
SEWERYN LIPOŃSKI
3 sierpnia 2009
Janusz Palikot składa doniesienie na ojca Rydzyka. Zbigniew Girzyński – na ministra Sikorskiego. Rozstrzyganie spraw wszelakich w sądach to ostatnio ulubiona rozrywka naszych politycznych elit.
Wytłumaczyć to nietrudno. Sezon jest – jak to się mówi – ogórkowy, posłowie mają wakacje, gazety robią ostatnio czołówki głównie spoza polityki. Nawet sondaży jakby trochę mniej.
No, ale coś robić trzeba. I tu przydają się sądy. Zbigniew Girzyński pozwał parę dni temu Radosława Sikorskiego za – uwaga – żart o amerykańskim prezydencie. A raczej o dziadku amerykańskiego prezydenta, który miał ponoć zjeść polskiego misjonarza.
Jeśli chodzi o dziadków – szczególnie dziadków prezydentów, nawet tych niedoszłych – ludzie z PiS mają na tym polu niemałe doświadczenie; można się nawet pokusić o stwierdzenie, że są ekspertami. Minister Sikorski pewnie już trzęsie się ze strachu, bo a nuż przegra sprawę i poleci ze stołka? Dziadek-kanibal jest chyba jeszcze gorszy niż dziadek z Wehrmachtu. Co prawda nie o dziadka Sikorskiego tu chodzi, tylko o dziadka Obamy, ale w polskich realiach najwyraźniej nie robi to różnicy. Sprawa jest tym bardziej poważna, że Sikorski niejako dopuszcza się recydywy, albowiem powszechnie znane są jego podejrzane koneksje z niejakim Ronem A., którymi swego czasu tak interesował się prezydent (Kaczyński, nie Obama).
Właściwie to nawet nie wiadomo, co teraz biedny sąd ma rozstrzygnąć. Czy doszło lub nie doszło do znieważenia Obamy, a może jego dziadka? A moze chodzi o to, czy dziadek Obamy rzeczywiście był kanibalem? Albo po prostu poseł Girzyński chce, by przy okazji ustalono rzeczywiste okoliczności śmierci owego misjonarza, którego personalia nie są znane.
Odkładając już żarty na bok, trzeba powiedzieć, że sprawa naprawdę jest poważna. W polskich sądach ląduje ostatnio całe mnóstwo głośnych medialnie spraw, w których jednak – przy odrobinie dobrej woli – można by się dogadać bez żadnych procesów. Nie tak dawno Trybunał Konstytucyjny musiał kłaść do głowy premierowi i prezydentowi, który z nich ma jeździć na unijne szczyty i co mają na nich mówić. Gdy zaczęła się kampania do europarlamentu, Platforma zechciała, by to sąd zadecydował, czy PiS rzeczywiście nakłamał w spocie wyborczym. A niedługo po wyborach w TVP zaczęły funkcjonować dwa zarządy – i znów Krajowy Rejestr Sądowy musiał rozstrzygać, który jest prawdziwy, a który coś sobie uzurpuje.
Takich spraw będzie pewnie coraz więcej, bo tak naprawdę to duża wygoda. Zamiast tracić czas na jakieś negocjacje i kompromisy – oddajmy sprawę do sądu, niech zadecyduje za nas. Co więcej, zawsze można powiedzieć: „przyjmuję do wiadomości werdykt sądu, ale się z nim nie zgadzam”. Tego typu stwierdzenia robią prawdziwą furorę i są powtarzane niczym motto przy wielu okazjach, odkąd Jarosław Kaczyński odniósł się tak do decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej.
Jakby tego było mało, pod sąd oddawane są też sprawy kompletnie bzdurne – jak te dwie wymienione na wstępie. Wszystko to, zebrane razem, skutecznie kompromituje wymiar sprawiedliwości. Zwłaszcza że sądy w tego typu sprawach często głupieją – no bo jak rozstrzygać spór, który tak naprawdę powinien się zakończyć ugodą poza salą sądową?
Niestety zdaje się, że kompromis w polityce spadł na miejsce ostatnie z możliwych. Zainteresowani wolą już nawet drogę sądową.
PS. Miniony dzień to dla mnie osobiście mała zmiana. Na razie mówię stop Wiadomościom24.pl, i mówię dzień dobry Gazecie Wyborczej. Na blogu będzie teraz - jak sądzę - więcej wpisów komentujących wydarzenia z Poznania i okolic. A jeśli chodzi o W24 - minione półtora roku będę naprawdę miło wspominał. Na razie mało kto czyta tego bloga - ale tak czy inaczej, dziękuję wszystkim redaktorom i znajomym z W24. Nie będę już teraz pisał na W24, ale na pewno będę odwiedzał serwis. W końcu zdążyłem go polubić :)

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: