Poznań Spoza Kamery

#polityka  #Poznań  #wybory  #samorząd  #inwestycje

21 listopada 2009

Nagi prezydent ucieczką dla Tuska

#Donald Tusk #prezydent #premier #polityka #konstytucja

SEWERYN LIPOŃSKI
21 listopada 2009

Donald Tusk oznajmił dziś głośno to, co po cichu zapewne powtarzał sobie od miesięcy: nie chcę być prezydentem

O wzmocnieniu rządu kosztem głowy państwa Tusk przebąkiwał już od dawna, ale... No właśnie, tylko przebąkiwał. Niby chciał coś zmieniać, ale jednak nie zmieniał. Cała ta dyskusja – kto powinien być silniejszy, prezydent czy premier? – była bardzo niemrawa.

Aż do dziś. Oto Tusk mówi jasno i wyraźnie: dajmy pełnię władzy premierowi, a rolę prezydenta sprowadźmy do zera.

Dlaczego nie proponował tego wcześniej? To dość oczywiste – bo sam chciał prezydentem zostać. A właściwie nie chciał, ale musiał.

Nie chciał, bo zdawał sobie sprawę, że w Platformie wybuchną po nim spory o władzę. A i nowy premier (ktokolwiek by nim został) byłby wielką niewiadomą. Prezydent-Tusk miałby mniejszą kontrolę nad poczynaniami rządu.

Musiał, bo tak chcieli wszyscy wokół. Platforma, polityczni komentatorzy, no i najważniejsze – Polacy. Dominował we wszystkich sondażach prezydentkich poza jednym, w którym przegrał z Jolantą Kwaśniewską. Podkreślano, że tylko prezydentura spełni jego ambicje, przypominając przy tym wyborczą porażkę z 2005 r. Presja była zbyt duża, by mógł nie wystartować.

W tej sytuacji, stojąc przed wałęsowskim dylametem „nie chcem, ale muszem”, Tusk szukał rozwiązania najlepszego ze złych.

I oto znalazło się lekarstwo: osłabić prezydenta tak, by nic nie znaczył. Zostanie nagi prezydent bez realnych wpływów. Nawet nie Polacy będą go wybierać, tylko parlament.

To sprytna ucieczka od prezydenckiej pułapki. Tusk nikomu nie będzie się musiał tłumaczyć z tego, że nie kandyduje na prezydenta – bo po co miałby pozbawiać się realnej władzy? Jedynym przywódcą stanie się premier, którym Tusk pozostanie.

Strategia całkiem ciekawa i przemyślana. Ale – jak się zapewne szybko okaże – całkowicie niemożliwa do zrealizowania.

Po pierwsze: opozycja też myśli i już na pewno rozgryzła ów tuskowy plan. Ani PiS, ani lewica za żadne skarby nie przyłożą ręki do takich zmian w konstytucji.

Po drugie: podniesie się krzyk, że to próba skupienia władzy w rękach jednej partii. Krzyk poniekąd słuszny. A czym to grozi – Polacy wciąż pamiętają z 2007 r., gdy ostatnim niezdobytym przez PiS bastionem okazał się dopiero Trybunał Konstytucyjny.

Po trzecie wreszcie: co zrobi Tusk, jeśli konstytucji nie uda się zmienić? Wystartuje w wyborach i powalczy o prezydenturę – tę samą prezydenturę, którą teraz tak bardzo chce osłabić?

Gdy przyjdzie czas, ktoś na pewno mu to wytknie. Ciekawe, jak będzie się tłumaczył.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: