Polub fanpage na FB

Poznań Spoza Kamery

Poznań Spoza Kamery

#polityka  #Poznań  #wybory  #samorząd  #inwestycje

Prezydent Jaśkowiak poszedł w zaparte, przemilczał własne wtopy, a przy okazji znów coś pokręcił

#Poznań #Jacek Jaśkowiak #Poznańskie Inwestycje Miejskie #program centrum #Święty Marcin #WPF

SEWERYN LIPOŃSKI
31 grudnia 2022

Tuż przed świętami prezydent Jacek Jaśkowiak odniósł się do naszej niedawnej rozmowy o spółce Poznańskie Inwestycje Miejskie i o przebudowie centrum. Znamienne, że ani słowem nie nawiązał do własnych pomyłek, za to innym chętnie wytyka nieznajomość faktów i przepisów.

Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że jeszcze kiedyś będę miał większą kosę z prezydentem Poznania niż z Ryszardem Grobelnym na przełomie 2013 i 2014 r. Teraz, po latach, zaszłości z przeszłości osłabły i znów normalnie rozmawiamy, ale wtedy...

Wtedy bywało naprawdę nieprzyjemnie. Dość powiedzieć, że na spotkaniu wigilijnym w grudniu 2013 r. - w przerwie sesji rady miasta - miałem wątpliwości, czy podejść do Grobelnego i podzielić się opłatkiem. Bo zupełnie serio przewidywałem, że może obrócić się na pięcie i mi odmówić.

Jeszcze jesienią 2015 r., czyli rok po przegranych wyborach, Grobelny nie chciał udzielić mi wywiadu. Mimo że przyjął takie zaproszenia od innych poznańskich mediów, m.in. od "Głosu Wielkopolskiego". Argumentował, że nie poważa "Wyborczej" (w której wtedy nadal pracowałem), wciąż miał do nas żal, jak opisywaliśmy jego rządy. Nie tyle do mnie osobiście, co właśnie do całej "Wyborczej". No ale w końcu - to ja wiele z tych tekstów pisałem.

Teraz chyba na podobny poziom weszły moje zawodowe relacje z Jackiem Jaśkowiakiem.

Jaśkowiak wykłada kawę na ławę



Prezydent Jaśkowiak po naszej ostatniej rozmowie, w której wykazał się nieznajomością szczegółów tzw. projektu centrum (czyli przebudowy Św. Marcina i okolic), miał w zasadzie trzy wyjścia:

1. Przyznać się otwarcie do pomyłki, przeprosić, potwierdzić, że w sprawie etapów i kosztów przebudowy Św. Marcina nie miał racji.

2. Siedzieć cicho i udawać, że nic się nie wydarzyło.

3. Pójść w zaparte, przystąpić do kontrataku, przemilczając przy tym własne pomyłki.

Zdaje się, że początkowo Jaśkowiak wybrał drugą opcję, bo sam z siebie nie odniósł się do sprawy ani słowem. Jak gdyby nigdy nic wrzucał na Facebooka m.in. fotki z Poznańskiego Betlejem. Żadnej reakcji nie było też ze strony biura prasowego urzędu miasta.



Jednak prezydenta po paru dniach o całą sprawę zapytał portal epoznan.pl. Wówczas Jaśkowiak - niczym w dawnym teleturnieju "Idź na całość" - zmienił wybór na bramkę nr 3 i wyłożył kawę na ławę, co właściwie sądzi o naszej wymianie zdań sprzed świąt.

Bardzo, bardzo mnie kusiło, aby tę ripostę prezydenta skomentować od razu. Tyle że byłoby to dosłownie w przeddzień Wigilii. Zapowiedziałem, że odniosę się do sprawy po świętach, zatem - najwyższy czas.

Jaśkowiak milczy o własnych pomyłkach



Zacznijmy jednak od tego, czego w komentarzu Jaśkowiaka... nie ma:

- przede wszystkim Jaśkowiak nie zająknął się o tym, że pomylił etapy i zakresy projektu centrum, nie kojarzył pierwotnych szacowanych kosztów etapu I i polemizował z oczywistym, łatwym do sprawdzenia faktem, że te koszty wzrosły już trzykrotnie

- prezydent cały czas nie wyjaśnił, dlaczego wśród celów dla zarządu PIM wskazuje tylko terminy, a nie budżety; właśnie tego dotyczyło "zadawane po wielokroć to samo pytanie", o które pretensje ma Jaśkowiak, a na które w zasadzie nie odpowiedział

Sprytne odwrócenie kota ogonem: udawać, że dziennikarz na niczym prezydenta nie przyłapał, tylko zadawał bezsensowne pytania i tak ogólnie to się nie zna. Do tego jeszcze wrócimy.

- Nie przypominam sobie sytuacji, w której JJ przeprasza i mówi np. "no cóż, pomyliłem się", to nie w jego stylu - zauważył społecznik Marcin Kowalczyk ze stowarzyszenia Prawo do Miasta pod jednym z postów na Facebooku.

Tym różnię się od Jaśkowiaka, że do błędu potrafię się przyznać, i teraz właśnie to zrobię.

Zasugerowałem w poprzednim wpisie, że rada nadzorcza PIM bezpodstawnie daje max punktów za realizację wyznaczonych zadań nawet wtedy, gdy spółka nie dotrzymała terminów. "To sytuacja zero-jedynkowa" - napisałem. Tymczasem prezydent zauważa:

"(...) to rada nadzorcza dokonuje oceny, biorąc pod uwagę także niezależne od inwestora (w tym wypadku inwestora zastępczego jakim jest spółka PIM) czynniki zewnętrzne wpływające na możliwości realizacji założonych celów. Reguluje to Uchwała nr 16 NZW spółki z dnia 8 sierpnia 2019 roku §4 p. 6. Dotyczy to wszystkich Spółek z większościowym udziałem Miasta Poznania. Rolą Rady Nadzorczej jest ocena tych czynników i ich wpływu na realizację wyznaczonych celów".

(akurat powyższy fragment nie znalazł się w tekście opublikowanym przez epoznan.pl, ale dzięki uprzejmości redaktora naczelnego portalu mogłem zapoznać się z całą odpowiedzią prezydenta)

Prezydent Jaśkowiak wskazał więc "podkładkę", dzięki której rada nadzorcza PIM może machnąć ręką na spóźnienia przy realizacji wyznaczonych celów, jeśli tylko wystąpiły "czynniki zewnętrzne".

Już pomińmy fakt, że o ww. przepisie uchwały nadzwyczajnego zgromadzenia wspólników [NZW] nie było ani słowa we wcześniejszych odpowiedziach miasta na pytania o ocenę realizacji celów...



...ani też w żaden sposób nie nawiązują do niego coroczne zarządzenia prezydenta wyznaczające poszczególne cele oraz punktację ich realizacji. Sama uchwała nie jest ogólnodostępna w internecie. Ale nie w tym rzecz. Przyznaję, podstawa jest, moja sugestia była niesłuszna.

Zastanówmy się tylko... czy taki sposób oceny realizacji zadań ma sens i czy jednak nie jest fikcją?

Jak niektórzy z Was wiedzą - lubię sportowe porównania. Zatem wyobraźmy sobie piłkarza, który w kontrakcie z klubem wynegocjował klauzulę, że poza podstawową płacą dostanie dodatkowo - powiedzmy - 2 mln euro, jeśli w ciągu sezonu strzeli 15 bramek.

Tyle że w środku sezonu - cóż za pech - piłkarz doznaje kontuzji i na jakiś czas wypada z gry. Cały sezon kończy jedynie z 10 bramkami.

