
SEWERYN LIPOŃSKI
14 października 2009
Wszyscy pamiętamy niedawną komedię Farfała. Bronił się rękami i nogami, by przedłużyć swój pobyt w TVP. Nie minęło kilka tygodni i mamy powtórkę z rozrywki – w ślady Farfała idzie szef CBA.
Tusk już Kamińskiego odwołał. Teoretycznie. Ale tak samo teoretycznie Farfał przestał być p.o. prezesa TVP – a jednak zabawił na Woronicza kolejnych kilka dni, zaś w pewnym momencie zdawało się, że zostanie nawet na dłużej. Jego ludzie składali pozwy do sądu, wytykali błędy proceduralne, szukali dziury w całym.
To było miesiąc temu. Ale śledząc wydarzenia z ostatnich dni, nietrudno odnieść wrażenie, że zafundowano nam powtórkę z rozrywki. Tyle że tym razem z szefem CBA w roli głównej.
Najpierw była konferencja. Padły tam znamienne słowa, że „CBA nie pęka”. Ale ostatecznie to Tusk nie pękł, odwołał Kamińskiego. No i ruszyła lawina. PiS krzyczy, że komisja śledcza ma koniecznie sprawdzić, czy zarzuty dla Kamińskiego miały związek z aferą hazardową. Krzyczy, że premier złamał prawo, że potrzebny tu Trybunał Stanu. A za tym idzie komiczna przepychanka o opinię prezydenta.
Pałac Prezydencki: - Przed odwołaniem szefa CBA musicie zapytać prezydenta o opinię.
Kancelaria Premiera: - Zapytaliśmy. Wysłaliśmy pismo, ale nie będziemy czekać w nieskończoność.
Pałac Prezydencki: - Wasze pismo ma cztery linijki. Uzupełnijcie je, bo jest za krótkie.
Kancelaria Premiera: - Nie uzupełnimy.
Pałac Prezydencki: - To i tak sobie poczekacie. Prezydent wyda opinię „bez zbędnej zwłoki”, czyli za jakieś dwa tygodnie.
Kancelaria Premiera: - Nie będziemy czekać. Odwołamy Kamińskiego bez opinii prezydenta.
Pałac Prezydencki: - To złamiecie prawo.
Marszałek Sejmu: - Prezydent wydał już negatywną opinię. Ustnie, ale wydał.
Pałac Prezydencki: - Nie, to nie była opinia. On tylko zapowiedział, jaka będzie ta opinia.
W cieniu fascynującej dyskusji naukowej – czy prezydent wydał opinię, czy tylko ją zapowiedział? – Kamiński, niczym Farfał, podejmuje kolejne rozpaczliwe próby uratowania stołka. Zapowiada odwołania do sądu. Konstytucjonaliści głupieją i nie wiedzą, czy to możliwe. Bo nigdy nie widzieli, by ktoś na tak wysokim stanowisku wyczyniał takie rzeczy.
Wszystko to osłabia jednak wiarygodność Kamińskiego. Gdyby szef CBA odszedł z klasą – przyjął postawę w stylu: zrobiłem swoje, ujawniłem afery, a skoro premier w reakcji mnie odwołuje, to sami go oceńcie – może zdołałby kogoś przekonać do swoich działań. Ale w chwili, gdy chwyta się brzytwy, byle tylko uratować stanowisko – jego wiarygodność spada praktycznie do zera. Do tego dochodzą nieudolne działania CBA w kilku sprawach, w tym fiasko prowokacji wymierzonej w Kwaśniewskich i działania agenta „Tomka”, sławnego już na całą stolicę.
Większości komentatorów umknęła jedna rzecz. Zwróciła na nią uwagę dopiero Ewa Milewicz we wtorkowej „Gazecie”:
„Dostarcza [CBA] dzień za dniem dowodów na bezmyślność, nieudolność, cwaniactwo, złą znajomość polszczyzny, ubogie słownictwo polityków i wysokich urzędników PO. Ale nie na korupcję, do czego przecież zostało solidarnie powołane przez PiS i PO”
Niby kwestia kluczowa, a jednak się ją pomija. Dlaczego CBA usiłuje rozdmuchać obydwie afery – hazardową i stoczniową – mimo że w żadnej z nich nie ma póki co śladów korupcji? Nie ulega wątpliwości, że były nieprawidłowości: nielegalny lobbing w interesach znajomych, naginanie zasad przetargu, brak politycznej niezależności. Ale czy w takiej sytuacji nie powinny się nimi zająć zupełnie inne służby?
Po akcjach w 2007 r. – afera gruntowa, sprawa Sawickiej – niektórzy nazywali CBA PiS-owską policją polityczną. Obecnie wielu komentatorów wraca do podobnego nazewnictwa. I niestety mają ku temu powody.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: