Polub fanpage na FB

Poznań Spoza Kamery

Poznań Spoza Kamery

#polityka  #Poznań  #wybory  #samorząd  #inwestycje

SEWERYN LIPOŃSKI
2 czerwca 2009

Wczoraj wieczorem Janusz Palikot we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych drwił z „Dziennika”. Gazeta na poparcie swej tezy przeprowadziła wywiad, którego ponoć tak naprawdę... nie było. Według „Dz” – był, tyle że z inną osobą. Zaszła pomyłka. Ot tak, po prostu. I to w jednej z największych polskich gazet. Myślałem, że dziś od rana będzie burza wokół tej sprawy – a tu nic, cisza jak makiem zasiał.

To, co dzieje się ostatnio wokół „Dz”, jest naprawdę niepokojące. Gazeta, która jeszcze półtora roku temu została przez OBWE uznana za najbardziej bezstronną podczas kampanii wyborczej, na pewno miałaby potencjał, by stać się najbardziej profesjonalnym dziennikiem w kraju. Tyle że ostatnie działania jej dziennikarzy wskazują, że idzie w dokładnie odwrotnym kierunku.

Najpierw zorganizowano nagonkę na wicepremiera Pawlaka. Można różnie to oceniać, ale według mnie zrobiono po prostu z igły widły. Próbowano doszukać się afery tam, gdzie jej nie było, podobnie zresztą jak obecnie z pieniędzmi Palikota. Dziennikarstwo śledcze ma sens wtedy, gdy polega na wykrywaniu różnych afer i nieprawidłowości (np. bardzo dobry tekst w lipca pt. „Wojna polsko-polska”) – a nie na ich samodzielnym kreowaniu. Potem wynikła sprawa Kataryny, która nie była niczym innym, jak zwykłym szantażem. Teraz dochodzi do tego wywiad, którego tak naprawdę nie przeprowadzono – a jeśli przeprowadzono, to z zupełnie inną osobą. Nawiasem mówiąc, dziś znikł już z sieci. Dobre i to, chociaż z papieru już nie zniknie - zresztą w ogóle nie miał prawa się tam pojawić.

Do tej pory wydawało mi się, że taki szczyt nieprofesjonalizmu nie mógłby mieć miejsca nawet w mało znaczących, lokalnych mediach. A tu okazuje się, że zdarza się nawet w ogólnopolskim dzienniku, o blisko 200-tys. nakładzie. Pojawia się pytanie, na jakim poziomie jest profesjonalizm przynajmniej niektórych dziennikarzy „Dz”? Na ile można ufać informacjom podawanym w tej gazecie? Na ile sensowne jest dyskusja o aferach, rzekomo ujawnianych przez „Dz”? Tomasz Lis słusznie zauważył zresztą, że „kampanię przeciw anonimowym blogerom rozpoczęła gazeta, dla której normą jest publikowanie kłamstw albo paszkwili, opartych w stu procentach na anonimowych źródłach”.

Lista grzechów „Dz” jest więc długa. W zasadzie trudno się dziwić – mniej więcej od roku słyszymy o kłopotach ekonomicznych gazety, więc aby podbić wyniki, dziennikarze szukają sensacji. Domyślam się, że inne gazety też nie są bez skazy – akurat padło na „Dz”, choć mogło też na „Wyborczą” albo na „Rzeczpospolitą”. Nieważne. Ważne jest za to coś innego – mianowicie zastanawiająca cisza w innych mediach. Nikt nie próbuje dyskutować o poziomie dziennikarstwa w „Dz” – no, może poza Palikotem, ale on akurat ma inne powody.

To o tyle dziwne, że wzajemne wojny i wojenki pomiędzy „Dz”, „Rz” i „Wyborczą” były dotąd na porządku dziennym. Wystarczy przypomnieć sprawę aborcji Agaty, która stała się szybko przedmiotem konfliktu światopoglądowego pomiędzy mediami. W normalnych okolicznościach, po wczorajszym ujawnieniu wpadki z fikcyjnym wywiadem, „Dz” powinien więc zostać pożarty przez konkurencję. Wszystko wskazuje jednak na to, że nie zostanie.

Panuje wokół tej sprawy dziwna cisza. Dlaczego? Może dlatego, że krytyka metod „Dz” byłaby w tym przypadku równoznaczna z przyklaśnięciem Palikotowi. A tego media robić nie chcą – tym bardziej, że poseł zamierza walczyć w sądzie z gazetą o odszkodowanie. Odszkodowanie w wysokości, bagatela, 10 mln zł. Zdaje się, że to przypadek bez precedensu. Zapewne mało prawdopodobne, by sąd przyznał mu tak wysoką kwotę, ale nie zmienia to faktu, że blady strach padł na wszystkie media. Co będzie, jeśli Palikot wygra? Dlatego w tym sporze gazety po cichu popierają konkurencyjny „Dz”, o czym mówi dziś ciekawy wpis na blogu Antypress. Pewnie jest w tym sporo prawdy.

Z ostatniej chwili: „Dz” połączy się z „Gazetą Prawną”. Podobno skład redakcji będzie zupełnie zmieniony. Okej, fajnie. Jesienią chętnie sięgnę po pierwszy numer odświeżonej gazety i mam nadzieję, ze nie zobaczę już afer robionych z niczego, tekstów opartych na samych anonimach ani fikcyjnych wywiadów. Do tego czasu – nie kupuję „Dziennika”, bo nie mam już pewności, jaki związek z prawdą ma to, co mógłbym tam przeczytać.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: