Poznań Spoza Kamery

#polityka  #Poznań  #wybory  #samorząd  #inwestycje

4 kwietnia 2010

SEWERYN LIPOŃSKI
4 kwietnia 2010

Z zaciekawieniem przeczytałem o cudach, jakie działy się podczas konkursu z biologii dla gimnazjalistów. Z zaciekawieniem – bo podobne historie zdarzają się częściej. Tyle że pierwszy raz ktoś się sprzeciwił i poinformował media.

Po lekturze tekstu Skandal z konkursem biologicznym dla gimnazjalistów właściwie nie wiadomo czy płakać, czy śmiać się. Nauczyciele z komisji rozdają uczniom testy – ale po chwili orientują się, że to nie te testy. Wpadają w panikę. Uczniowie się niepokoją. Kuratorium też nie wie co robić. W końcu wysyła testy – tym razem już odpowiednie – by komisja wydrukowała je dla 120 uczniów na zwykłej szkolnej drukarce (!). Aż kusi, by zapytać, co by było, gdyby drukarka się zepsuła albo zabrakło w niej tuszu.

Istny kabaret. Tyle tylko, że w tle kabaretu – konkurs, w którym stawką jest dla uczniów 200 pkt. A w praktyce: wolny wstęp do każdego liceum oraz zwolnienie z części egzaminu na koniec gimnazjum.

Podobne sytuacje raz po raz zdarzają się na różnych konkursach. Jeszcze nie tak dawno wraz ze znajomymi z gimnazjum sami braliśmy w nich udział i widzieliśmy różne rzeczy.

Pamiętam 2006 rok, etap rejonowy konkursu (bodajże z chemii). Ktoś z komisji rozdaje testy. Jednak już po chwili zaczyna je… zbierać. – Co się dzieje? O co chodzi? – dziwimy się. Okazuje się, że otwarto arkusze z drugiej części, która ma się rozpocząć dopiero za kilka godzin. Efekt? Spora część uczestników wie już, jakie będą zadania.

Skoro o tym mowa: jeszcze niedawno każdy etap składał się z dwóch części. Do drugiej kwalifikowali się tylko ci, którzy najlepiej napisali pierwszą. Co to oznaczało? Kilkugodzinne czekanie, aż komisja sprawdzi pierwszą część. A dla samej komisji – pracę w stresie i pośpiechu. No bo jak tu spokojnie wszystko sprawdzić, skoro za drzwiami czeka kilkudziesięciu uczniów i tyle samo nauczycieli, szepczących między sobą: „Czemu tak długo?” Na szczęście – sądząc po tegorocznych regulaminach – kuratorium odeszło już od tej formuły.

I znów 2006 rok, finał konkursu, tym razem z francuskiego. Ktoś z komisji otwiera okno, za którym stoi wóz nadający komunikaty reklamowe. Strasznie rozprasza. Mimo to okno pozostaje otwarte. Potem okazuje się, że kilkorgu z nas brakuje po 0,5 albo 1 pkt, by wejść do drugiej części finału. Piszemy odwołania. Gdy jadę zawieźć swoje do kuratorium, mężczyzna w starszym wieku przyjmuje je – ale śmieje mi się w twarz i z góry mówi, że to nic nie da. I w sumie ma rację. Bo konkursy są tak skonstruowane, że ich wyników nie sposób zweryfikować. No bo jak? Powtórzyć cały konkurs, dla wszystkich?

Nie zapomnę też, jak tuż przed finałem konkursu z matmy uraczono nas 15-minutową opowieścią o historii szkoły, w której się odbywał. Wszyscy siedzimy na miejscach, skupieni, chcemy już zacząć pisać – a mimo to musimy słuchać (chodziło, jeśli się nie mylę, o szkołę produkcji fortepianów czy coś w tym rodzaju).

Na tym tle historia z Ostrowa Wielkopolskiego nie dziwi. Może za to stanowić punkt wyjścia do dyskusji nad półamatorszczyzną w organizacji gimnazjalnych konkursów. Bo przecież te przykłady to tylko Wielkopolska i tylko w paru ostatnich latach. Do ilu takich zdarzeń dochodzi w całym kraju?

Organizatorami konkursów w poszczególnych województwach są kuratoria. To one ustalają zasady, przygotowują testy i wyznaczają do komisji nauczycieli. Ci ostatni – niestety – często roku zmieniają się i zawsze miałem wrażenie, że traktują to zajęcie nieco z doskoku.

Kto wie, czy nie lepsze byłoby upodobnienie konkursów gimnazjalnych do olimpiad, z którymi mamy do czynienia w liceach. W kilku brałem udział i – o dziwo – były znacznie lepiej zorganizowane. Nie było nieprawidłowych arkuszy, długiego czekania ani błędów w zadaniach. Może należałoby również w konkursach gimnazjalnych wprowadzić szczebel centralny (uczniowie mieliby wówczas frajdę, że mogą rywalizować z najlepszymi w całym kraju) i wyznaczyć stałe komisje. Można by też rozpisać konkursy na ich organizację, tak jak to robi MEN z niektórymi olimpiadami. Albo powierzyć to zadanie uniwersytetom.

Dopóki konkursy będą leżeć wyłącznie w gestii kuratoriów, poprawa szybko nie nastąpi. Zapewne nadal będzie dochodzić do absurdów takich jak w Ostrowie. Albo jak kilku lat temu z konkursem języka francuskiego – gdy wielkopolskie kuratorium postanowiło go po prostu nie organizować. (Wedle nieoficjalnych pogłosek chodziło o to, że laureaci pochodzili głównie z dwóch, trzech szkół, w których francuskiego uczono na wysokim poziomie. Komuś w kuratorium taka „dominacja” ponoć się nie podobała). A szkoły z Poznania i tak wystartowały – tyle że… w innym województwie. Kuriozum!

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: