
SEWERYN LIPOŃSKI
9 grudnia 2009
Gdy w wakacje wzywałem pogotowie, musiałem dzwonić trzy razy i czekać w sumie 10 minut, aż ktoś odbierze. Pomyślałem, że jest źle. Po kilku miesiącach słyszę, że tak naprawdę jest dużo gorzej.
Materiał dzisiejszych „Wiadomości”: pogotowie nie przyjechało do umierającej kobiety.
Już dawno żaden news tak mnie nie poruszył.
Dyrektor pogotowia: - Przecież można było panią dowieźć własnym środkiem transportu.
Skoro tak, to po co w ogóle jest pogotowie?
Pół godziny wcześniej materiał w „Faktach”: lekarze ratowali dzieci dotknięte nowotworami, które zachorowały na świńską grypę. Niektóre mogły umrzeć. Teraz NFZ nie chce dać pieniędzy. Bo szpital, do którego pospiesznie przeniesiono dzieci na czas grypy, nie miał kontraktu na chemioterapię. I – uwaga – NFZ twierdzi, że lekarze powinni poinformować o sytuacji przed lub w trakcie przewożenia chorych! Tak jakby ktoś miał wtedy do tego głowę.
To tylko dwa przypadki. Na pewno jest ich więcej. Może pozostałe nie są tak bulwersujące. Może nie aż tak drastyczne. Nie wszyscy ludzie, których to dotyka, poskarżą się głośno. Jednak to nie powód, by przymykać oko – i tym lepiej, że pojedyncze przypadki takiego traktowania pacjentów są nagłaśniane, wręcz piętnowane.
W „Gazecie” trwa właśnie cykl „Leczyć po ludzku”. Są różne listy, opowieści, opinie: głównie pacjentów, ale też lekarzy i innych pracowników służby zdrowia. Niestety momentami mam wrażenie, że to tylko potok wzajemnych pretensji. Pacjenci mówią o braku szacunku ze strony lekarzy. I vice versa. Szybko zaczyna się stereotypowe myślenie: że wszyscy pacjenci są nieprzyjemni. I na odwrót: że wśród wszystkich pracowników służby zdrowia panuje znieczulica.
Może przydałoby się mniej wzajemnych uprzedzeń, a więcej empatii i zrozumienia? Z jednej i z drugiej strony.
Może wtedy dyspozytor potraktowałby chorej kobiety i jej męża jako kolejnych natrętów, bez powodu wzywających pomoc. Może wysłałby karetkę.
Może kobieta by nie umarła.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: