www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wszyscy byli ludzie prezydenta (nie tylko Jaśkowiaka), czyli jak już się żegnać z pl. Kolegiackim, to z hukiem

20 lipca 2020

Wszyscy byli ludzie prezydenta (nie tylko Jaśkowiaka), czyli jak już się żegnać z pl. Kolegiackim, to z hukiem

#Jacek Jaśkowiak  #Katarzyna Kierzek-Koperska  #Sławomir Hinc  #Piotr Kołodziejczyk  #Wojciech Makowski

Przygoda Katarzyny Kierzek-Koperskiej z poznańskim magistratem dobiega końca. Zastępczyni Jacka Jaśkowiaka - poinformowana o zwolnieniu SMS-em - za parę dni wróci na chwilę na pl. Kolegiacki odebrać wypowiedzenie i spakować manatki. Zresztą to nie pierwsza taka głośna dymisja.

"Informuję, że podjąłem dzisiaj decyzję o odwołaniu Ciebie ze stanowiska Zastępcy Prezydenta Miasta Poznania. Z poważaniem Jacek Jaśkowiak" - takiego SMS-a dostała Katarzyna Kierzek-Koperska w zeszły poniedziałek.

To było krótko przed godz. 13, czyli mniej więcej godzinę przed tym, jak Jaśkowiak oznajmił tę decyzję przed naszą kamerą. Za to już po mojej rozmowie telefonicznej z Kierzek-Koperską - w której, jeszcze nie znając decyzji swojego szefa, i tak zdążyła go nazwać "złym człowiekiem".



Zaraz potem mieliśmy cały festiwal wywiadów. Pani była już wiceprezydent o kulisach całej sprawy opowiedziała w WTK (była też riposta Jaśkowiaka, choć nie bezpośrednio, bo nie chciał z nią rozmawiać), potem ukazały się też rozmowy w "Głosie Wielkopolskim" i w "Gazecie Wyborczej".

Takie rozmowy tuż po zwolnieniu - jak słusznie podkreślał Jaśkowiak - zawsze są przepełnione emocjami. Dlatego lepiej spoglądać na nie z odpowiednim dystansem. Z drugiej strony - zwykle są też najbardziej szczere. Nagle nie ma już przeszkód, by opowiedzieć, co działo się niedobrego.

ZOBACZ WYWIAD W GŁOSIE: Katarzyna Kierzek-Koperska: Prezydent Jaśkowiak nie potrafi współpracować z kobietami. Uważa, że mężczyźni mają kompetencje do rządzenia

ZOBACZ WYWIAD W WYBORCZEJ: Zwolniona wiceprezydent Poznania Katarzyna Kierzek-Koperska: Jacek Jaśkowiak zarządza ludźmi przez strach. Cały czas jest na ringu

Z tego, co zdążyła już opowiedzieć Katarzyna Kierzek-Koperska, nawet po podzieleniu przez dwa wyłania się obraz naprawdę FATALNEJ współpracy. Zapewne w normalnych okolicznościach nigdy nie potrwałaby aż półtora roku.

Tyle że była narzucona politycznie. Prezydent Jaśkowiak przed wyborami obiecał, że jeśli Nowoczesna weźmie przynajmniej cztery miejsca w radzie miasta, to przypadnie jej stanowisko jednego z zastępców. I tak też się stało.

Tak naprawdę o tym, jak ta "współpraca" się układała, dużo mówią sam styl i okoliczności zwolnienia.

Prezydent zrobił to w poniedziałek, gdy tylko dostał zielone światło od Nowoczesnej, która w weekend wycofała swoje poparcie dla Kierzek-Koperskiej. Zadzwonił do niej. Nie odbierała - wysłał dość lakonicznego SMS-a. Przedtem przez trzy miesiące, gdy była na zwolnieniu, nie zamienił z nią ani słowa.

Tak się składa, że w dniu, w którym Jaśkowiak powoływał Katarzynę Kierzek-Koperską, żegnał się jednocześnie z dwójką swoich poprzednich zastępców - Maciejem Wudarskim i Tomaszem Lewandowskim. Też mało elegancko przez SMS-a? No nie.



(fot. poznan.pl)

To przecież jakiś, kurna, kabaret. Peany na cześć jednego i drugiego zupełnie tak, jakby Jaśkowiak wręczał im - z szefem rady miasta - tytuł honorowego obywatela Poznania czy inne ordery, a nie właśnie ogłaszał ich dymisję

- pisałem wówczas na Poznań Spoza Kamery. I dodawałem, że "źle wróży" fakt, że Jaśkowiak szukał dla swojej nowej zastępczyni możliwie najłatwiejszych działek. To były - jak już dzisiaj wiemy - dość prorocze słowa.

Trudno też nie odnieść wrażenia, że słynna już decyzja o zamknięciu miejskich lasów, która ponoć tak rozsierdziła Jaśkowiaka, w rzeczywistości faktycznie była pretekstem.

Zaraz po zwolnieniu Katarzyna Kierzek-Koperska pokazała jeszcze innego SMS-a, z którego wynika, że Jaśkowiak wiedział o zamknięciu lasów. Dał wręcz przyzwolenie i zielone światło. Jego rzeczniczka tłumaczyła potem, że KKK "manipuluje faktami", że ten SMS był po fakcie, no ale...

Na litość boską! Jeżeli prezydentowi naprawdę tak nie spodobała się ta decyzja - mógł natychmiast zainterweniować.

Gdyby któryś z jego zastępców np. wpadł na pomysł, by zburzyć ratusz, i wysłałby mu SMS-a z taką informacją... co zrobiłby Jaśkowiak? Zadzwoniłby i wykrzyczał: "Nie wolno wam tego zrobić!", czy może odpisałby, że "to logiczne", a potem tłumaczył się przed kamerami, że o sprawie nic nie wiedział, i post factum publicznie opieprzałby swojego podwładnego?

Tyle mojego komentarza w tej sprawie. Z tego, co opowiedziała Kierzek-Koperska, wynikałoby, że sprawa mogłaby wręcz trafić do sądu pracy. Co zresztą na jednej z kwietniowych konferencji sugerował jej publicznie Jaśkowiak. Jeśli tak się stanie - sąd zapewne dokładniej oceni sytuację.

Tymczasem jest to dobra okazja, by przypomnieć, że w głośnych i niezbyt miłych okolicznościach z urzędem miasta żegnało się już wcześniej kilku innych ważnych urzędników. I to nie tylko za czasów prezydenta Jaśkowiaka.

--

STYCZEŃ 2018
NIECH OFICER ROWEROWY ZJEŻDŻA, BO JUŻ ZROBIŁ, CO TRZEBA

Pamiętacie jeszcze oficera rowerowego Wojciecha Makowskiego? Jako jedyny w tym zestawieniu nie był nie tylko zastępcą prezydenta, ale nawet żadnym dyrektorem, tylko zwykłym, szeregowym urzędnikiem.



Tym bardziej znamienne, że jego wylot z roboty na przełomie 2017 i 2018 r. wzbudził tyle kontrowersji. To był element "wyciszania kontrowersji" przed wyborami samorządowymi. Oczywiście nieoficjalnie - bo oficjalnie nikt z magistratu nie chciał tego przyznać.

Prezydent Jacek Jaśkowiak przekonywał, że Makowski musiał odejść, bo nie potrafił przekonywać ludzi do swoich rowerowych wizji np. podczas konsultacji z mieszkańcami. Z drugiej strony - nikogo nie powołał w jego miejsce.

Jego zdaniem oficer i tak zdążył zrobił, co trzeba, czyli audyt rowerowy miasta, przygotować standardy dróg rowerowych, a także program inwestycji. Komentowałem wówczas:

To wszystko wygląda tak, jakby najpierw zapadła decyzja o jego zwolnieniu i likwidacji stanowiska, a dopiero potem zaczęto szukać odpowiednich argumentów.

Że niby miał zrobić tylko audyt, standardy dróg rowerowych i program rowerowy? Przepraszam bardzo, ale kiedy Makowskiego zatrudniono w urzędzie, to była cała konferencja prasowa i tam jakoś nikt nie wspominał, że po zrobieniu tych trzech rzeczy oficer rowerowy przestanie być potrzebny.

Że konfliktowy i zrażał ludzi do rowerowych inwestycji? Zaraz, zaraz, przecież z poprzedniego argumentu wynika, że to w ogóle nie należało do zadań Makowskiego. Przecież miał zrobić tylko audyt, standardy dróg rowerowych i program na lata 2017-2022. To jak mógł wylecieć za jakieś spotkania z radnymi czy mieszkańcami?

To wszystko kompletnie kupy się nie trzyma. Zresztą co to za tłumaczenie, że oficer rowerowy miał zrobić tylko to, to i tamto, zrobił dobrze, więc teraz już dziękujemy i życzymy powodzenia? Czy on był zatrudniony w urzędzie na etacie czy, za przeproszeniem, na jakiejś umowie zlecenie?


ZOBACZ CAŁY TEKST: Prezydent Jacek Jaśkowiak, wywalając oficera rowerowego, zadarł z ruchami miejskimi na 10 miesięcy przed wyborami

Już po zwolnieniu oficera mieśmy wywiady z Makowskim i z Jaśkowiakiem w "Gazecie Wyborczej", w których panowie wzajemnie zarzucali sobie różne rzeczy. Szczególnie źle wypadł Jaśkowiak.

Zaraz potem Franciszek Sterczewski - o którym wówczas jeszcze nikt nie myślał, że będzie posłem, a już na pewno nie z Koalicji Obywatelskiej - skomentował ten wywiad, mówiąc, że na miejscu Jaśkowiaka zapłaciłby każde pieniądze, byle tylko się nie ukazał.

Jednak najistotniejsze w całej sprawie było to, że tą decyzją prezydent krótko przed wyborami zadarł z ruchami miejskimi, bo niejako sprzeniewierzył się własnym obietnicom wyborczym.

W samych wyborach nie miało to większego znaczenia - Jaśkowiak m.in. dzięki antypisowskiej mobilizacji miast wygrał już w I turze.

Tak naprawdę to był jednak faktyczny koniec symbiozy Jaśkowiaka z Prawem do Miasta. Zaraz po wyborach społecznicy nie przyjęli jego propozycji łączenia sił z lewicą, zdystansowali się i ustawili w roli "przyjaznej" opozycji, którą pozostają do dziś.

--

SIERPIEŃ 2015
WICEPREZYDENT PACHCIARZ SKŁADA DYMISJĘ SMS-EM

Z wiceprezydent Agnieszką Pachciarz było trochę jak z Adamem Nawałką w roli szkoleniowca Lecha Poznań. Czyli można było odnieść wrażenie, że dłużej trwały negocjacje, niż później sama praca.

Zaraz po wygranych przez Jaśkowiaka w listopadzie 2014 r. wyborach pojawił się pierwsze pogłoski, że obiecaną przez niego kobietą na stanowisku zastępcy prezydenta miałaby być właśnie Pachciarz, była szefowa NFZ.

Tyle że sama Pachciarz nie bardzo się do tego paliła. Dopiero po dwóch miesiącach dała się przekonać i dołączyła do ekipy Jaśkowiaka. Mijało jej właśnie zaledwie pół roku na stanowisku - gdy w sierpniu 2015 r. wybuchła afera mailowa.

Zaraz po ujawnieniu różnych maili, które wymieniali między sobą m.in. Pachciarz z nowym szefem ZKZL Pawłem Augustynem i które zmierzały do storpedowania zawiązywanego wówczas porozumienia Jaśkowiaka z SLD, wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Prezydent Jaśkowiak na podstawie tych maili oraz pytań, z jakimi zaczęli do niego dzwonić dziennikarze, w wywiadzie dla "Głosu Wielkopolskiego" skomentował: - Działania pani Pachciarz to ewidentna nielojalność.

Co ciekawe, sama zainteresowana o sprawie dowiedziała się w pociągu do Warszawy, bo była tego dnia w delegacji. Dzwoniła do Jaśkowiaka - ten nie odbierał. Nie odpisywał też na jej SMS-y. Później przekonywał, że "rozmowa nie miała sensu", bo maile były jednoznaczne.

Wiceprezydent Agnieszka Pachciarz w tej sytuacji postanowiła uprzedzić ruch Jaśkowiaka i sama podała się do dymisji. Zrobiła to SMS-em.

- Oddzwonił do mnie dyrektor wydziału organizacyjnego, by omówić techniczne kwestie związane z zakończeniem pracy. To standard i styl, z jakim do tej pory nie miałam do czynienia - komentowała później Pachciarz w rozmowie z "Wyborczą".

Tak jak teraz Kierzek-Koperska - a jakże - Pachciarz udzieliła też obszernego wywiadu o kulisach całej sprawy na antenie WTK.



Cała ta historia miała mnóstwo wątków, które były po części śmieszne, a po części straszne. Czego tam nie było!

Z dzisiejszej perspektywy aż trudno ocenić, co lepsze: czy ta dymisja złożona SMS-em, czy prezes Augustyn płaczący przed kamerą WTK, że "gdyby wiedział, z jakim g... będzie miał tutaj do czynienia, to nigdy by tu nie przyszedł do pracy"...



...może jednak jego maile do Pachciarz z poradami od "Mirka Kruszyńskiego", czy może wreszcie "panowie oficerowie", do których szef ZKZL miał zwracać się z pytaniami, kogo zatrudnić w spółce, a w sprawę był ponoć dodatkowo zamieszany Jacek Tomczak - wówczas poseł PO.

Wiceprezydent Pachciarz z urzędu odeszła sama, natomiast prezes Augustyn wcale nie zamierzał, zapowiadając: - To są działania mafijne. Nie będę pod wpływem magii rezygnował ze stanowiska!

Szefa ZKZL musiała więc odwołać rada nadzorcza. Ówczesny lider opozycji w radzie miasta Szymon Szynkowski vel Sęk komentował: - To wszystko jest jak awantura w portowej knajpie. Obrzucają się krzesłami i kuflami. To całe towarzystwo należy stąd jak najszybciej przepędzić.

MAJ 2015
PRAWA RĘKA JAŚKOWIAKA ODCHODZI PRZEZ DZIWNE FAKTURY

To była pierwsza głośna afera za czasów Jacka Jaśkowiaka zakończona dymisją. Tym bardziej dla niego bolesna, że musiał zwolnić swoją prawą rękę - Jakuba J., pierwszego zastępcę, a wcześniej w kampanii wyborczej szefa sztabu.

Wiceprezydent Jakub J. przetrwał na stanowisku niespełna pięć miesięcy. Pod koniec kwietnia 2015 r. "Gazeta Wyborcza" ujawniła zastanawiające zlecenia, które jeszcze jako szef spółki Szpitale Wielkopolski dawał zaprzyjaźnionym firmom m.in. na "przygotowanie materiałów informacyjnych".

Początkowo wiceprezydent oświadczył, że "nic go nie łączy" z klubem Red Oak nad Maltą, który część tych zleceń dostawał. To była ściema. Przecież zaledwie kilka miesięcy wcześniej J. chwalił się, że przyczynił się do jego powstania, zapraszał na jego otwarcie, na FB robił wpisy, że tam ćwiczy, zamieszczał fotki z szefem klubu.

Tymczasem na jaw zaczęły wychodzić kolejne podejrzane wydatki Szpitali Wielkopolski. Rada nadzorcza spółki najpierw zakwestionowała 10 faktur na ponad 150 tys. zł, późniejszy audyt wykazał wątpliwości do kolejnych, bo spółka kupowała m.in. długopis za 1,3 tys. zł, drogie spinki do mankietów, czy wreszcie stroje sportowe za ponad 27 tys. zł.

Prezydent Jaśkowiak początkowo wstrzymywał się ze zwolnieniem swojego najbardziej zaufanego człowieka. Jednak po tygodniu nie było już wyjścia. W długi majowy weekend Jakub J. sam podał się do dymisji.

- Słyszałem tylko: "Masz ustąpić". To nie był dialog, tylko przekazanie stanowiska partyjnych zwierzchników - mówił później J. w długim wywiadzie, jakiego zgodził się udzielić "Wyborczej". Jednocześnie przekonywał, że ze zleceniami i fakturami wszystko było w porządku, a w klubie Red Oak "regularnie nie trenuje".

Dlaczego dziś musimy o nim pisać z inicjałem zamiast nazwiska? Sprawa nie skończyła się wyłącznie dymisją, ale trafiła też do sądu, gdzie prokuratura oskarżyła Jakuba J. o działalność na szkodę spółki. Sąd pierwszej instancji go uniewinnił. Sąd odwoławczy uchylił ten wyrok. Proces będzie powtórzony.

Co ciekawe - tzw. afera fakturowa otworzyła prezydentowi Jaśkowiakowi drogę do porozumienia z lewicą w radzie miasta. Dzięki temu w miejsce J. wskoczył najpierw Arkadiusz Stasica, a potem Tomasz Lewandowski, zaś Jaśkowiak do końca kadencji nie musiał się martwić o większość w radzie miasta.

--

No dobra, a teraz cofnijmy się do jeszcze dawniejszych czasów, bo przecież i za czasów prezydenta Ryszarda Grobelnego zdarzały się głośne odejścia.

STYCZEŃ 2012
WICEPREZYDENT HINC SCHODZI ZE SCENY (NIE)POKONANY

Tak właściwie trudno wskazać tu jedną rzecz, o którą konkretnie poszło, ale zaledwie pół roku przed Euro 2012 prezydent Ryszard Grobelny zwolnił... wróć! Wiceprezydent Sławomir Hinc sam podał się do dymisji.

- Nie czułem wsparcia prezydenta w trudnych chwilach. Nie byliśmy jedną drużyną - podkreślał Hinc. To był koniec kilkutygodniowego serialu. W pewnym momencie Hinc mówił wręcz o sobie: "jeszcze zastępca prezydenta".

Przedtem jednak mało kto przypuszczał, że sprawy przybiorą aż tak poważny obrót. Jeszcze na miejskim sylwestrze - gdzie akurat występował zespół Perfect - Hinc zastępował nawet Grobelnego i w jego imieniu składał poznaniakom noworoczne życzenia.

- Czy jesteście niepokonani? Czy Poznań jest niepokonany?! - pytał poznaniaków ze sceny na placu Wolności.



Wiceprezydent Hinc wytrwał na stanowisku dwa i pół roku. Zastąpił nie byle kogo, bo Macieja Frankiewicza, wieloletniego zastępcę Grobelnego, który w czerwcu 2009 r. zmarł po tragicznym w skutkach wypadku.

Tu ważna uwaga. Przedtem Hinc był miejskim radnym Platformy Obywatelskiej. Jego nominacja była więc ukłonem dla największego klubu w radzie miasta, z którego pomocą Grobelny rządził wtedy Poznaniem. Jego zastępcą był też inny polityk PO - Jerzy Stępień.

Jako wiceprezydent Hinc objął nadzór m.in. nad sportem, kulturą i oświatą. Szybko zasłynął kontrowersyjnym pomysłem zorganizowania w Poznaniu drogiego festiwalu Rock in Rio.

Z pomysłu władze miasta wycofały się już po kilku miesiącach. Jednak Hinc zaliczał w oczach Grobelnego kolejne wpadki. Nie zaradził konfliktowi magistratu z artystami, Poznań przegrał wyścig o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, a spektakularną wtopą okazały się zmiany w sieci szkół.

Ta ostatnia sprawa tak zirytowała Grobelnego, że odsunął od niej Hinca i... postanowił dokończyć ją osobiście. To również za czasów Hinca powstał budżet oświaty na 2012 r. - jak się potem okazało - niedoszacowany na 78 mln zł! Z posady wyleciał za to ówczesny szef wydziału oświaty Andrzej Tomczak.

Napięcie pomiędzy prezydentem i jego zastępcą rosło. Pierwsze dni 2012 r. przynosiły coraz głośniejsze pogłoski o nadchodzącym zwolnieniu Hinca. Wiceprezydent postanowił wyprzedzić ten ruch, zapowiedział dymisję w rozmowie z "Głosem Wielkopolskim", a dzień później formalnie ją ogłosił.

Sytuacja była dość komiczna, bo na zwołaną przez Hinca konferencję przyszedł również... sam Grobelny, zasiadając wśród dziennikarzy. Zaraz potem na gorąco komentował odejście swojego podwładnego: - Nie jestem zaskoczony. Faktycznie powinien zrezygnować ze stanowiska.

Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że to się chyba musiało tak skończyć, bo obaj panowie prędzej czy później przestaliby się dogadywać. Hinc po odejściu z urzędu podryfował w stronę bardzo konserwatywnej prawicy.

Już wiosną 2013 r. związał się z Prawicą RP - czyli partią Marka Jurka. Kandydował z list PiS do Parlamentu Europejskiego w 2014 r., zdobył tylko 6,5 tys. głosów, nie dostał się. Bez powodzenia walczył też o stanowisko wójta Komornik i o wejście do Senatu.



Z lepszym skutkiem kandydował do wielkopolskiego sejmiku. Choć też na raty. Bo wszedł dopiero po roku - gdy posłami zostali Bartłomiej Wróblewski oraz Krzysztof Ostrowski i zwolniły się po nich mandaty.

Tu mała ciekawostka: o tym, że to Hinc wskoczył do sejmiku, zadecydowało zaledwie 19 głosów. Taką miał przewagę nad kolejną z listy PiS Barbarą Nowak.

Nazwisko Hinca przewijało się w tamtym czasie w jeszcze jednej sprawie. To on początkowo był wskazywany jako potencjalny winny nieprawidłowości przy przebudowie Zamku, które odkryła komisja rewizyjna rady miasta.

Jednak w doniesieniu do rzecznika dyscypliny finansów publicznych ostatecznie znalazło się nazwisko Grobelnego. Radni uznali, że to on - jako szef - powinien ponosić odpowiedzialność.

GRUDZIEŃ 2009
SEKRETARZ BLOGER NAPISAŁ O PARĘ SŁÓW ZA DUŻO

To chyba jedna z najbardziej kuriozalnych historii w dziejach poznańskiego samorządu. Zapewne nie uwierzylibyście, że coś takiego mogło mieć miejsce, gdyby nie fakt, że wydarzyło się naprawdę.

Jest końcówka 2009 r. Trwają w radzie miasta prace i dyskusje nad budżetem Poznania na kolejny rok. To ważne decyzje, bo na dobre rozkręcają się inwestycje przed Euro 2012, ale w efekcie mocno ma wzrosnąć zadłużenie miasta.

Prezydent Ryszard Grobelny tłumaczy, że Cyryl Ratajski też zaciągał kredyty, i że bez tego Poznań nie miałby np. targów.

Tymczasem jeden z najbliższych współpracowników Grobelnego - sekretarz miasta Piotr Kołodziejczyk - pisze, że "planowanie nie jest silną stroną miejskich struktur", wytyka przesadne zadłużanie miasta.

Dalej komentuje: "(...) chwalono projekt budżetu za wysoki poziom inwestycji. Jako starszy człowiek pamiętam, że za to samo chwalono Edwarda Gierka". Nigdzie nie wymienia nazwiska Grobelnego, ale wszyscy wiedzą, o co i o kogo chodzi.

Co najistotniejsze - Kołodziejczyk nie robi tego anonimowo. Pisze to wszystko pod nazwiskiem (!) i z otwartą przyłbicą, na swoim blogu, który prowadzi w internecie pod adresem www.nudnepanstwo.pl.

Jego wpis o budżecie miasta uchował się w archiwach internetu - możecie go w całości przeczytać tutaj.

Kiedy sprawą zainteresowały się media, Kołodziejczyk był wręcz zdziwiony, a w swoich krytycznych wobec szefa wpisach nie widział niczego nadzwyczajnego. Przekonywał, że działa w interesie publicznym:

Sposób rozumowania sympatycznego redaktora Gazety [Wyborczej], że każdy pracownik magistratu, komu nie podoba się projekt budżetu powinien się z niego zwolnić warto rozszerzyć. A jak Polakowi nie spodoba się projekt budżetu państwa, to powinien emigrować?!

- pisał Kołodziejczyk w kolejnym wpisie na blogu. Prezydent Grobelny był jednak innego zdania i zwolnił sekretarza. Tłumaczył to utratą zaufania. Potem Kołodziejczyk próbował jeszcze walczyć w sądzie pracy - ale przegrał. Sąd przyznał, że jego wpisy były "niezręczne" wobec przełożonego.

Zaskakująca jest jednak puenta tej historii, bo oto Kołodziejczyk wrócił na pl. Kolegiacki kilka lat później, już za rządów prezydenta Jaśkowiaka. Wygrał konkurs na stanowisko w wydziale zdrowia nadzorowanym przez wiceprezydenta Jędrzeja Solarskiego. Później Kołodziejczyk został dyrektorem Centrum Usług Wspólnych.