Poznań Spoza Kamery

#polityka  #Poznań  #wybory  #samorząd  #inwestycje

19 kwietnia 2010

SEWERYN LIPOŃSKI
19 kwietnia 2010

Na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego przyszło 150 tys. ludzi. Wcześniej w kolejce do Pałacu Prezydenckiego czekało się kilkanaście godzin. Jak to możliwe, że w taki sposób żegnamy prezydenta, za którym – powiedzmy sobie szczerze – większość z nas nie przepadała?

W Warszawie i wielu innych miastach zapłonęły tysiące zniczy. Nie wszystkie zostawiali zwolennicy Lecha Kaczyńskiego.

Niektórzy przywołują śmierć Jana Pawła II. Właśnie wtedy – przypominają – ostatni raz tak się zjednoczyliśmy jako społeczeństwo. To jednak dość luźna analogia. Papież był powszechnie lubiany i szanowany. Do tego doszły emocje religijne.

W przypadku Kaczyńskiego mogliśmy mówić co najwyżej o emocjach politycznych, które w dodatku częściej dzieliły niż łączyły. Wielu wyborców z 2005 r. po trzech latach wstydziło się przyznać, że głosowali właśnie na niego.

Co więc sprawiło, że niemal z dnia na dzień wszyscy połączyliśmy się w żałobie po nim, zapomnieliśmy o uprzedzeniach i animozjach?

Może to ogrom katastrofy, o której wiadomość nadeszła nagle, niespodziewanie. Może zwykłe ludzkie współczucie i reakcja na tragiczną śmierć.

Ale nie. Musiało być coś jeszcze. Bo skoro tyle się mówiło, że był złym prezydentem… Ano właśnie.

Był prezydentem.

Prezydentem, głową państwa. Zdaje się, że właśnie to poruszyło nas najbardziej. Zginął Kaczyński nie tylko jako Kaczyński, ale przede wszystkim – zginął Kaczyński jako prezydent. Ktoś, kogo demokratycznie wybraliśmy na przywódcę.

Dla Polaków to urząd najważniejszy. Gdy miałem kilka lat, w przedszkolu nie mieliśmy pojęcia, co to takiego „Sejm”, „Senat”, „rząd”, „minister” czy „premier”. Ale wiedzieliśmy już, że jest w Polsce pan prezydent i że to on rządzi. Ba, wiedzieliśmy nawet, jak się nazywa (wtedy był to jeszcze Lech Wałęsa).

Gdyby spytać kilka przypadkowych osób o prezydentów po 1989 r., pewnie większość umiałaby wymienić. A na przykład premierów? Premierów było tylu, że prawie nikt już wszystkich nie pamięta.

Nic dziwnego, że aż 82 proc. Polaków chce, by prezydent wciąż był wybierany w wyborach powszechnych. Tragiczne wydarzenia ostatnich dni pokazały dobitnie, jak ważną jest osobą. To się raczej nie zmieni – nawet jeśli formalnie władzę ma niewielką. Nawet jeśli ktoś będzie usiłował sprowadzić jego rolę do „pałacu i żyrandoli”.

„Nie popierałem go, nie zgadzałem się z jego poglądami. Ale to był nasz prezydent i należy mu się szacunek” – takie słowa często dało się słyszeć w minionym tygodniu. Wśród zwykłych ludzi, na ulicy.

Pojawiły się też oskarżenia o hipokryzję. Że jak Kaczyński żył, to go krytykowano, a teraz wszyscy go uwielbiają. I że spór o pochówek na Wawelu obnażył, co myślimy naprawdę. Ale czy przypadkiem nie jest na odwrót? Oddaliśmy mu cześć i szacunek jako prezydentowi i po prostu jako człowiekowi. A spór o Wawel pokazał tylko, że różnie oceniamy go jako polityka i o żadnej hipokryzji nie może być mowy. Hipokryzja byłaby dopiero, gdybyśmy wszyscy przyklasnęli pomysłowi z Wawelem i zaczęli o nim mówić jednym głosem jak o bohaterze narodowym.

Czego nas nauczyła (miejmy nadzieję) ta historia? Chyba tego, że prezydent – ktokolwiek nim jest – zawsze pozostaje naszym prezydentem. Możemy go krytykować, możemy się z nim nie zgadzać, ale warto zachować dla niego pewien szacunek. Również za życia. Nie tylko po śmierci.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: