www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Mission "Święty Marcin" complete. Teraz przed debiutantami z Poznańskich Inwestycji Miejskich kolejne trudne wyzwania

10 marca 2019

Mission "Święty Marcin" complete. Teraz przed debiutantami z Poznańskich Inwestycji Miejskich kolejne trudne wyzwania

Poznań - Święty Marcin - Jacek Jaśkowiak - Mariusz Wiśniewski - PIM - Justyna Litka - Marcin Gołek

Najsłynniejsza ulica Poznania znów otwarta po półtorarocznej przebudowie. Jednak przed miastem kolejne wyzwania - m.in. dalsze fragmenty Św. Marcina i słynna już budowa trasy tramwajowej na Naramowice. Zajmą się nimi w PIM już zupełnie inne osoby niż dotychczas.

Miasto z pompą otworzyło całą przebudowaną ulicę Św. Marcin przebudowany ok. 300-metrowy fragment ulicy Św. Marcin. Co warto podkreślić - w terminie.

A właściwie nawet trochę przed terminem, bo wszystko miało być gotowe do końca marca, tymczasem już teraz udało się otworzyć ulicę. Na razie dla pieszych. Jutro mają wrócić także samochody.



Jest szeroki chodnik (choć jego wzorek nie wszystkim się podoba), jest trochę drzew (niektórzy się irytują, że za mało, i że to "betonowa pustynia"), jest wreszcie mniej miejsca dla aut (to akurat od początku było oczywiste - choć też nie wszyscy byli za).

Spełnia się zatem to, co już niemal sześć lat temu (!!) zapowiadał prezydent Jacek Jaśkowiak Ryszard Grobelny. Tak - właśnie on. To chyba najlepiej pokazuje, jak długo się to wszystko ciągnęło.

Do dziś pamiętam, jak w maju 2013 r. robiłem wywiad z dr. Bartoszem Kaźmierczakiem z Politechniki Poznańskiej, który zaprojektował ówczesną, pierwszą koncepcję zmian na Św. Marcinie.

Często bywa pan na Świętym Marcinie?
- Kiedyś bywałem częściej. W tej chwili niespecjalnie mam po co. Zresztą zły stan tej ulicy jest znany poznaniakom. Chyba wszyscy to widzą, zwłaszcza że ten proces trwa już od dekady. Odwróciła się oś głównych przestrzeni publicznych.

Co pan przez to rozumie?
- Kiedyś taką osią, główną handlową ulicą miasta był właśnie Święty Marcin. Jednak w ostatnich latach ulica uległa degradacji. Znikały z niej kolejne sklepy. W międzyczasie w nieco innej części śródmieścia powstały Kupiec Poznański i Stary Browar. Dziś główną ulicą handlową w centrum nie jest już Święty Marcin, tylko ul. Półwiejska i Wrocławska.


Później były konsultacje, spotkania, kolejne koncepcje, kolejne spotkania, kolejne konsultacje... I tak właściwie poprzednie władze miasta nie zdążyły wyjść poza ten etap niekończących się dyskusji.

Postawili na Św. Marcin przed wyborami

Zdawało się, że temat zmian na Św. Marcinie nieco podupadł, zwłaszcza że ekipa Grobelnego pod koniec rządów wyciągnęła na sztandary tramwaj na ul. Ratajczaka i chciała go budować w pierwszej kolejności.

Prezydent Jacek Jaśkowiak tę kolejność odwrócił i tzw. projekt centrum - w dużej mierze "odziedziczony" zresztą po Grobelnym - postanowił zacząć właśnie od przebudowy pierwszej części Św. Marcina.

Zapewne nie bez znaczenia były tu wybory samorządowe 2018. Kiedy przebudowa Św. Marcina ruszała we wrześniu 2017 r., pisałem tutaj, że dla Jacka Jaśkowiaka i jego ekipy nowy priorytet, swoisty plan B na kampanię.

Zwłaszcza w kontekście przeciągającej się - a obiecanej przecież w pierwszej kadencji - budowy trasy tramwajowej na Naramowice.

Tak naprawdę to będzie być albo nie być dla tej ulicy. Jeśli Św. Marcin po zmianach faktycznie znów odżyje i przyciągnie ludzi – za kilka lat będziemy mówić o udanej reanimacji salonu miasta. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, to będzie oznaczało, że „to już nie wróci”, a cała akcja okaże się reanimacją trupa.

To także – o czym już tak głośno się nie mówi – sztandarowa w tej chwili inwestycja prezydenta Jacka Jaśkowiaka. To moim zdaniem wcale nie przypadek, że jest w tej chwili najlepiej przygotowana i startuje jako pierwsza z tych, na które Poznań zabiegał o unijne dofinansowanie. (...)

To jest ewidentnie plan B Jacka Jaśkowiaka. Zwłaszcza że polityczni oponenci z pewnością przez całą kampanię będą mu wypominać, że planu A – czyli tramwaju na Naramowice – nie zrealizował.

To również o tyle istotne, że żadnego innego planu C już Jaśkowiak nie ma, i raczej mieć nie będzie.


Już sam fakt, że przebudowywany Św. Marcin otwierano de facto dwa razy, w tym raz przed wyborami (dla przypomnienia: we wrześniu 2018 r. wróciły tam tramwaje), o czymś świadczy.

Tak czy inaczej - sprawne przeprowadzenie tej inwestycji i zakończenie jej przed czasem to niewątpliwie sukces prezydenta Jacka Jaśkowiaka i wiceprezydenta Mariusza Wiśniewskiego.

Rewolucja w Poznańskich Inwestycjach Miejskich

Całkiem możliwe, że było to ostatnie otwarcie czegokolwiek z udziałem Krzysztofa Sasa - przynajmniej jako wiceprezesa Poznańskich Inwestycji Miejskich. Pod koniec lutego zrezygnował z pracy "ze względów osobistych i zdrowotnych".

To wręcz nie do wiary, ale zarząd spółki odpowiedzialnej za najpoważniejsze i najdroższe publiczne inwestycje w całym Poznaniu został właśnie bez ŻADNEJ z osób, które w tym zarządzie zasiadały jeszcze nieco ponad pół roku temu.

Oczywiście złożył się na to szereg okoliczności, na które prezydent nie miał żadnego wpływu, ale też swoimi decyzjami dodatkowo się do tej rewolucji przyczynił.

Przypomnijmy, kto jeszcze w sierpniu kierował Poznańskimi Inwestycjami Miejskimi:

- Prezes Paweł Śledziejowski, który pod koniec sierpnia 2018 r. zmarł po długich zmaganiach z chorobą

- Wiceprezes Jaromir Weigel, który przejął schedę po Śledziejowskim i kierował spółką od września 2018 r., ale w lutym tego roku niespodziewanie stracił stanowisko

- Wiceprezes Krzysztof Sas, który krótko po odwołaniu Weigela złożył rezygnację i ma stopniowo przekazywać obowiązki do czasu wyłonienia nowego wiceprezesa

Ta ekipa przez dobre trzy lata - z lepszym czy gorszym skutkiem - zajmowała się właściwie wszystkimi dużymi miejskimi inwestycjami. Prowadziła nie tylko przebudowę Św. Marcina, ale też estakady katowickiej, dokończyła też rozgrzebaną modernizację ronda Kaponiera.

Oczywiście zdarzały się też wpadki. Takie jak koszmarny, ciągnący się miesiącami remont ul. Dąbrowskiego, czy zupełnie niepotrzebna przepychanka z inżynierami wokół ograniczenia prędkości dla przyszłych tramwajów jeżdżących na Naramowice.

Szczególnie z rad osiedli dało się słyszeć głosy, że współpraca z PIM - delikatnie mówiąc - nie zawsze dobrze się układa. Do tego doszły nienaprawione do dziś fuszerki w nowym tunelu na Dębcu.



Jednak jakoś nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek wzywał do dymisji Śledziejowskiego czy któregoś z jego zastępców. No, poza radnym Adamem Pawlikiem, ale tam poszło wyłącznie o słowa, jakie Śledziejowski miał ponoć skierować do radnego PiS.

Tak generalnie - biorąc pod uwagę pole minowe, po jakim stąpała ta ekipa, jeśli chodzi o liczbę i skalę prowadzonych inwestycji - aż trudno uwierzyć, że przez kilka lat nie zaliczyła żadnej naprawdę poważnej wtopy.

Tymczasem już za moment, w przededniu dalszej przebudowy centrum i budowy kluczowej dla Jacka Jaśkowiaka trasy tramwajowej na Naramowice, Poznańskimi Inwestycjami Miejskimi pokierują:

- Prezes Justyna Litka, przez ostatnich 10 lat zatrudniona w samym urzędzie w biurze nadzoru właścicielskiego

- Wiceprezes Marcin Gołek, do niedawna asystent i doradca prezydenta Jaśkowiaka

- ??? (wiceprezes, którego miasto musi znaleźć jako następcę Krzysztofa Sasa)

Przyznajmy, że znana na razie dwójka to nie są menedżerowie z wieloletnim doświadczeniem w zarządzaniu spółkami i wielkimi publicznymi pieniędzmi, którzy zjedli zęby na prowadzeniu inwestycji wartych setki milionów złotych.

Miasto co prawda podkreśla, że Litka "doświadczenie zawodowe w zakresie zarządzania strategicznego i reorganizacji przedsiębiorstw zdobywała współpracując z DGA S.A. oraz na stanowiskach wiceprezesa, prezesa zarządu i dyrektora zarządzającego różnych podmiotów gospodarczych", ale...

Zwróćmy uwagę, że nowa pani prezes zaczęła pracę w magistracie jako 29-latka, zatem nie tak długo po studiach i trudno mówić w jej przypadku o wieloletnich doświadczeniach zdobytych we wcześniejszych miejscach pracy.

Prezes Litka wcale nie jak Górecka

Nie wiemy i zapewne dokładnie już się nie dowiemy, co zaszło pomiędzy władzami miasta a prezesem Jaromirem Weigelem, i dlaczego wyleciał ze stanowiska.

Piątkowy tekst "Wyborczej" sugerował, że za tą zmianą stał wiceprezydent Jędrzej Solarski, który jest też szefem rady nadzorczej PIM. I że nowa prezes spółki jest "jego człowiekiem". To jednak i tak nie wyjaśnia w pełni tej zaskakującej zmiany.

Prezydent Jaśkowiak i wiceprezydent Solarski jak jeden mąż tłumaczyli, że "to tak jak w meczu - dobrego zawodnika zmienia się na jeszcze lepszego", zupełnie jakby był to jakiś partyjny przekaz dnia przysłany SMS-em.

Wiceprezes PIM Marcin Gołek w wywiadzie w Radiu Poznań też wpisał się w tę konwencję: - Powiem krótko. Jeżeli wygrywa się mecze 1-0, a jest szansa, żeby wygrywać je 3-0, to po prostu się takiego transferu dokonuje.

Tymczasem sam prezes Jaromir Weigel na gorąco przyznał, że jest bardzo zaskoczony. To jasny dowód, że nie było to żadne pokojowe rozstanie. Tak nie mówi ktoś, z kim miasto rozstaje się w zgodzie i z kim faktycznie liczy w przyszłości na dalszą współpracę (nawet jeśli kurtuazyjnie o tym zapewnia).



Jeśli chodzi o nową panią prezes - dotychczas nie była szczególnie medialną osobą. Najlepiej niech świadczy o tym fakt, że gdy gruchnęła wiadomość o jej nominacji, to w urzędzie mieli nawet problem ze znalezieniem jej zdjęć do przekazania dziennikarzom.

Szybko pojawiły się sugestie, że może to być "kariera" podobna do tej, jaką w PIM zrobiła swego czasu Katarzyna Górecka. Jeśli ktoś nie pamięta - to przypomnijmy.

To była prezes spółki, którą wyszukali headhunterzy Jacka Jaśkowiaka, i która w 2015 r. zastąpiła wywalonych ludzi jeszcze z ekipy Grobelnego: Krzysztofa Cesara i Kazimierza Skałeckiego. Też była kompletnym no name'em i... pożegnała się z robotą po zaledwie trzech miesiącach.



Powiedzmy jednak wprost, że takie porównania - choć i mnie w pierwszej chwili się nasunęły - są wyjątkowo krzywdzące dla pani prezes Litki. Tak naprawdę opierają się głównie na tym, że też jest kobietą, bo na tym podobieństwa się kończą.

(Tak na marginesie Jacek Jaśkowiak sam trochę takie dywagacje sprowokował, podkreślając przy powołaniu Litki, że "wpisuje się to w politykę równości i różnorodności", bo "stanowiska kierownicze obejmuje coraz więcej kobiet")

Prezes Justyna Litka była już wicedyrektorem biura nadzoru właścicielskiego - zajmującego się m.in. właśnie nadzorowaniem miejskich spółek - kiedy w 2014 r. powstawały Poznańskie Inwestycje Miejskie. Mało tego, sama uczestniczyła w jej tworzeniu.

Trudno byłoby więc zarzucić jej, że nie ma pojęcia o spółce i prowadzonych przez nią inwestycjach. Tak jeszcze a propos inwestycji - Litka zasiada również w radzie nadzorczej innej miejskiej spółki Wielkopolskiego Centrum Wspierania Inwestycji.

Nagroda czy wyzwanie dla Gołka?

Znacznie więcej kontrowersji budziła oczywiście nowa posada dla Marcina Gołka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to po prostu nagroda za lojalność i dobrą pracę w roli asystenta, a później szefa kampanii wyborczej.

Zresztą prezydent Jacek Jaśkowiak sam to właściwie przyznał zaraz po wyborach w rozmowie z "Głosem Wielkopolskim", gdy jeszcze nie było wiadomo, dokąd dokładnie trafi:

- Chciałbym dać Marcinowi szansę dalszego rozwoju. (...) Marcin Gołek ma duży potencjał i w polityce, i w biznesie. (...)

To gdzie pan Gołek będzie zdobywał doświadczenie? W miejskiej spółce czy jako pana zastępca?
- To jest kwestia otwarta, decyzję musi podjąć także on sam. Bardziej widziałbym go w biznesie, to jest ciekawsze. Chciałbym, by spróbował się z tym zmierzyć.

W Remondisie?
- (uśmiech) Jest wiele różnych miejsc. Widziałbym dla niego jeszcze większe wyzwania niż Remondis.


Kontrowersje budzi kilka kwestii. Po pierwsze fakt, że wiceprezes Gołek należy do Platformy Obywatelskiej, a więc mamy tu do czynienia ze stanowiskiem dla partyjnego działacza.

Po drugie - zarobki w zarządzie miejskiej spółki są znacznie wyższe niż w samym urzędzie. Szefowie PIM zarabiali dotąd po ok. 30-35 tys. zł rocznie, choć zaznaczmy, że nadal nie poznaliśmy nowych zarobków Gołka. On sam przekonywał, że nie idzie tam dla pieniędzy.

I wreszcie po trzecie, wiceszefem spółki zajmującej się miejskimi inwestycjami zostaje ktoś, kto dotąd z prowadzeniem żadnych dużych inwestycji nie miał do czynienia.



Już jako wiceprezes Marcin Gołek udzielił pod koniec lutego wywiadu na antenie Radia Poznań. I przekonywał:

Nie ma nic dziwnego w tym, że prezydent chciałby mieć w zarządach miejskich spółek ludzi, którym ufa. (...) Nie mówimy o nagrodzie. Wolałbym mówić o bardzo poważnym zadaniu. Czuję ciężar tej odpowiedzialności.

Wiceprezes PIM Marcin Gołek / źródło: Radio Poznań



Formalnie Gołek ma w spółce odpowiadać przede wszystkim za komunikację i organizację pracy. Słyszymy, że w takim razie doświadczenie w samych inwestycjach nie jest mu szczególnie potrzebne.

Mimo wszystko trudno mi sobie wyobrazić, że za koordynację inwestycji czy choćby opowiadanie o ich szczegółach odpowiada w PIM ktoś, kto się na tych szczegółach nie zna. Zresztą Gołek dopytywany o sprawę w listopadzie przyznał, że wśród jego zadań ma być również przygotowanie niektórych inwestycji.

Kolejne miesiące pokażą, jak ta ekipa debiutantów (niech będzie, że nie nowicjuszy) poradzi sobie z dużymi wyzwaniami, których przecież nie brakuje:

- przebudowa ronda Rataje
- budowa trasy tramwajowej na Naramowice
- dalsza przebudowa Św. Marcina i centrum
- budowa kolejnych parkingów typu P&R

...i wiele, wiele innych, bo przecież do PIM trafiają praktycznie wszystkie inwestycje powyżej 1 mln zł.

Jeszcze jedna myśl nie daje mi spokoju. Prezydent Jacek Jaśkowiak - oczywiście za pośrednictwem rady nadzorczej - wywalił z posady prezesa Jaromira Weigela, którego do PIM ściągnął przecież nie kto inny, jak były szef spółki Paweł Śledziejowski.

Tak, ten sam Śledziejowski, którego po śmierci Jaśkowiak zachwalał przy każdej możliwej okazji i wspominał o jego zasługach w niemal każdej przedwyborczej debacie. Zapowiadał nawet upamiętnienie go w jakiś sposób przy trasie tramwajowej na Naramowice.

Teraz, niespełna pół roku po tych wszystkich słowach, najbliższy i najbardziej zaufany współpracownik Śledziejowskiego nagle wylatuje z roboty bez podania żadnej przyczyny. Przyznam, że chyba o czymś ważnym nie wiemy, bo nie potrafię tego ogarnąć.

PS. Zapytacie może, co takiego się działo, że nowy wpis na Poznań Spoza Kamery pojawia się dopiero po dwóch miesiącach. Poprzedni zamieściłem zaledwie dzień przed zamachem - jak się okazało skutecznym - na życie prezydenta Gdańska. Musiałem się trochę po tym otrząsnąć oraz przemyśleć to i owo.

Zaraz po tych tragicznych wydarzeniach dużo mówiło się o skutkach tzw. mowy nienawiści i innych ostrych słów padających w przestrzeni publicznej - także w mediach. Sporo wskazuje, że taki, a nie inny dyskurs mógł się przyczynić do tego, co się wydarzyło 13 stycznia.



Zastanawiałem się tuż po żałobie po Pawle Adamowiczu, czy czegoś tu nie napisać, nie zabrać głosu. Miałem nawet gotowy tekst. Jednak - jak słusznie zwracano uwagę - każdy powinien zacząć od siebie.

Tak się składa, że mój blog Poznań Spoza Kamery charakteryzuje się dość wyrazistym językiem. Zdarzało mi się pojechać ostro. Zarówno po Jacku Jaśkowiaku, jak i po Tadeuszu Zysku, Jarosławie Pucku, Tomaszu Lewandowskim czy innych politykach.

Przedtem w życiu bym nie pomyślał, że parę szyderczych słów może kogoś skłonić, by pomyślał o najgorszym. Mam oczywiście nadzieję, że faktycznie nigdy się tak nie zdarzyło, ale...

Teraz już - jak pewnie większość dziennikarzy - patrzę na to trochę inaczej. I trzy razy się zastanowię, zanim znów użyję wobec kogoś naprawdę ostrych słów. To, co dla nas jest tylko bardzo dosadną krytyką, dla kogoś mniej zrównoważonego może być impulsem do...

Już niestety teraz dobrze wiemy do czego.

To oczywiście nie znaczy, że przestanę komukolwiek wytykać błędy, niekonsekwencje czy głupie pomysły. Tyle że będę to robił w nieco ostrożniejszej formie. Tak na wszelki wypadek.

Seweryn Lipoński / 10 marca 2019