www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » All aboard!

9 czerwca 2009,

All aboard!

Parlament Europejski - wybory - PO - PiS - SLD - PSL - kampania

Eurowybory za nami. Czy odetchniemy wreszcie od politycznej „wojny na górze”? Biorąc pod uwagę polską specyfikę, w której kampania wyborcza trwa 365 dni w roku (no dobra, sorry! Powiedzmy, że 360, bo trzeba odliczyć ciszę wyborczą i parę świąt), to pewnie nie. Jest za to pewne, że odpoczniemy na czas dłuższy od takich panów, jak Kurski, Ziobro czy Nitras. Bo właśnie wsiadają na pokład i jadą do Parlamentu Europejskiego – a wątpię, by mieli tam odwagę odstawiać takie numery, jakie zdarzały im się w Polsce.

O tym, że niektóre partie (PiS w szczególności) postawiły raczej na kandydatów znanych, a niekoniecznie kompetentnych, pisałem już jakiś czas temu. Dziś nawet Jarosław Kaczyński jakby się trochę zreflektował i pogroził palcem, że Ziobro ma się przynajmniej nauczyć języków obcych, bo jak nie, to... Ale to generalnie jedna z wad demokracji, że celem nadrzędnym staje się wygranie wyborów, a nie porządne sprawowanie władzy po ich wygraniu. Nie ma się więc co obrażać na partie, że sięgają niekiedy po ludzi, u których rzeczywiste kompetencje nie zawsze idą w parze z popularnością. Szkoda tylko, że tendencja ta przeniosła się również na eurowybory, w których celem nie jest uzyskanie żadnej władzy, tylko wystawienie jak najlepszej reprezentacji na forum Unii Europejskiej.

Przy okazji widać wyraźnie, jak bezsensownym rozwiązaniem jest system proporcjonalny, który obowiązywał w Polsce również w tych wyborach. W efekcie nie brakowało kandydatów wystawianych tylko po to, by „wzmocnić listę” partii w danym okręgu. Taki na przykład Jerzy Stępień, wiceprezydent Poznania, lista PO, pozycja nr 10. Z góry wiadomo, że bez szans na mandat, ale trochę głosów dzięki niemu wpadnie, listę wzmocni, dzięki czemu może ktoś inny z PO wejdzie do europarlamentu. Podobną rolę miał pełnić Tadeusz Cymański w Gdańsku – trzeba było widzieć jego minę, gdy dowiedział się, że wbrew przewidywaniom zdobył mandat. Sytuacja, w której kandydat startuje w wyborach, chociaż nie chce wygrać, jest według mnie co najmniej dziwna. System większościowy i jednomandatowe okręgi wyborcze pozbawiłyby nas tego zjawiska. Przy okazji – ten właśnie poseł Cymański, dzięki „zaletom” systemu proporcjonalnego, w wyścigu po mandat wyprzedził Longina Pastusiaka z SLD, mimo że zdobył mniej głosów od niego!

Jeszcze innym zjawiskiem byli kandydaci-spadochroniarze (lub „przywiezieni w teczce”, jak kto woli), zsyłani przez partyjne szczyty do poszczególnych miast, nawet jeśli nie mieli z nimi nic wspólnego. Było o tym głośno szczególnie na samym początku kampanii, gdy Wojciech Mojzesowicz protestował przeciwko przyznaniu „1” w Kujawsko-Pomorskiem Ryszardowi Czarneckiemu. I znów – wystarczyłyby jednomandatowe okręgi wyborcze, system większościowy i nikt nie wpadłby na podobne pomysły. Czy to naprawdę takie trudne?

To tyle a propos ordynacji wyborczej, teraz trochę o samej kampanii. Wszędzie słychać, że była niemerytoryczna. I trzeba tu uczciwie przytaknąć: rzeczywiście taka była. Posunę się jeszcze dalej: chyba nawet w wyborach parlamentarnych 2007 partie były bardziej nastawione na zaprezentowanie własnego programu, a mniej na niszczenie politycznego przeciwnika. A tym razem mieliśmy do czynienia niemal wyłącznie z kampanią negatywną. „Zagłosujcie na nas, bo oni są be” – taki wydźwięk miały słynne już spoty telewizyjne, konferencje prasowe, tematy wyciągane w trakcie kampanii... Podobno debaty między kandydatami były merytoryczne. Tyle że nikt ich nie transmitował, prawie nikt ich nie widział. Prasa opisała co niektóre, dobre i to. Tyle że cała reszta, to kopanie przeciwnika.

Może partiom zabrakło pomysłu, jak w prosty sposób przekazać Polakom, co chcą zrobić w Parlamencie Europejskim? W istocie nie było to łatwe zadanie, skoro spora część rodaków o PE wie mało lub bardzo mało. Zdecydowanie łatwiej zakwestionować polskość Platformy Obywatelskiej albo naigrywać się ze stoczniowców, niż wytłumaczyć: dzięki naszej pracy w europarlamencie postaramy się, aby to, to i to było lepsze. Część odpowiedzialności za taki stan rzeczy ponoszą też – co tu ukrywać? – media. Telewizje i gazety chętniej pokażą Wałęsę na kongresie Libertasu, niż wspomniane debaty „jedynek” z poszczególnych list. A jeśli już zdecydowano się coś powiedzieć/napisać o tych debatach – to raczej o tych, które się nie odbyły, i szukać sensacji: dlaczego się nie odbyły?

Co gorsza, w kampanii dominowały sprawy typowo polskie. Ktoś zwrócił uwagę, że nawet hasła wyborcze na billboardach i plakatach są jakieś takie mało europejskie. Jeśli w programach telewizyjnych kandydaci mówili coś o sprawach, jakimi chcą się zająć w PE, to zwykle mówili to na samym końcu i nieco „na odczepnego”. A gdy TVN postanowił w dość luźny sposób sprawdzić, jak kandydaci znają języki obce, wielu z nich wzięło to niezwykle serio i potraktowali całą akcję jako zamach na swój PR, na swoją reputację.

Niezwykle nieszczere były też wszelkie gratulacje i frazesy po ogłoszeniu wyników, gdy wszyscy się cieszyli i wszyscy gratulowali wszystkim. Bo pewnie ktoś im wyliczył, że tak lepiej wypadną w oczach wyborców. Jedynie poseł Niesiołowski się wyłamał i jak zwykle pierwsze co zaczął robić, to naigrywać się z polityków PiS-u i ich wyniku. Za to Michał Kamiński przegiął w drugą stronę i choć przegrał z Danutą Hübner, to aż promieniał ze szczęścia, był uprzejmy jak nigdy dotąd i wręcz chciało się dorysować mu aureolę nad głową. Zakład, że za 2-3 dni znów wszyscy oni będą na siebie naskakiwać jak w kampanii? Oby tylko nie w Parlamencie Europejskim, bo to już będzie wstyd kompletny.

Na koniec parę słów o tych, którzy do PE się nie dostali. Libertas był w zasadzie przegrany już na starcie, bo większości Polaków kojarzył się z odrzuceniem traktatu lizbońskiego oraz byłymi politykami skrajnej, kontrowersyjnej prawicy. Sztuczka z Wałęsą na niewiele się zdała. Centrolewica miała potencjał, ale okazała się najmniej medialną z partii. Nie miała nawet porządnej strony internetowej z informacjami o poszczególnych kandydatach. Rosati i spółka liczyli chyba, że wystarczy stać z boku i czekać, aż PO i PiS się pozagryzają. Nie wystarczyło.

Teraz – wszyscy na pokład, 50 europosłów rusza do Strasburga i Brukseli. Wybrała ich ta ćwiartka społeczeństwa, która mimo beznadziejnej i momentami chamskiej kampanii uznała, że warto na kogoś zagłosować. Oby teraz ci wybrańcy nie zawiedli oczekiwań. Będziemy trzymać kciuki. Nie tylko za Jerzego Buzka, ale też za całą resztę.

Seweryn Lipoński / 9 czerwca 2009