
SEWERYN LIPOŃSKI
19 maja 2009
Wczoraj obejrzałem w programie Tomasza Lisa krótką debatę pomiędzy Marianem Krzaklewskim i Jackiem Kurskim. Oczywiście poziom decybeli był znacznie niższy, niż w przypadku, gdyby rywalem Kurskiego był np. taki Niesiołowski – ale to chyba i lepiej, przynajmniej większość wypowiedzi dało się zrozumieć.
Może nie była to typowa debata wyborcza, ale biorąc pod uwagę, że obydwaj panowie są kandydatami do Parlamentu Europejskiego – miała w sobie na pewno po części wyborczy charakter. Trzeba tu oddać Kurskiemu, że przyszedł do programu, stawił czoła Krzaklewskiemu, nawet całkiem kulturalnie z nim dyskutował.
Niby powinno to być oczywiste, ale – co pokazały ostatnie dni – w przypadku polityków PiS-u takie oczywiste wcale nie jest. Oto niedziela, godzina ..., kandydaci PO gotowi do debat w poszczególnych okręgach. A kandydaci PiS-u? Sprawdzamy obecność. Kamiński? Nie ma. Ziobro? Nieobecny. Podobnie jak kilkoro innych. Przy okazji: 5 powodów, dla których Ziobro boi się debatować z Różą Thun. Może trochę jednostronne, przerysowane, ale w gruncie rzeczy – prawdziwe.
W niedawnym dodatku do „Polityki” na pięciolecie Polski w Unii natknąłem się na interesującą wypowiedź, którą pozwolę sobie zacytować:
„W parlamencie lepiej być ekspertem niż politykiem. Warto pokazać swoje kompetencje, zdolność do współpracy i do zawierania kompromisu” – przekonuje Genowefa Grabowska, przedstawicielka parlamentarnej lewicy, profesor prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Śląskim.
Mowa, rzecz jasna, o europarlamencie, a nie o naszym krajowym. I jeszcze jedno, z tego samego tekstu:
„Punktowanie rywala w debacie jest dobre u nas, gdzie rząd ciągle ściera się z opozycją. A Parlament Europejski to szukanie porozumienia, często nawet między dwiema głównymi partiami: prawicową i lewicową” – tłumaczy Melchior Szczepanik, politolog, autor doktoratu na temat polskich eurodeputowanych.
(źródło: Sumienie Unii, „Polska w Unii. Pierwsze 5 lat”, dodatek do „Polityki”, nr 17/2009)
W zasadzie nic dodać, nic ująć. Sprawa komplikuje się jednak, gdy spojrzeć, kogo chcemy do tego europarlamentu wysłać. Na listach PiS-u figurują przede wszystkim krajowi wojownicy, którzy w większości swoich wystąpień w ostatnich miesiącach czy nawet latach zajmowali się nie szukaniem porozumienia, tylko obrzucaniem błotem politycznych przeciwników.
Jeśli panowie Kurski, Ziobro, Kamiński i inni zamierzają stosować podobne praktyki również w PE, to – z całym szacunkiem – Polska stanie się w oczach Europy krajem awanturników. Bardzo bym tego nie chciał, ale w głowie tworzą się już czarne wizje europosła Ziobry, organizującego na oczach zagranicznych dziennikarzy konferencje prasowe z gwoździem i dyktafonami. Albo zapowiadającego, że „ujawnimy kompromitujące kwity” na kogoś tam. Albo – dla odmiany – europosła Kurskiego, zarzucającego kandydatowi na wysokie stanowisko, że miał dziadka w Wehrmachcie albo w Armii Czerwonej. No po prostu dramat.
Na szczęście na listach PiS-u jest też kilku sensownych ludzi, którzy podobnych awantur robić z pewnością nie będą. Dzięki Bogu, że PO opamiętała się i tym razem nie poszła w ślady politycznego rywala. I nie wystawiła swoich czołowych speców od czarnej propagandy, takich jak Niesiołowski i Palikot. Wtedy to już w ogóle wjechalibyśmy do PE z cyrkiem, którego szybko by nam nie zapomnieli.
Mimo wszystko pozostaje zapytać: z kim, z czym do europarlamentu?

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: