www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2019. Debata w WTK pełna niezręczności. Jaśkowiak pyta Emilewicz, czy jej nie wstyd, Jankowiak nie zna pomysłu PSL

5 października 2019

Wybory 2019. Debata w WTK pełna niezręczności. Jaśkowiak pyta Emilewicz, czy jej nie wstyd, Jankowiak nie zna pomysłu PSL

Wybory 2019 - Poznań - Jadwiga Emilewicz - Joanna Jaśkowiak - Katarzyna Ueberhan - Jakub Mierzejewski - Wojciech Jankowiak

Czy wyobrażaliście sobie Jadwigę Emilewicz, która chce finansować in vitro z budżetu państwa? Kandydata PSL, który nie zna postulatów własnej partii? Senator PO sugerującą, że premierem powinien być jednak Grzegorz Schetyna, a nie Małgorzata Kidawa-Błońska? To wszystko zdarzyło się w pełnej zaskakujących wpadek debacie na antenie WTK.

Przyznajmy od razu - to nie była porywająca debata. Z pewnością nie trzymała w napięciu jak najlepsze thrillery Dana Browna, nie powodowała, że zajadający popcorn niczym w kinie nagle przestawali chrupać i z przejęciem wpatrywali się w ekrany.



Mimo wszystko kaliber był nie do przecenienia. I to nie tylko dlatego, że oko w oko stanęły ze sobą Joanna Jaśkowiak i Jadwiga Emilewicz, które dotąd - poza jedną dyskusją w Concordia Design - wymieniały się różnymi "uprzejmościami" głównie za pośrednictwem Facebooka i mediów.

To było w ogóle pierwsze w tej kampanii - i jedyne w telewizji - starcie wszystkich liderów i liderek poznańskich list wyborczych do Sejmu. Dodatkowo na deser dostaliśmy jeszcze całą czwórkę kandydatów do Senatu z Poznania i z pow. poznańskiego.

Widzowie dostali więc przegląd wszystkich czołowych poznańskich kandydatów do parlamentu.

ZOBACZ CAŁĄ DEBATĘ W WTK POZNAŃSKICH KANDYDATÓW DO SEJMU
ZOBACZ CAŁĄ DEBATĘ W WTK POZNAŃSKICH KANDYDATÓW DO SENATU

Nie jedna Emilewicz, tylko trzy

W dyskusji kandydatów do Sejmu uczestniczyło niby pięć osób. Jednak chwilami wydawało się, że jest ich nawet siedem. Można było bowiem odnieść wrażenie, że w studiu zasiadają trzy Jadwigi Emilewicz, a nie tylko jedna.

Liderka listy PiS zdominowała tę dyskusję. Tak jak podczas wielu wcześniejszych wystąpień nawijała niemal bez przerwy, sypała liczbami i innymi szczegółami, wtrącała się poza kolejnością, próbowała przerywać, gdy mówili pozostali.

- Tylko dwa zdania, pani redaktor, tylko dwa zdania!... - mówiła. I wygłaszała kolejny monolog.

- Pani minister, to już nie są dwa zdania! - irytowała się prowadząca Weronika Szymańska.

To wygląda na celową strategię Emilewicz. Dzięki temu nie dość, że wygląda na najlepiej przygotowaną merytorycznie, która ma mnóstwo do powiedzenia, to jeszcze ten słowotok nieco przysłania różne zarzuty kierowane pod adresem jej i reszty ekipy rządzącej.

Zaraz po debacie Emilewicz pochwaliła się na Twitterze... Nie, nie tylko zwycięstwem, jak zrobili także ludzie z Koalicji Obywatelskiej. Pani minister pochwaliła się "90 proc. posiadania piłki".

Hmm... Chyba nie oglądała zeszłorocznego mundialu. A przynajmniej meczu Hiszpania-Rosja w 1/8 finału.


Zresztą od trudnych pytań i tematów Emilewicz i tak nie zdołałaby w pełni uciec. Liderka listy Koalicji Joanna Jaśkowiak zapytała ją wprost: - Czy nie jest pani tak po ludzku, po prostu, każdego poranka wstyd?

- Gdyby było mi wstyd, to nie byłabym w tym rządzie - odcięła się Emilewicz. I dla odmiany zaczęła przytaczać różne soczyste teksty Klaudii Jachiry (no tak, to było do przewidzenia, że również w poznańskiej kampanii pojawi się w końcu Klaudia Jachira...).



Już wcześniej na pytanie, czy w ostatnich czterech latach konstytucja została w Polsce złamana, Emilewicz oczywiście odparła, że nie. Zaskoczeni?

Jednak od niektórych spraw kandydatka PiS lekko się zdystansowała. Czy reforma oświaty się udała? - Tak, ale... - odparła, ewidentnie puszczając oko do niezdecydowanych wyborców. Tak samo odpowiedziała na pytanie o zmiany w sądach.

Woda na młyn dla Jaśkowiak i Ueberhan

Jeśli chodzi o wspomnianą już Joannę Jaśkowiak, to z początku znowu była cicha i wycofana, ale w trakcie debaty nieco się rozkręciła. Zapewne pomogło jej to, że jako jeden z pierwszych wjechał temat aborcji.

- Najważniejsze jest prawo wyboru. To kobieta rodzi dziecko. To ona powinna mieć możliwość dokonania tego ostatecznego wyboru - stwierdziła Jaśkowiak.

Dodajmy, że dosłownie chwilę wcześniej Jadwiga Emilewicz wygłosiła całą emocjonalną przemowę, w której przyrównała prawo do aborcji do "usankcjonowania zabijania". I w tym kontekście światopoglądowe zderzenie obu pań było jeszcze mocniejsze.

Kandydatka Koalicji kompletnie nie poradziła sobie za to z pytaniem o pracę w sejmiku. Oczywiście zadała je Emilewicz (przy okazji początkowo się przejęzyczyła, mówiąc o małopolskim sejmiku, czym niezamierzenie przypomniała, że jest "spadochroniarzem" z Krakowa).

- Chciałam zaprzeczyć, że jestem pasywna. Bardzo aktywnie uczestniczę w pracach trzech komisji - odparła Jaśkowiak, zapytana, dlaczego na 10 sesjach sejmiku odzywała się tylko na... jednej. - Faktycznie nie zabieram głosu zbyt często. Nie ma takiej potrzeby. Nie mam zastrzeżeń do tego, jak nasze województwo jest zarządzane.

Sprawa przepisów antyaborcyjnych to była też, rzecz jasna, woda na młyn dla Katarzyny Ueberhan. Liderka listy Lewicy od razu przypomniała, że debata WTK przypadła akurat w trzecią rocznicę pierwszego z tzw. czarnych protestów, i że była ich aktywną uczestniczką.

- Wyszłyśmy wtedy na ulice, żeby zaprotestować przeciwko zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej, i również za jej liberalizacją. Sama dwukrotnie zbierałam podpisy pod projektem obywatelskim Ratujmy Kobiety - podkreślała.

Już od początku dyskusji było widać, że Ueberhan bardzo chce zaistnieć, dać się zauważyć. Jeszcze przed pierwszymi pytaniami wręczyła Emilewicz prezent - zapięcie do roweru. Nawet pomysłowe.

Później, już przy pytaniach otwartych, kandydatka Lewicy jako pierwsza wyrywała się do odpowiedzi. Jednak w wypowiedziach była jak zwykle dość chaotyczna. Pomyliła np. zaćmę z jaskrą.

Inna sprawa, że i tak wypadła już dużo bardziej konkretnie niż parę tygodni temu, gdy w wywiadzie w tym samym studiu nie potrafiła powiedzieć niemal nic o programie swojego ugrupowania.

Z punktu widzenia Lewicy świetnym pomysłem było zapytanie Joanny Jaśkowiak o sprawy mniejszości seksualnych i liberalizację aborcji. Oczywiście w kontekście zapowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej o pozostawieniu tzw. kompromisu aborcyjnego.

Tyle że tu Katarzyna Ueberhan znowu się zapętliła, pogubiła, nie umiała się wysłowić i w prosty sposób zakończyć pytania... no właśnie, pytaniem.

Jankowiak nie słuchał Kosiniaka-Kamysza

Przeciwieństwem Katarzyny Ueberhan w tej debacie był Wojciech Jankowiak z PSL. Zwłaszcza na początku sprawiał wrażenie, jakby nie do końca wiedział, gdzie jest i po co w ogóle się tu znalazł.

- Mówimy o której [reformie]? O tej, która w tej chwili została przeprowadzona? - zastanawiał się, gdy padło pytanie o reformę oświaty. No nie, kurna, o reformie Handkego z 1999 r., a w studiu zamiast Jadwigi Emilewicz siedzi polityk AWS.

Trochę wyglądało to tak, jakby Jankowiak przyszedł w roli wicemarszałka na jakąś kolejną mądrą dyskusję np. o rozwoju kolei metropolitalnej, a nie w roli polityka na przedwyborczy pojedynek z innymi kandydatami.

Co ciekawe, taka postawa - chyba nie do końca świadoma i zamierzona - przynosiła całkiem dobre efekty, Jankowiak w oczach widzów wyglądał bowiem na najbardziej koncyliacyjnego i przy okazji merytorycznie przygotowanego kandydata.

Tak to już jednak jest w debacie, że wystarczy jeden mały błąd, by wszystko inne przestało się liczyć.

- Wśród postulatów PSL znajduje się m.in. instytucja odwołania posła - zagadnął Jakub Mierzejewski z Konfederacji. - Czy są państwo za rozszerzeniem tej instytucji na samorządowców? Np. na marszałków i wicemarszałków?

- Uczciwie powiem, że nie znam tej inicjatywy odwołania posła, jeżeli takowa jest, to jak najbardziej... - odparł Jankowiak. Zdumiony Mierzejewski dopytywał: - Nie zna pan postulatów własnego ugrupowania?

- Nie znam, nie znam, tak się składa, że tego postulatu akurat nie znam - przyznał Jankowiak.

Tego jeszcze nie grali. No, panie marszałku, przynajmniej był pan szczery... To teraz pora nadrobić zaległości.



Wychodzi na to, że Jankowiak nie tylko nie zna programu własnego ugrupowania (!), choć ten liczy zaledwie 28 stron i w porównaniu z programami PiS czy Koalicji jest maleńką broszurką idealną do poczytania w zatłoczonym autobusie.

Kandydat PSL najwyraźniej nie słuchał w tej kampanii szefa własnej partii Władysława Kosiniaka-Kamysza (!!), który przecież tu i ówdzie podkreśla, że ta możliwość odwołania posła to jeden z postulatów Pawła Kukiza uwzględnionych w programie PSL.

Mało tego, lider ludowców mówił o tym również we wtorkowej ogólnopolskiej debacie w TVP (!!!), którą oglądały blisko 2 mln ludzi. Teraz już wiemy, że Wojciecha Jankowiaka raczej wśród nich nie było.

Grzeczny kandydat Konfederacji

Zaraz Konfederacja się doczepi, dlaczego napisałem już co nieco o wszystkich, tylko nie o ich kandydacie Jakubie Mierzejewskim. Tyle że właśnie Mierzejewski był najmniej aktywnym uczestnikiem dyskusji.

Jeśli w studiu były trzy Jadwigi Emilewicz - to zachowując proporcje było też tylko pół Jakuba Mierzejewskiego. No, w porywach trzy czwarte, bo w paru momentach - jak choćby tym pytaniem do Jankowiaka - jednak dał się zauważyć. Choćby o aborcji:

- Temat aborcji niestety zwykle jest wykorzystywany, gdy rząd próbuje podwyższyć podatki, jako tzw. temat zastępczy. Stanowisko Konfederacji jest takie, że trzeba chronić życie od naturalnego poczęcia do naturalnej śmierci.

Mierzejewski stwierdził też, że Polska powinna zbudować elektrownię atomową, poruszył temat nielegalnego importu śmieci do kraju, wreszcie wyjaśnił też, o co chodzi z tą służbą zdrowia w Singapurze.


Ciekawe było też to, jak podkreślił, że jego zdaniem konstytucję łamano nie tylko w ostatnich czterech latach. Czyli - innymi słowy - że naruszała ją też poprzednia władza. Tu jednak formuła tej części debaty nie pozwalała rozwinąć myśli.

I to właściwie tyle. Mimo wszystko, jak na tę "niepokorną" i antysystemową Konfederację, trochę słabo. Wystarczy małe porównanie...

Jednym z głośniejszych momentów wtorkowej debaty w TVP była awantura właśnie z udziałem sztabowców Konfederacji. Poszło o polską flagę, którą Jacek Wilk chciał mieć na swojej mównicy, a nie zgadzali się na to organizatorzy. Doszło niemal do szarpaniny i rękoczynów.

Tymczasem dwa dni później, w studiu WTK, poznański lider Konfederacji długimi momentami tylko grzecznie się przysłuchiwał, jak dyskutują pozostali. Zero wtrącania się do dyskusji. Zero ostrych słów.

I teraz czy wyobrażacie sobie, że Mierzejewski byłby gotów w studiu TVP wykłócać się z ludźmi z telewizji o flagę na mównicy Wilka? Może to mylne wrażenie, ale po tym, co zobaczyliśmy, przypuszczam, że prędzej spuściłby uszy po sobie i grzecznie zabrał flagę ze studia.

Tak, trudno w to uwierzyć, ale Jakub Mierzejewski w czwartek bardziej przypominał miłą i cichą Dorotę Bonk-Hammermeister z wyborów prezydenckich w 2018 r., niż swoich warszawskich kolegów z Konfederacji.

Kłótnia o "rządy monopartii"

To teraz parę słów o dyskusji kandydatów do Senatu. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tu żadnych fajerwerków, tymczasem chwilami było dużo ciekawiej niż w przypadku debaty sejmowej.

Mógł mieć na to wpływ także dobór tematów. Podczas gdy Emilewicz, Jaśkowiak i spółka dyskutowali m.in. o ochronie środowiska czy o służbie zdrowia, to kandydaci do Senatu rozmawiali o reformie oświaty, o związkach partnerskich i adopcji dzieci przez pary homoseksualne.

Ten ostatni temat wyraźnie nie spodobał się Jarosławowi Puckowi. Kandydat PiS, który zwłaszcza na Twitterze i na Facebooku lubi się wdawać w różne polemiki także z dziennikarzami, tym razem stwierdził:

- Zaczynacie debatę znowu takim tematem, który nie wydaje mi się, żeby był w tej chwili najważniejszy dla Polaków. Wydaje mi się, że ten temat jest zarzewiem wszelkiego rodzaju konfliktów.

Hahaha! Ciekawe tylko, co na to lider partii, pod której szyldem Pucek kandyduje do Senatu. Przecież to nie kto inny jak Jarosław Kaczyński porusza ostatnio właśnie ten temat i straszy środowiskiem LGBT+ praktycznie W KAŻDYM PRZEMÓWIENIU.

Znany już wcześniej z konserwatywnych poglądów Pucek jako kandydat PiS chyba jeszcze się dodatkowo zradykalizował. Posiadanie nieślubnych dzieci przyrównał bowiem do... przekraczania prędkości na drodze.


Muszę za to przyznać, że Pucek bardzo sprytnie i umiejętnie wybrnął z dyskusji o reformie oświaty, gdy Marcin Bosacki przytoczył problemy z tzw. podwójnym rocznikiem i związane z nim trudności z dostaniem się do najlepszych liceów.

- Ja mam odwagę tym ludziom powiedzieć: "Moi drodzy, nie jest tak, że w życiu będziesz zawsze miał to, co chcesz. Musisz sobie na to zapracować". I nigdy nie było tak, że wszystko dzieci dostawały się do tych szkół, do których chciały - podkreślił Pucek.

Jak już jesteśmy przy temacie szkół... to muszę jedną rzecz wyjaśnić. Kandydat PiS Przemysław Alexandrowicz uparcie twierdził, że nigdzie w Poznaniu młodzież nie ma lekcji do godz. 20.50, o co zapytał go prowadzący Darek Milejczak w odniesieniu do mojego wtorkowego materiału.

- Poprosiliśmy wydział oświaty o takie zestawienie - przekonywał Alexandrowicz. Tak, panie radny, ja też dostałem ten sam wykaz z wydziału oświaty. Ale dodatkowo przejrzałem też plany lekcji poszczególnych szkół.

I proszę bardzo - oto plan lekcji jednej z klas w Zespole Szkół Łączności:



Jednak najgoręcej w czwartkowej dyskusji zrobiło się na sam koniec. To wtedy wjechał temat przestrzegania konstytucji i praworządności.

Senator Jadwiga Rotnicka z PO stwierdziła, że "Polska zbacza w tej chwili z drogi państwa prawa". Jej myśl chwilę później rozwinął Marcin Bosacki - także z Koalicji Obywatelskiej. I się zaczęło.



To było już kolejne spięcie pomiędzy Alexandrowiczem i Bosackim, chyba napiszę osobny tekst o ich dyskusjach w różnych mediach, bo naprawdę świetnie oddaje to podział na "dwie Polski" w pigułce.

Później jeszcze mieliśmy ostre wymiany zdań Bosackiego z Puckiem. Tego drugiego nagle przestał interesować fakt, że PiS - jak sam wielokrotnie podkreślał - naruszał konstytucję, za to bardzo dociekał, dlaczego Bosacki nie mówił o tym głośno będąc jeszcze ambasadorem.

Już zupełnie na koniec, na deser, zostawiłem taką małą wisienkę na torcie. Początek debaty, seria pytań, na które kandydaci odpowiadają "tak" albo "nie".

- Czy prezes zwycięskiej partii powinien być premierem?
- Tak - odpowiada senator Jadwiga Rotnicka.

Pozdrowienia dla Grzegorza Schetyny i Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ciekawe, czy po programie był od kogoś z nich telefon do Rotnickiej. Albo, jak zasugerował jeden z komentujących na Twitterze, od Władysława Kosiniaka-Kamysza do Jankowiaka.

I jeszcze ewentualnie od Jarosława Gowina do Jadwigi Emilewicz, z pytaniem, co tam nawygadywała, że in vitro powinno być dofinansowywane z budżetu państwa "pod pewnymi warunkami".

Tylko telefon od Jarosława Kaczyńskiego, w którym zbeształby Jarosława Pucka za bagatelizowanie tematu zagrożeń dla rodziny, jest całkowicie nieprawdopodobny i trudno do wyobrażenia.

Seweryn Lipoński / 5 października 2019