
SEWERYN LIPOŃSKI
10 lutego 2011
Dziś sportowo, bo w weekend skoczkowie narciarscy zawitają do norweskiego Vikersund. Tamtejsza skocznia – przebudowana za 10 mln euro - ma teraz tzw. punkt konstrukcyjny K-195 i jest reklamowana jako „największa na świecie”.
Nie dalej jak dekadę temu czytałem, że w ogóle nie ma i nie może być takich skoczni, bo "według planów zatwierdzonych przez FIS (...) nie mogą być przekroczone następujące wartości graniczne: odległość punktu K maks. 185 m, przewidywana prędkość najazdu maks. 30 m/s" (cyt. za "Przepisy gier sportowych").
Najwyraźniej już nie jest to regułą. Zawody na Vikersundbakken K-195 figurują jak byk w kalendarzu PŚ, a za rok mają się tam odbyć mistrzostwa świata w lotach. W tej sytuacji futurystyczne skocznie typu K-250 czy nawet K-300 – znane dotąd tylko z gier komputerowych – przestają być wyłącznie abstrakcją.
Norwegowie postanowili przebić słoweńską Planicę, gdzie dotąd latano najdalej. Obecny rekord to 239 m Bjørna Einara Romørena, choć pewnie już w piątek lub sobotę ktoś go pobije. Do budowania skoczni mamuciej przymierzali się też Finowie. Jeśli oni z kolei zechcą przebić i Planicę, i Vikersund, to… aż strach pomyśleć, dokąd zalecą skoczkowie. I gdzie wylądują.
Biegu w zero sekund nikt nie przebiegnie. Ale skakać można właściwie nieskończenie daleko. Pojawia się tylko pytanie o granice bezpieczeństwa.
Bo że skoki to niebezpieczny sport, nie trzeba nikogo przekonywać. Ofiary różnych skoczni mówią same za siebie. Im większa, tym groźniejsza. Ta w Planicy – wystawiona na podmuchy wiatru – zapadła w pamięć takim zawodnikom, jak Takanobu Okabe, Robert Kranjec czy Valery Kobelev. Tego ostatniego Letalnica o mało nie pozbawiła go życia:
W ostatnich latach władze FIS robiły sporo, żeby bezpieczeństwo poprawić. Konkurs w Planicy w 2005 r. (ten z rekordem Romørena) był chyba ostatnim, w którym pozwolono skakać przy wietrze przekraczającym 2 m/s. Wypadki zdarzają się ostatnio sporadycznie. A już rozgrywanie tak szalonych konkursów jak w Lahti w 2001 r. – ostatecznie i tak przerwany – jest nie do pomyślenia.
Nagle na tym tle pojawia się potworek, czyli gigantyczna skocznia w Vikersund. Niby nie chodzi tu o żadne rekordy odległości (FIS oficjalnie nawet ich nie odnotowuje), ale… tak naprawdę wiadomo, że właśnie o to. Jak to się ma do bezpieczeństwa?
Ktoś powie: spokojnie, to Vikersund, nie Planica. Odpowiedź brzmi: no właśnie, to Vikersund. Fani, którzy skokami zainteresowali się z nadejściem małyszomanii, mogą nie pamiętać – więc przypomnę MŚ w lotach, jakie w Vikersund odbyły się w 2000 r. Wiatr hulał po całej skoczni, już pierwszego dnia rzucił o zeskok Artura Khamidullina…
…a konkurs non stop przerywano. Przez cały weekend nie udało się przeprowadzić ani jednej pełnej serii. Czołowi zawodnicy na czele z Martinem Schmittem początkowo podobno zagrozili, że odmówią skakania. Zawody rozegrano dopiero w poniedziałek, i to w dość karykaturalnej formie.
A wtedy była to „tylko” skocznia K-175, na której mało kto dolatywał w okolice 200 m.
Kilka tygodni później w Planicy Andreas Goldberger ustanowił ówczesny rekord świata, skacząc 225 m. Ktoś ze znajomych, gdy mu o tym wspomniałem, machnął ręką i powiedział: - Skoczy ktoś w końcu 250 m i się zabije. I będzie problem.
Minęło 11 lat i zawodnicy szykują się do startu na Vikersundbakken. Na której ponoć – o zgrozo – można skoczyć właśnie 250 m.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: