie Jaśkowiaka Filip Kaczmarek, ówczesny szef poznańskiej PO, mówi: - Nie będzie żadnej koalicji z lewicą. Nie będzie też czegoś takiego jak stanowisko wiceprezydenta dla Tomasza Lewandowskiego ani dla nikogo innego z SLD.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że po tych słowach oferta Jaśkowiaka dla Lewandowskiego przestała być aktualna, a prezydent zaczął się nawet zarzekać, że nigdy takiej propozycji nie składał.



Napisałem wtedy w „Wyborczej” tekst zatytułowany „Zapomnieli, że wyborcy nie są głupi”. Miałem na myśli właśnie Kaczmarka i szefa wielkopolskiej PO Rafała Grupińskiego. Wskazywałem, że Jaśkowiakowi w II turze przybyło ponad 50 tys. (!) wyborców, i że w dużej mierze po prostu musieli to być wyborcy Tomasza Lewandowskiego z I tury.

Filip Kaczmarek był tym tekstem zbulwersowany, przekonywał, że on tylko „wyraził swoją opinię” i na nic nie naciskał. Tyle że sam Jaśkowiak później dawał – mniej lub bardziej wprost – do zrozumienia, że naciski jednak były, a partia zaingerowała w jego niezależną teoretycznie decyzję.

Zresztą nieformalna koalicja z lewicą – nazywana dla niepoznaki „porozumieniem programowym” - i tak powstała, tyle że pół roku później. A latem 2016 r. Tomasz Lewandowski faktycznie został wiceprezydentem.

Posag Tomasza Lewandowskiego bez znaczenia

Kiedy prezydent Jaśkowiak pod koniec 2017 r. udzielał w WTK wywiadu na 3-lecie swoich rządów, to zapytany o swój największy błąd odparł, że był to właśnie zbyt późny sojusz z Lewandowskim.



Prezydent przez wiele minionych miesięcy chwalił się realizacją lewicowych postulatów. Podkreślał świetną – w jego ocenie – pracę Tomasza Lewandowskiego. Przekonywał nawet, że to on namówił go do startu w wyborach na prezydenta, bo Poznań tak bardzo potrzebuje silnej lewicy!

Złożył nawet nieco zaskakującą deklarację, że po wyborach chciałby kontynuować współpracę z lewicą, bez względu na ich wyniki.

Kiedy jednak już te wyniki poznaliśmy – nagle te wszystkie peany i obiecanki wzięły w łeb.

Teraz nagle okazuje się, że ta ponoć świetna praca Tomasza Lewandowskiego to za mało, by dalej mógł być wiceprezydentem, a miasto tej silnej lewicy chyba już też nie potrzebuje, skoro Jaśkowiak chce ją na siłę wmanewrować w jakiś wspólny klub z nielubianymi ruchami miejskimi.

To wszystko dzieje się, gdy liczba radnych, których Tomasz Lewandowski może wnieść jako swoisty „posag”, nie ma KOMPLETNIE żadnego znaczenia. Tak, to miało znaczenie w 2014 r., gdy Jaśkowiak szukał większości w radzie miasta. Teraz jednak szukać nie musi – bo już ją ma.

Szef rady miasta Grzegorz Ganowicz z PO twierdzi tymczasem, że dalsza praca Lewandowskiego w roli wiceprezydenta Poznania byłaby „niejasna”. A wspomniany już wcześniej Filip Kaczmarek (dziś szeregowy członek poznańskiej PO) pisze na Twitterze:


Przypomnijmy, że Tomasz Lewandowski był już zastępcą Jacka Jaśkowiaka przez ponad dwa lata (w zasadzie wciąż nim jeszcze jest!). I wtedy jego rola nie była „niejasna” i jakoś Platformie nie przeszkadzał.

Jasne, już długo przed wyborami Jacek Jaśkowiak sugerował, że stanowiska zastępców będzie rozdawał w zależności od poparcia w radzie miasta. Ale to wyglądało na zasłonę dymną. Tak by łatwiej uchylać się od gadania o nazwiskach.

Czy Tomasz Lewandowski był według Jaśkowiaka świetnym wiceprezydentem, dopóki miał pięcioro radnych dających większość w radzie miasta, a teraz ten sam Lewandowski z dwojgiem tylko radnych – niepotrzebnych do żadnej większości – nagle będzie wiceprezydentem gorszym?

Jeśli tak… to w czym będzie się to przejawiać? Czy Tomasz Lewandowski, mając trzech ludzi mniej w radzie miasta, zacznie nagle spóźniać się do roboty? Może będzie pracować mniej wydajnie albo podejmować gorsze decyzje?

Jeśli zaś Jacek Jaśkowiak tak się upiera, że skład wiceprezydentów powinien odzwierciedlać układ sił w radzie miasta, to chciałbym dowiedzieć się, ilu radnych ma Jędrzej Solarski? ;)

Prezydent Jaśkowiak powinien jasno i otwarcie oznajmić: „Tak, Tomasz Lewandowski był dotąd dobrym wiceprezydentem, więc będzie nim dalej”, albo na odwrót: „Jednak się myliłem, Tomasz Lewandowski był kiepskim wiceprezydentem, więc już nim nie będzie”. Koniec, kropka.

Każde inne uzasadnienie decyzji w sprawie Tomasza Lewandowskiego będzie czystym politykierstwem. Przyznaniem się, że stołki dla wiceprezydentów są rozdawane z politycznego klucza w uzgodnieniu z partią, a doświadczenie czy kompetencje są na dalszym planie.

(Zresztą innym jawnym dowodem na to jest przecież stanowisko dla Katarzyny Kierzek-Koperskiej, obiecane już przy zawiązywaniu Koalicji Obywatelskiej, przez co teraz - jak donosi "Wyborcza" - trzeba jej szukać możliwie łatwych zadań)

Oczywiście jest dość niecodzienną sytuacją, gdy zastępcą prezydenta ma być ktoś z innego politycznego ugrupowania, i kto jeszcze chwilę temu konkurował z tym samym prezydentem w wyborach.

Ale na litość boską… Po pierwsze - to „inne polityczne ugrupowanie” Tomasza Lewandowskiego jest obecnie w totalnej rozsypce. A po drugie, powtórzmy, identyczna sytuacja Jaśkowiakowi i reszcie Platformy dotąd jakoś nie przeszkadzała. Także w kampanii wyborczej.

Prawo do Miasta nie ma żadnego interesu

Jest oczywiście w tej całej układance jeszcze koalicja Prawo do Miasta. Czyli, po części, sprawcy całego zamieszania. To oni odmówili Jackowi Jaśkowiakowi przyjęcia tej niecodziennej propozycji.

Jakie były pierwsze komentarze? Oczywiście takie, że głupio robią, przecież Jaśkowiak wyciąga do nich rękę i proponuje współpracę. Prezydent też szybko się obruszył: - Jeśli chcą być w opozycji, tam gdzie PiS, to ich wybór.

Jednak jeśli się temu bliżej przyjrzeć, to odmowa społeczników z Prawa do Miasta nie jest wcale tak głupim posunięciem, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać.

Spójrzcie sami. Gdyby PdM przystało na propozycję Jaśkowiaka – prezydent odniósłby z tego kilka oczywistych korzyści:

- mógłby dalej opowiadać, że nikt tak jak on nie daje ruchom miejskim udziału we władzy i możliwości realizacji ich postulatów,

- łatwiej przekonałby PO do Tomasza Lewandowskiego (skoro już uznał, że musi kogokolwiek do niego przekonywać...), argumentując, że stoi za nim więcej ludzi,

- spacyfikowałby potencjalną krytykę ze strony ruchów miejskich, które znów nie mogłyby otwarcie krytykować ekipy rządzącej, jednocześnie ją wspierając,

- mógłby w razie czego częściowo obciążyć społeczników odpowiedzialnością za swoje rządy.

A teraz przyjrzyjmy się, jakie korzyści odnieśliby społecznicy, gdyby przystali na taki „deal”:

- …

- …

- stanowisko wiceprzewodniczącej rady miasta (no bez jaj...)

- …

Widzicie chyba sami, że nie byłby to zbyt zdrowy układ, nawet biorąc pod uwagę dominującą pozycję negocjacyjną Jaśkowiaka i wyraźnie słabszą Prawa do Miasta.

Zaraz powiecie, że społecznicy mieliby wpływ na władzę, mogliby naciskać na dalsze uspokajanie ruchu czy ochronę zieleni. Ale kto by im to zagwarantował? Do Tomasza Lewandowskiego ruchy miejskie, jak można nieoficjalnie usłyszeć, nie mają za grosz zaufania.

Zresztą po ostatnich paru latach zbyt wielkiego zaufania społeczników nie mają też ani sam Jacek Jaśkowiak, który chyba doigrał się za wyzywanie ich od radykałów i wyśmiewania ich dyskusji, ani radni Koalicji Obywatelskiej.

Możecie nie pamiętać... ale Nowoczesnej nie podobał się choćby sposób poszerzania strefy tempo 30. Jej politycy przekonywali np., że w centrum powinna koniecznie pozostać – cytuję - „żywotna arteria” w postaci szerokiej ul. Ratajczaka, i że wprowadzane zmiany prowadzą do „destabilizacji układu drogowego”.

Już raz społecznicy weszli w taki deal

Jednak żeby przypadkiem nie kreować społeczników z koalicji Prawo do Miasta na jedynych sprawiedliwych, to warto przypomnieć, że po wyborach w 2014 r. sami w podobny „deal” weszli.

Już pewnie nie wszyscy pamiętają, ale nagły pomysł ze zrobieniem wiceprezydentem Macieja Wudarskiego był wtedy jeszcze bardziej zaskakujący, niż teraz propozycja wspólnego klubu Lewicy z PdM.

Prezydent wpadł na ten, zdawałoby się wówczas, szalony pomysł z Wudarskim dopiero wtedy, gdy z opisanych już wcześniej przyczyn nie powiodły się rozmowy z Tomaszem Lewandowskim.



(To swoją drogą ciekawe: wówczas Jaśkowiak nie widział problemu, by powierzyć to stanowisko Wudarskiemu z zapleczem zaledwie jednego radnego, co nie dawało mu nawet większości w radzie miasta; dzisiaj, kiedy Jaśkowiak o tę większość w ogóle nie musi się martwić, widzi problem ze stanowiskiem dla Lewandowskiego, bo ten radnych ma „tylko” dwoje)

Jasne, wtedy różnica była taka, że nikt Prawu do Miasta nie dorzucał „w pakiecie” żadnej lewicy. Prezydent Jaśkowiak zaś już przed II turą wyborów zobowiązał się do realizacji postulatów ruchów miejskich i potem to zobowiązanie podtrzymał.

Jak to się skończyło? To chyba wiemy wszyscy. Z działań Wudarskiego tak naprawdę nikt nie był zadowolony. Działacze PO torpedowali jego pomysły, Jaśkowiak pod ich naciskiem rezygnował z kluczowych postulatów społeczników, a ci ostatni pieklili się, widząc np. totalną niemoc w sprawie ul. Głogowskiej, próby okrajania programu rowerowego czy awanturę o ul. Grunwaldzką.

Z każdym miesiącem wiceprezydent Wudarski był coraz bardziej jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Już w samej kampanii wyborczej doszło przecież do tego, że jeździł po różnych takich miejscach i zapowiadał zmiany, jednocześnie tłumacząc się, dlaczego przez cztery lata ich nie wprowadził.

Całkiem możliwe, że właśnie dlatego – nauczeni tym doświadczeniem – społecznicy teraz nie chcą pochopnie wchodzić w żaden deal z Jackiem Jaśkowiakiem.

Jestem w stanie wyobrazić sobie dwoje radnych Prawa do Miasta będących bardziej w opozycji do Jacka Jaśkowiaka niż go wspierających. To byłby zupełnie nowy rozdział w prezydenturze Jacka Jaśkowiaka.

Kiedy Jaśkowiak przed rokiem został wiceprzewodniczącym wielkopolskiej PO, radny PiS Mateusz Rozmiarek skomentował, że jego "społecznikowski duch pomału ginie". Wówczas oczywiście był to tylko frazes z ust krytycznego wobec Jaśkowiaka polityka PiS.



Teraz jednak, gdyby Jacek Jaśkowiak miał za oponentów DBH i Pawła Sowę na sali sesyjnej oraz kolejnych działaczy PdM poza tą salą, to ów frazes okazałby się spełniającą się przepowiednią.

A słynne wsparcie ruchów miejskich dla Jacka Jaśkowiaka przed II turą wyborów 2014, „kredyt zaufania”, jakiego mu wówczas udzielili, lista postulatów, pod jakimi Jaśkowiak się podpisał, czy wreszcie jego wielokrotne zapewnienia, że „z ruchów miejskich się wywodzi”…

To wszystko można by już odesłać na śmietnik historii poznańskiej polityki.

PS. Myślałem, że sam Tomasz Lewandowski w całej sytuacji przynajmniej spróbuje zachować się z klasą. Pogada z jednymi i z drugimi za zamkniętymi drzwiami i poczeka na efekt przemyśleń Jaśkowiaka.

Zamiast tego, gdy rozgorzała cała dyskusja… To Tomasz Lewandowski wdał się w idiotyczną pyskówkę na Facebooku z jednym z ludzi z koalicji Prawo do Miasta, który zarzucał mu, że "społecznikiem nigdy nie był, nie jest i nie będzie".

Lider poznańskiej lewicy w odpowiedzi... wyciągnął screeny rozmów, z których wynikało, że krytykuje go były pracownik biura spraw lokalowych w magistracie. I że o tę pracę zabiegał bezpośrednio u Lewandowskiego.




Co to w ogóle ma być? Tu nawet najtęższe głowy od public relations i wizerunku politycznego miałyby poważny problem, by wymyślić jakieś wytłumaczenie, czemu ta cała akcja miała służyć.

Zdaje się, że Tomasz Lewandowski próbował w prymitywny sposób skompromitować krytykującego go człowieka, co przyniosło efekt odwrotny do zamierzonego. Wyjątkowo to słabe.

Ciekawe, na kogo jeszcze Tomasz Lewandowski trzyma takie „kwity”, które wyciągnie w zaskakującym momencie. Na Dorotę Bonk-Hammermeister? Na Barbarę Nowacką? Może na samego Jacka Jaśkowiaka?…

Dodajmy, że tę akcję odwalił polityk, który trzy lata temu sam mógł paść ofiarą szukania różnych haków. Całe miasto dowiedziało się o tym z tzw. afery mailowej. Przypomnijmy, jak wówczas komentował to sam Lewandowski:

To trochę żenujące. To taki "House of Cards" w prowincjonalnym wydaniu. Myślałem, że polityka samorządowa różni się od krajowej, nie ma gier, służb itd. Jednak niektórym najwyraźniej wydaje się, że tak to powinno funkcjonować

Tomasz Lewandowski, wyp. z sierpnia 2015 r., źródło: Gazeta Wyborcza Poznań



No ciekawe, czy dziś powiedziałby to samo o własnych metodach, wymierzonych w politycznych oponentów krytykujących go na Facebooku.

Z tego, co wiem, Tomasz Lewandowski przez kilka ostatnich dni był na urlopie. Miejmy nadzieję, że ochłonął, bo takie pyskówki na Facebooku - czy w ogóle gdziekolwiek - po prostu nie przystoją wiceprezydentowi Poznania.

Tak właściwie Lewandowski powinien się cieszyć, że sprawa nie odbiła się większym echem. Ten incydent już prędzej kazałby się zastanowić, czy dalej powinien zajmować stanowisko, niż liczba stojących za nim radnych.

Seweryn Lipoński / 7 listopada 2018