
SEWERYN LIPOŃSKI
25 października 2009
Rewolucja edukacyjna ruszyła. Sześciolatki poszły do szkół (nie wszystkie, ale mniejsza o to), poznają kilku języków, wszystko super. Gdyby tak jeszcze miały pewność, że ich najważniejszy egzamin – matura, którą napiszą za 12 lat – będzie równie przemyślany i zaplanowany...
Takiej pewności niestety nikt nie ma. Niedawne rewelacje o maturalnym maratonie – dzień w dzień po sześć godzin – same w sobie nie są może takie najgorsze. Ale dobitnie świadczą o słabości egzaminu dojrzałości w Polsce. Jego głównym problemem jest to, jak często się zmienia.
Krótkie kalendarium:
Maj 2002: uczniowie muszą wybierać pomiędzy starą i nową maturą. Mimo że nikt tak naprawdę nie wie, jaka będzie ta druga.
Maj 2005: nowa matura obowiązkowa już dla wszystkich.
Maj 2007: z danego przedmiotu można pisać tylko jeden poziom, podstawowy lub rozszerzony (wcześniej rozszerzeni zdawali też podstawowy). Robi się małe zamieszanie – jak porównywać wyniki z maturzystami z lat 2005-2006? MEN opracowuje specjalny wzór.
Maj 2010: matura z matematyki stanie się obowiązkowa. Do tego nastąpi powrót do pisania dwóch arkuszy: jeśli ktoś chce zdawać poziom rozszerzony, musi zdać także podstawowy. Stąd opisany we wtorkowej „Gazecie” maturalny maraton.
Maj 2015: koniec z różnicowaniem na poziomy, ma być jeden arkusz z każdego przedmiotu. Dla wszystkich.
Nie wspominając już o ciągłych zmianach przedmiotów, które można zdawać jako dodatkowe. Ani o kontrowersjach wokół pomysłu wprowadzenia matury z religii.
Gdy wziąć to wszystko pod uwagę, przyszli maturzyści mogą całkowicie zagubić się w gąszczu zmieniających się przepisów i wymagań. A chyba nie o to chodzi.
Nowa matura najwyraźniej padła ofiarą częstych zmian w Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Zmian nie tylko jeśli chodzi o koncepcje matury (wiadomo, że pomysły są bardzo różne), ale przede wszystkim zmian osób w kierownictwie.
No bo jak tu rozwijać maturę w jednym, spójnym kierunku, skoro w ciągu zaledwie półtora roku CKE miała aż czterech szefów?
Najpierw był Marek Legutko, zwolennik trzymania uczniów krótko, twardą ręką (takie przynajmniej sprawiał wrażenie). Wyleciał w połowie 2008 r. Oficjalnie za błędy w maturach – ale duży wpływ miała też z pewnością awantura wokół egzaminu gimnazjalnego. Potem była Maria Magdziarz, jeszcze później – Mirosław Sawicki.
W tym roku stery przejął Krzysztof Konarzewski i bardzo szybko obiecał zmiany – nie ukrywajmy – korzystne dla maturzystów, w tym rozluźnienie osławionego „klucza” i zmianę formuły matury ustnej z polskiego. Ale czy zdoła te obietnice zrealizować? Czy nie padnie ofiarą kolejnej rewolucji w CKE, która może go zmieść ze stanowiska, np. po jakiejś kolejnej aferze wokół matury lub innego egzaminu? Nigdy nie wiadomo, czy ktoś, kto przyjdzie po nim, nie przewróci wszystkiego do góry nogami.
Uczniowie, którzy są w połowie edukacyjnej przygody lub dopiero ją zaczynają, nie mają się z czego cieszyć. Może to się zmieni, gdy zostaną maturzystami i będą wiedzieli, na czym stoją. Jak na razie – urzędnicy niemal rok w rok grzebią przy maturalnych przepisach metodą prób i błędów. To chyba niezbyt – nomen omen – dojrzałe.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: