www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2018. Jarosław Pucek i Dorota Bonk-Hammermeister dyskutowali w TVP Poznań. Tadeusz Zysk chyba nie dotarł do studia...

22 sierpnia 2018

Wybory 2018. Jarosław Pucek i Dorota Bonk-Hammermeister dyskutowali w TVP Poznań. Tadeusz Zysk chyba nie dotarł do studia...

Wybory 2018 - Poznań - debata - Jarosław Pucek - Dorota Bonk-Hammermeister - Tadeusz Zysk

Tyle było emocji przed tą dyskusją, że chyba wszyscy zasiedli przed telewizorami już z wypiekami na twarzy. Tymczasem gdy Jarosław Pucek, Tadeusz Zysk i Dorota Bonk-Hammermeister zaczęli mówić, to szału nie było.

To nie była żadna wielka debata. Już prędzej rozgrzewka, takie małe intro do kampanii wyborczej, która na dobre rozkręci się dopiero po wakacjach. I wtedy na pewno będą debaty nawet po dwie-trzy godziny.

Ta, którą mogliśmy zobaczyć w poniedziałek wieczorem, trwała 30 minut. I w sumie dobrze że tylko tyle. Zobaczyłem ją dopiero we wtorek w przerwie między wakacyjnym zwiedzaniem. I gdyby trwała dłużej, np. z godzinę, to chyba miałbym trochę poczucie straconego czasu.

Zobacz całą dyskusję kandydatów na prezydenta Poznania w programie Lustra w TVP Poznań

Jak na emocje, które towarzyszyły tej dyskusji od kilku dni głównie w związku z jej bojkotem przez Jacka Jaśkowiaka i Tomasza Lewandowskiego, to z dużej chmury dostaliśmy mały deszcz. W zasadzie taki mały letni deszczyk i nic więcej.

Już sam temat dyskusji sprawił, że kandydaci nie bardzo mogli się rozkręcić, no bo w założeniu niemal przez całe 30 minut mieli gadać tylko o marszu równości, tęczowych chorągiewkach na tramwajach i kuriozalnej decyzji MPK Poznań.

Jasne – symbolicznie ważny temat. Wbrew temu, co przez pół programu usiłował udowodnić Jarosław Pucek, zresztą sam szeroko poruszałem tu tę sprawę.

Ale debaty kandydatów na prezydenta mają to do siebie, że jeśli mają koncentrować się wokół jednej tylko sprawy, to i tak dość szybko się „rozłażą”. I dokładnie tak samo działo się i tym razem.

Przyznam zresztą, że spodziewałem się tego i nawet miałem cichą nadzieję, że Roman Wawrzyniak zaprosił kandydatów tylko pod pretekstem dyskusji o marszu równości. I że w praktyce pozwoli im rozmawiać o różnych sprawach.

Tymczasem dyskusja niemal z każdym pytaniem uporczywie wracała do jednego tematu. To nie pozwoliło kandydatom zaprezentować swoich wizji miasta. I to w pierwszej debacie. Trochę szkoda.

Merytoryczny (?) awanturnik Pucek

No dobrze – ponarzekałem sobie na samą formułę dyskusji. Ktoś mógłby powiedzieć, że może dlatego, że jestem z konkurencyjnej stacji. To jest właściwie rzecz drugorzędna.

Teraz przejdźmy więc do sprawy najważniejszej. Jak wypadli kandydaci i jakie mogli zrobić wrażenie na widzach?

Przede wszystkim w tej dyskusji był Jarosław Pucek. Pucek, Pucek i jeszcze raz Jarosław Pucek. Z każdym kolejnym pytaniem było go pełno niczym aut w poniedziałek rano na ul. Młyńskiej. Pierwszy wyrywał się do odpowiedzi, przerywał, wcinał się, protestował.

Jeśli miałbym go jakoś zdefiniować jednym określeniem… To w tej debacie Pucek był trochę takim awanturnikiem poirytowanym nieudolną – w jego opinii – władzą.

Dodajmy od razu, że zdecydowanie bardziej awanturnikiem w stylu Szymona Szynkowskiego vel Sęka (z jego czasów w radzie miasta) niż w stylu Krystyny Pawłowicz. Tak czy inaczej – na pewno był w tej dyskusji najlepszy jako mówca i zdecydowanie najbardziej wyrazisty.

Jednak przy okazji Jarosław Pucek nabrał dziwnej maniery. Mam wrażenie, że odkąd ogłosił start, to udaje naiwniaka, który nigdy w życiu nie widział żadnej kampanii wyborczej.

Ja bym wolał, żebyśmy rozmawiali o tramwajach i o rozwiązywaniu problemów miasta. (…) A my tu rozmawiamy, jakiej orientacji seksualnej jest motorniczy, czy flagi powinny wisieć, czy nie powinny… Proszę państwa. To naprawdę jest ważne?

Jarosław Pucek / źródło: TVP Poznań



I tak w kółko niemal za każdym razem. „Mówmy o merytorycznych sprawach”, „nie interesuje mnie ideologia”, „liczy się dyskusja o mieście”. Bla, bla, bla.

Najwyraźniej Jarosław Pucek chce udawać, że żyjemy w jakimś idealistycznym świecie, w którym 99 proc. mieszkańców chodzi na wybory samorządowe. A codzienne rozmowy na ulicach Poznania czy w autobusach i tramwajach toczą się o szczegółach programu Pucka oraz jego rywali.

Oczywiście to wszystko bardzo szczytnie i pięknie brzmi. Ale, z całym szacunkiem, merytoryczny to był podobno Tadeusz Mazowiecki w 1990 r. I tak wyborcy docenili tę merytorykę, że Mazowiecki (choć był premierem i jedną z twarzy przemian!) nie wszedł do II tury wyborów prezydenckich.

Nie czarujmy się. Przecież wyborów nie wygrywa się samą merytoryczną dyskusją. Oczywiście ona jest istotna, niekiedy decydująca, ale liczą się też emocje.

Z pewnością Jarosław Pucek doskonale o tym wie. Zresztą sam takie zabiegi stosuje, kiedy ostrym językiem mówi, że prezydent Jacek Jaśkowiak jest „politycznym tchórzem”, i że odwagi starczy mu co najwyżej na „kabaretowe wyjście do ringu z Michalczewskim i Saletą”.

To ma być właśnie ta „merytoryczna dyskusja o mieście”? Zresztą zwróćmy uwagę, że Pucek – choć tak niby o tę merytorykę apelował – sam przez 30 minut nie zaprezentował niemal żadnego pomysłu, który sam chciałby zrealizować (inna sprawa, że formuła dyskusji tego nie ułatwiała).

Cały czas tylko jechał po obecnym prezydencie i jego ekipie.

Dorota Bonk Hammermeister niewyraźna i za grzeczna

Z drugiej strony siedziała Dorota Bonk-Hammermeister z koalicji Prawo do Miasta. Zresztą nie tylko dosłownie po drugiej stronie stołu, ale i w przenośni, bo przez sporą część dyskusji była w niej przeciwieństwem Pucka.

Spokojna. Wyważona. Można było odnieść wrażenie, że jest wręcz za grzeczna, i że jako prezydent miasta nie walnie pięścią w stół i nie krzyknie na odwalających amatorszczyznę podwładnych.

Przypomnijcie sobie Annę Wachowską-Kucharską kandydującą na prezydenta w wyborach 2014. Też była jedyną kobietą. Jednak na tym – no, może jeszcze poza podwójnym nazwiskiem - podobieństwa się kończą.



Wówczas Anna Wachowska-Kucharska w debatach cisnęła po Ryszardzie Grobelnym chyba najbardziej ze wszystkich. Dla nas, dziennikarzy, momentami była wręcz irytująca. Nie dawała sobie przerwać, przekraczała czas wypowiedzi, robiła różne dygresje. Próbowała dyktować, które z jej słów należy zacytować w tekście. Tak ogólnie ciężko było nad nią zapanować w dyskusji. Ale była JAKAŚ.

To zapewne dzięki temu zdobyła więcej głosów niż choćby Maciej Wudarski… mimo że już w wyborach do rady miasta było dokładnie na odwrót i to Prawo do Miasta wypadło zdecydowanie lepiej.

Na razie Dorota Bonk-Hammermeister nie ma w sobie nic z tej lekko irytującej bezpardonowości. Przez pół programu wyglądała, jakby się dopiero zastanawiała, jak się właściwie odnosić do Jacka Jaśkowiaka i jego rządów.

No bo chwalić? Krytykować? Może tylko trochę się zdystansować? To zresztą jest i będzie problem całej koalicji Prawo do Miasta w tych wyborach i tutaj to bardzo pięknie wyszło na jaw.

Najpierw Dorota Bonk-Hammermeister delikatnie pochwaliła bojkot Jacka Jaśkowiaka, mówiąc, że „rozumie” taką decyzję. Zaraz potem wykpiła jego wyjaśnienia o braku wpływu na MPK Poznań. I też nieszczególnie go broniła, gdy straszliwie jechał po nim Jarosław Pucek.

Tak naprawdę Dorota Bonk-Hammermeister obudziła się dopiero na dźwięk nazwiska „Wudarski”. I jakby sobie nagle przypomniała, że Prawo do Miasta po części firmuje działania tej ekipy, więc może jednak warto ich bronić.

Ale też robiła to bardzo nieudolnie. Kiedy Pucek stwierdził, że wiceprezydent Maciej Wudarski „nic nie zrobił” przez cztery lata (radny Tomasz Lipiński lubi to!), to z zaciśniętymi zębami milczała jak grób.

A gdy już dała Puckowi skończyć i wreszcie się odezwała… To wypaliła, że „przecież w cztery lata nikt nie obiecywał tramwaju na Naramowice”. Naprawdę? Serio?

A taki jeden facet… Jacek Jaśkowiak… czy DBH zna takie nazwisko? Zdaje się, że to on wielokrotnie przed wyborami 2014 i tuż po nich powtarzał, że budowa ma wystartować w 2015 roku, i że chciałby, by w tej kadencji ta inwestycja była zakończona.

I zdaje się, że taki inny facet z Prawa do Miasta – wspomniany już Maciej Wudarski – jest u tegoż Jaśkowiaka zastępcą prezydenta, odpowiedzialnym m.in. właśnie za inwestycje transportowe.

Tadeusz Zysk chyba nie dotarł do studia

Zauważcie, że piszę na razie o Jarosławie Pucku i o Dorocie Bonk-Hammermeister, a przecież w dyskusji brał udział jeszcze jeden kandydat. To znaczy – podobno brał.

Pracownicy TVP Poznań zapewne do teraz szukają Tadeusza Zyska po telewizyjnych korytarzach i innych zakamarkach przy ul. Serafitek. I zastanawiają się, czy w ogóle tam dotarł, bo w studiu nie było go z pewnością.

Może utknął przy portierni? Może zatrzasnął się w toalecie? Może ktoś go przypadkowo zamknął w charakteryzatorni...

To o tyle dziwne, że jeszcze zanim został oficjalnie kandydatem PiS na prezydenta Poznania, to często gościł w TVP Poznań w innych rolach. A to jako wydawca. A to jako psycholog społeczny.

Zresztą w TVP – z wiadomych przyczyn – powinien czuć się w miarę komfortowo. Nic tylko przyjść i grając niejako na własnym boisku zmiażdżyć przeciwników w dyskusji. Tymczasem w poniedziałek Zysk był kompletnie niewidoczny.

Jako ostatni odpowiadał na zadawane mu pytania. Tak, właśnie „zadawane mu”, bo sam z siebie nawet nie bardzo kwapił się do mówienia. Kiedy będę miał wolną chwilę, to z ciekawości policzę ze stoperem, jak długi mówili poszczególni goście. Jestem przekonany, że Zysk znajdzie się wyraźnie na ostatnim miejscu, z dużą stratą do drugiego.

Momentami to wyglądało tak, jakby dyskusji dwojga 40-latków przysłuchiwał się miły starszy pan po sześćdziesiątce, który już swoje przeżył. I raz po raz, życzliwie, wtrąci swoje trzy grosze. Ale nawet nie liczy, że tamci go zrozumieją, a już tym bardziej – że go posłuchają.

Jeśli coś takiego stało się z Tadeuszem Zyskiem w dyskusji zaledwie trojga kandydatów… To aż strach pomyśleć, co będzie, gdy trafi się już pełna debata z udziałem całej piątki. A może nawet siódemki – jak w poprzednich wyborach.

Wtedy Zysk zdąży chyba powiedzieć tylko „dzień dobry” i „do widzenia”. A może nawet nie zdąży, bo gospodarz zetnie mu ostatnią wypowiedź mówiąc, że czas się niestety skończył.

Z tego, co mówił Zysk, zapamiętałem właściwie tylko to, jak wypytywał DBH o czas budowy i koszty trasy tramwajowej w Krakowie. I że tak właściwie nie ma nic przeciwko marszom równości. Byle tylko Poznań nie był z nimi przesadnie kojarzony.

No, zupełnie jak Patryk Jaki w Warszawie, który od jakiegoś czasu popiera in vitro. Jakoś nie wydaje mi się, żeby tą debatą Tadeusz Zysk poprawił swój wizerunek w tzw. twardym elektoracie PiS w Poznaniu. Ale może jest to jakaś próba mrugnięcia okiem do wyborców spoza tego grona.

Jaśkowiak z Lewandowskim jak Flip i Flap?

Końcówka dyskusji dotyczyła… bojkotu tej dyskusji przez Jacka Jaśkowiaka i Tomasza Lewandowskiego. Zatem darujmy sobie jej omawianie.

Jest tu jednak rzecz, która aż mnie zdumiała, i znów muszę się tu przyczepić do Jarosława Pucka.

Otóż Pucek zaczął kpić z Jaśkowiaka i Lewandowskiego za taką samą decyzję w sprawie bojkotu TVP. Stwierdził, że są „jak Flip i Flap, jak jeden coś powie, to drugi też bezrefleksyjnie zrobi to samo”.



Hahaha, a mnie się wydawało, że jednak prezydent i jego współpracownicy powinni mówić w miarę wspólnym głosem.

Przypomnę może, jaką amatorką zalatywało, gdy Jacek Jaśkowiak mówił, że nie ma sensu robić przejścia przez drugą część jezdni na ul. Matyi. Tuż obok stał wiceprezydent Maciej Wudarski. I zaraz po Jaśkowiaku stwierdził: „Panie prezydencie, myślę, że jednak zdecydujemy się również na budowę tej drugiej części przejścia”.

Zresztą jeśli Jaśkowiak z Lewandowskim to zdaniem Pucka „Flip i Flap”… To przypomina mi się jeszcze jedna historia. I znów a propos tego nieszczęsnego przejścia przy dworcu.

Kiedy zaczęło się o nim – a właściwie o jego braku – robić naprawdę głośno, to wiceprezydent Mirosław Kruszyński stwierdził, że tak naprawdę jest… zwolennikiem zrobienia tego przejścia. Tyle że eksperci są innego zdania.

Zaczepiłem wtedy przy jakiejś okazji prezydenta Ryszarda Grobelnego, co on na to, skoro wcześniej tak bardzo krytykował pomysł zrobienia pasów przez ul. Matyi.

- Oczywiście, że uważam tak samo, jak wiceprezydent Kruszyński. To nie jest tak, że jeden z nas ma w jakiejś sprawie jedno zdanie, a drugi inne. My zawsze mówimy jednym głosem – tak mniej więcej (to było dawno, cytuję z pamięci) odpowiedział mi Grobelny.

Zaraz Jarosław Pucek powie: - My nie rozmawiajmy o tym, co było, jak rządził Grobelny! Rozmawiajmy o tym, co jest teraz!

Jasne. Ale nie tak dawno słyszeliśmy z kolei, że Pucek "nie chowa ludzi do szafy". I zdaje się, że Ryszard Grobelny jest szefem stowarzyszenia, które Pucka w tych wyborach wspiera, i nawet przychodzi z Puckiem na jego konferencje prasowe.

Czy zatem o Grobelnym i Kruszyńskim również Jarosław Pucek powie, że byli "jak Flip i Flap, jak jeden coś powiedział, to drugi też bezrefleksyjnie robił to samo", czy może jednak byli częścią jednej drużyny i Kruszyński po prostu był lojalny wobec Grobelnego i vice versa?

Jeśli to drugie, to trudno zrozumieć, o co Puckowi chodzi z tymi przytykami wobec Tomasza Lewandowskiego. Zresztą nie tylko do niego - bo w międzyczasie do bojkotu TVP Poznań lojalnie dołączył kolejny wiceprezydent Mariusz Wiśniewski.

Seweryn Lipoński / 22 sierpnia 2018