Czy klub powinien mu wypłacić wspomniane 2 mln euro premii? Oczywiście nie... chyba że agent piłkarza zadbał, aby w kontrakcie znalazła się jeszcze inna klauzula - o niezależnych od zawodnika "czynnikach zewnętrznych", i że wtedy kasa należy się niezależnie od strzelonych goli.

Myślę jednak, że żaden dobrze zarządzany klub nie poszedłby na coś takiego, tymczasem miasto Poznań nie widzi w tym problemu i wypłaca zarządowi PIM maksymalne wynagrodzenie nie oglądając się na spóźnienia przy inwestycjach.

Jaśkowiak znów myli kwoty



To była tylko przystawka. Czas na danie główne, czyli projekt centrum, w sprawie którego Jaśkowiak podczas naszej rozmowy pomylił niemal wszystko, co się dało. Teraz - choć same pomyłki przemilczał - próbuje z tego wybrnąć. Niezbyt zgrabnie.

Nie można porównywać szacunkowych kwot z Wieloletnich Prognoz Finansowych sprzed 7 lat dla Programu Centrum, ponieważ wtedy ten projekt zakładał w zasadzie jedynie modernizację przestrzeni w zakresie komunikacji publicznej - czyli remont torowisk.

Zapowiedzi zmian na Św. Marcinie już za prezydenta Grobelnego zakładały coś więcej, niż tylko "remont torowisk"...



...tym bardziej nie przypominam sobie tak skromnych zapowiedzi z czasów Jaśkowiaka i jego zastępcy Mariusza Wiśniewskiego. To raz.

Już na wstępie prezydent znów mija się też z prawdą, sugerując, że przytaczane przeze mnie 100 mln zł było zapisane w WPF-ie sprzed siedmiu lat, czyli z 2015 r. Otóż - nie było tam takiej kwoty.

Wówczas w WPF-ie było jedynie 5 mln zł na przebudowę samego Św. Marcina. To pozostałość ze wspomnianych planów Grobelnego (przypomnijmy, że to jeszcze on układał projekt tego WPF-u na 2015 r., Jaśkowiak jedynie wprowadzał w nim poprawki).

To może prezydent miał na myśli WPF na 2016 r. szykowany już przez niego osobiście? Tam z kolei przy programie centrum pojawiła się kwota 4 mln zł, po raz pierwszy ze wzmianką, że jest to "etap I" i że obejmie więcej ulic niż tylko Św. Marcin. Ale też z zaznaczeniem, że to tylko prace projektowe:



Kwota zapisana na to zadanie w WPF-ie wzrosła do 100 mln zł - czyli już na prace budowlane - dopiero w WPF-ie na 2017 r.

Skąd zatem wziąłem kwotę 100 mln zł już w 2015 r.? To były szacunki miasta zawarte w tzw. fiszkach informacyjnych - wysłanych do ówczesnego Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju - na zasadzie: "Kasę z unijnego programu POIiŚ [Infrastruktura i Środowisko - przyp. sewek] 2014-2020 chcielibyśmy wydać na to i na to".



Pod koniec 2016 r. te inwestycje zostały finalnie zgłoszone - za pośrednictwem Centrum Unijnych Projektów Transportowych - do Brukseli. I dopiero wtedy te inwestycje z konkretnymi szacunkami (a nie tylko z wydatkami na projekt) zaczęły się pojawiać w budżecie miasta i w WPF-ie.

To była zresztą częsta praktyka już za Grobelnego. Miała służyć temu, by nie blokować pieniędzy w przyszłych budżetach na coś, na co później miasto nie będzie miało dofinansowania z Unii Europejskiej i z dnia na dzień będzie musiało wycofać się z realizacji.

Jeśli więc Jaśkowiak już zdecydował się wejść w polemikę i powątpiewać w sens przytaczania tych 100 mln zł z 2015 r., to mógłby chociaż sprawdzić, gdzie dokładnie figurowała wtedy taka kwota i kiedy pojawiła się w WPF-ie.

To właściwie drobiazg. No ale... "Proszę być precyzyjnym!" - mówił sam Jaśkowiak.

Tak na marginesie: miło, że pan prezydent już wie, że te 100 mln zł faktycznie odnosiło się do całej przebudowy Św. Marcina i okolic (bez tramwaju na ul. Ratajczaka). A nie tylko do pierwszego odcinka od ul. Gwarnej do ul. Ratajczaka - co błędnie sugerował w naszej rozmowie.

Idźmy dalej. Teraz dopiero zrobi się ciekawie.

Dopiero konkurs architektoniczny wyłonił docelowy zakres z przesuniętym torowiskiem, układem drogowym, chodnikami, przebudową sieci - co później też skoordynowaliśmy z gestorami tych sieci, dzięki czemu ograniczyliśmy koszty po stronie Miasta.

To co bardzo istotne, plan z 2015 roku nie zakładał tak ogromnego zakresu tego projektu, jaki realizowany jest obecnie, obejmującego dodatkowo przebudowę całego krzyżowania ul. Św. Marcin z al. Niepodległości wraz z ul. Towarową. Projekt był też konsultowany z mieszkańcami. W wyniku konsultacji wprowadzane zostały zmiany, które również miały wpływ na ostateczne koszty inwestycji.


Zaraz, zaraz, przecież kwota 100 mln zł - jak już wspomniałem - figurowała w WPF-ie jeszcze w 2017 r. Wtedy już było dawno po konkursie (rozstrzygniętym w listopadzie 2015 r.) i po głównych konsultacjach.

Mało tego! Jeszcze w WPF-ie na 2018 r. cały etap I programu centrum miał kosztować 100 mln zł (wykaz przedsięwzięć wieloletnich - możecie zajrzeć, jeśli nie wierzycie mi na słowo). Ten dokument był uchwalany w grudniu 2017 r., czyli wtedy, gdy trwała już przebudowa pierwszego odcinka Św. Marcina.

Zresztą - aby to lepiej zobrazować - przygotowałem małą infografikę:



(w latach 2015-2016 mówimy o wspomnianych 100 mln zł szacowanych wówczas przez urząd miasta, choć niewpisanych jeszcze do WPF-u; od 2017 r. kwoty naniesione na grafikę pochodzą już z WPF-u)

Tak szczerze mówiąc, widzę tu wzrost kosztów nie po konkursie architektonicznym, tylko już w trakcie realizacji inwestycji. Te fakty, daty i liczby w zestawieniu z wypowiedzią Jaśkowiaka dla portalu epoznan.pl nasuwają kilka potencjalnie niewygodnych dla prezydenta pytań:

- kiedy dokładnie urząd miasta dowiedział się, że etap I programu centrum nie zmieści się w kwocie 100 mln zł, tylko będzie kosztował więcej?

- dlaczego jeszcze w grudniu 2017 r. w wieloletniej prognozie finansowej miasta nadal szacowano ten koszt na 100 mln zł, a dopiero w ciągu 2018 r. (czyli już w trakcie prac na pierwszym odcinku) ta kwota wzrosła do 180 mln zł?

- skoro prezydent twierdzi, że kwota 100 mln zł stała się nieaktualna m.in. wskutek rozstrzygnięć konkursu, późniejszych prac projektowych oraz konsultacji, to czy urząd miasta - podtrzymując w projekcie WPF-u na 2018 r. kwotę 100 mln zł - wprowadził w błąd radnych oraz mieszkańców?

Jaśkowiak broni puchnących kosztów



Mimo wszystko Jaśkowiak zrobił pewien postęp. Już nie zaprzecza, że przebudowa Św. Marcina i okolic podrożała (- Projekt centrum nie kosztuje więcej, niż myśmy zakładali! - zarzekał się przed dwoma tygodniami), teraz tylko szuka różnych tłumaczeń, z czego wynika ten wzrost kosztów:

Nieporównywalny jest nie tylko zakres projektu, ale też sytuacja na rynku budowlano-inwestycyjnym w zakresie kosztów prowadzenia inwestycji. O budżecie danej inwestycji możemy mówić więc nie na etapie WPF - co jak sama nazwa wskazuje jest zaledwie prognozą, bardzo wstępnym szacunkiem - a dopiero, gdy ustalony zostanie ostateczny zakres i rozstrzygnięty zostanie przetarg.

Prezydent Jaśkowiak dokonał tu przepięknej obrony kosztów przebudowy... ronda Kaponiera.

Już poprzednio o tym napomknąłem. Przypomnijmy: prezydent Grobelny i jego współpracownicy początkowo szacowali przebudowę Kaponiery i ul. Roosevelta na 120 mln zł. Później - na 150 mln zł.

Tymczasem inwestycja ciągnęła się pięć lat i kosztowała ostatecznie 360 mln zł. Tam też było poszerzenie projektu (o nieprzewidzianą wcześniej rozbiórkę i odbudowę mostu Uniwersyteckiego).



Tam również była dość trudna sytuacja na rynku budowlanym po boomie przed Euro 2012 (m.in. główny wykonawca - firma Hydrobudowa - zbankrutował krótko po rozpoczęciu prac na samym rondzie, później upadł jeszcze inny z wykonawców - PRG Metro).

Mimo to Jaśkowiak podczas debaty z Grobelnym na antenie WTK grzmiał:

Chciałbym, żeby inwestycje, które będą realizowane w przyszłości, były realizowane w założonych budżetach i terminach. (...) To [przebudowa Kaponiery] miało kosztować 150 czy 160 mln zł. Będzie kosztować 320 mln zł.

Jacek Jaśkowiak podczas debaty z Ryszardem Grobelnym w WTK w listopadzie 2014 r.



Dziś Jaśkowiak mówi: - O budżecie danej inwestycji możemy mówić więc nie na etapie WPF - co jak sama nazwa wskazuje jest zaledwie prognozą, bardzo wstępnym szacunkiem - a dopiero, gdy ustalony zostanie ostateczny zakres i rozstrzygnięty zostanie przetarg.

Punkt widzenia na te sprawy, jak widać, baaardzo zależy od punktu siedzenia.

Jaśkowiak nie miał zastrzeżeń, dopóki...



Jeszcze jedna sprawa. Zostawiłem ją na koniec, bo to rzecz bardziej personalna, ale nie mogę się do niej nie odnieść.

Uważam, że dziennikarz podejmujący taki temat, roszczący sobie prawo do podważania ocen rad nadzorczych, kwestionujący wysokość wypłacanych wynagrodzeń, powinien wiedzę na temat procesów realizacji projektów, czy przepisów ustawowych posiadać. Zadawane po wielokroć to samo pytanie wskazywało, że jej nie posiada, dlatego starałem się mu ją przekazać.

No jasne, rada nadzorcza miejskiej spółki jest jak Trybunał Konstytucyjny Sąd Najwyższy, jej rozstrzygnięcia są ostateczne i nie wolno ich kwestionować ani choćby zastanawiać się nad ich sensownością.

Zwłaszcza gdy chodzi m.in. o zarobki byłego asystenta i doradcy prezydenta Jaśkowiaka.

Już wyjaśniłem, że "zadawane po wielokroć pytanie" (o to, dlaczego w celach dla PIM nie ma ani słowa o budżetach inwestycji) było zadawane powtórnie, bo prezydent na nie nie odpowiedział.

Zamiast tego próbował przekonywać, że inwestycje są realizowane w założonych budżetach, co było całkowitą nieprawdą. Jak wykazaliśmy na przykładach programu centrum czy trasy na Naramowice.

Zwracam uwagę, że jesienią 2014 r. - jeszcze będąc w "Gazecie Wyborczej" - dość intensywnie relacjonowałem kampanię wyborczą, w tym wspomnianą wyżej rywalizację Jaśkowiaka z Grobelnym o fotel prezydenta Poznania.



Byłem o osiem lat młodszy. Z całą pewnością mniej doświadczony i mniej kompetentny niż dziś.

Wówczas Jaśkowiak jakoś nie miał problemu z red. Lipońskim. Przeciwnie, sam chętnie powoływał się na doniesienia "Wyborczej" - m.in. moje - w sprawie Kaponiery, systemu PEKA czy wreszcie tego nieszczęsnego przejścia przy dworcu, o którym napisałem Bóg wie ile tekstów.



Wtedy teksty Lipońskiego o Grobelnym, Kruszyńskim i spółce były spoko. Znamienne, że przestały być spoko, gdy - po zmianie władzy - zaczęły dotyczyć samego Jaśkowiaka, a tenże Lipoński zaczął jemu i jego współpracownikom wytykać różne rzeczy. No kto by pomyślał!

Na koniec jeszcze jedna perełka ze strony Jaśkowiaka:

Redaktor miał już jednak ugruntowaną tezę opartą nie na faktach, znajomości przepisów, tylko na osobistych wrażeniach, co w efekcie sprawiło, że moja perswazja okazała się nieskuteczna.

Jeżeli ktoś w tej rozmowie wykazał się nieznajomością czegoś, to w pierwszej kolejności był to jednak Jaśkowiak, co już widzieliście na nagraniu. Ale chcę zwrócić uwagę na coś innego.

Zauważyliście, że Jaśkowiak - świadomie czy nie - zaczął mówić językiem PiS-u?

Częstą odpowiedzią polityków partii rządzącej na niewygodne pytania w ostatnich latach jest riposta, że coś jest "wyrwane z kontekstu", albo właśnie że dziennikarz "zadaje pytania z tezą".

Tu akurat o "wyrwaniu z kontekstu" nie mogło być mowy. Specjalnie pokazałem całą 10-minutową rozmowę z Jaśkowiakiem od A do Z - żeby potem nikt nie mógł wysunąć podobnego zarzutu. Prezydent skupił się zatem na mojej "ugruntowanej tezie".

Tak, dziennikarze robiąc materiał zwykle mają jakąś roboczą "tezę", bo inaczej ich materiał byłby o niczym. Na przykład o tym, że samochody jeżdżą po ulicach. Że ludzie poszli do pracy (no, chyba że jest weekend lub święto). Że słońce wstało rano i zajdzie wieczorem.

Takie byłoby dziennikarstwo bez szukania tematów, wyciągania wniosków ze zbieranych informacji i formułowania na ich podstawie "tezy", która będzie tematem materiału.

Nie słyszałem, by Jaśkowiak protestował, gdy my - dziennikarze - szykowaliśmy materiały z "tezą" o wątpliwościach wokół próby zorganizowania tzw. wyborów "kopertowych" czy o negatywnych skutkach reformy oświaty minister Anny Zalewskiej, i w oparciu o te "ugruntowane tezy" odpytywaliśmy polityków PiS.

Teraz - w sprawie spółki PIM - moja "teza" (jak to nazwał Jaśkowiak) była taka, że przyznawanie maksymalnych ocen (i - co za tym idzie - najwyższych możliwych wynagrodzeń) za realizację celów inwestycyjnych jest zastanawiające w sytuacji, gdy mieszkańcy i przedsiębiorcy co rusz skarżą się na sposób realizacji tych inwestycji.

Prezydent Jaśkowiak pewnie wolałby, żeby media relacjonowały wyłącznie przecinanie wstęgi na przebudowanym już Św. Marcinie. Najlepiej bez wnikania, ile ta inwestycja miała pierwotnie kosztować, ile kosztowała w praktyce, czy udało się z nią zdążyć w założonym terminie, wreszcie - jak oceniono jej realizację i jak to się przełożyło na zarobki w spółce PIM.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: