www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Teraz to dopiero będzie prawdziwy plebiscyt. Duda ucieka, Trzaskowski goni

30 czerwca 2020

Wybory prezydenckie 2020. Teraz to dopiero będzie prawdziwy plebiscyt. Duda ucieka, Trzaskowski goni

#Wybory prezydenckie 2020  #Andrzej Duda  #Rafał Trzaskowski  #Szymon Hołownia  #Krzysztof Bosak

To będzie wybór zerojedynkowy - za czy przeciw Polsce według PiS. Już bez udziału żadnych "osób trzecich". Rozstrzygnięcie jest wielką niewiadomą. Prezydent Andrzej Duda musi znaleźć milion nowych, dodatkowych wyborców. Rafał Trzaskowski musi dla odmiany przekonać cały antypis, że ma jeszcze szanse na wygraną.

Zaraz po reakcjach na pierwsze sondażowe wyniki przypomniała mi się pewna okładka "Polityki".

Nie, wcale nie "Tusku, musisz!" z jesieni 2007 r., o której pewnie od razu pomyśleliście. Mam na myśli okładkę rok wcześniej - po wyborach samorządowych. Zobaczcie sami.



Teraz mamy podobnie. Prezydent Andrzej Duda podkreśla, że tylu ludzi mu zaufało, i że ma wyraźną przewagę. Tymczasem Rafał Trzaskowski z szerokim uśmiechem przekonuje: - Z takimi wynikami można iść się bić o Polskę!

Nawet Szymon Hołownia, widząc swoje sondażowe 13,3 proc., najwyraźniej zdobył się na chwilę szczerości i przyznał, że to "wynik jego marzeń". Choć zaraz dodał, że nie do końca, bo nie zmieni to przecież składu II tury. Także Krzysztof Bosak mówił o "historycznej chwili" dla konfederatów.

Nastroje opozycji szybko siadły

Tym razem jednak wstrzymałem się dłuższą chwilę z pisaniem tekstu o wynikach. I dobrze zrobiłem - bo w poniedziałek sytuacja się nieco zmieniła. Wystarczyło, że Państwowa Komisja Wyborcza podała niemal pełne wyniki, gdzie przewaga Dudy wzrosła jednak powyżej 13 pkt proc.

Nastroje wśród zwolenników Rafała Trzaskowskiego momentalnie siadły. To też znamienne, pokazuje, jak zażarty i wyrównany będzie ten bój w II turze, skoro to, czy do odrobienia jest 11 czy 13 pkt proc., ma tak kolosalne znaczenie.



Teraz w szeregach opozycji dominują głosy pesymistyczne. Słyszymy, że Trzaskowski nie da rady tego odrobić, że elektoraty się nie sumują, że będzie musiał lawirować, itede itepe.

To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka tygodni temu taki wynik Rafała Trzaskowskiego i taka strata do Dudy zostałyby jednoznacznie odebrane jako sukces.

Przypomnijcie sobie, co było, gdy Trzaskowski w połowie maja - jeszcze nieformalnie - dołączył do prezydenckiego wyścigu. Pierwsze sondaże dawały mu 10-15 proc. Zdawało się, że będzie mu niezwykle trudno naprawić szkody po Małgorzacie Kidawie-Błońskiej.

Zdawało się również, że będzie musiał walczyć nie tyle o zmniejszenie straty do prezydenta Dudy, co o samo wejście do II tury. Wówczas jeszcze notowania na podobnym poziomie mieli przecież Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz.

Taki komentarz napisałem 15 maja na Facebooku pod jednym z postów Michała Danielewskiego z oko.press:

Możemy mieć sytuację, że cała trójka - Trzaskowski, Kosiniak i Hołownia - zgarnie bardzo podobne poparcie i ten z nich, który wejdzie do II tury, będzie miał wynik rzędu 17-18 proc.

Taka różnica w I turze pomiędzy Dudą (ponad 40 proc.) a kandydatem opozycji (poniżej 20 proc.) może spowodować, że jakaś część wyborców opozycji uzna, że jest już pozamiatane i nie pójdzie zagłosować w II turze.


Gdyby ktoś wtedy powiedział Trzaskowskiemu, że jednak stłamsi Hołownię, zmiecie Kosiniaka, przekroczy 30 proc. i będzie miał 13 pkt proc. straty do Dudy... kandydat Koalicji Obywatelskiej zapewne w ogóle by się nie zastanawiał i wziąłby to w ciemno.

Teraz jednak słychać w szeroko pojętym obozie antypisowskim słychać marudzenie i narzekania. Prof. Wojciech Sadurski przypomniał nawet, że jego zdaniem opozycja powinna była wybrać wspólnego kandydata już na I turę, to rzekomo pozwoliłoby od razu pokonać Dudę.



Możliwe, że nastroje wśród krytyków obecnego rządu są takie, a nie inne, bo w niedzielę... za bardzo zasugerowali się cenami z tzw. bazarku.

(Dla niewtajemniczonych: to przecieki z wyników sondaży exit poll, przeprowadzanych przed lokalami wyborczymi, które jeszcze podczas ciszy wyborczej zaczynają krążyć po Twitterze - dla niepoznaki w postaci cen różnych produktów z targowiska)

Działy się tam bowiem - na bazarku - rzeczy dotąd niespotykane. Ceny budyniu po południu wynosiły zaledwie 37 zł. Dżem już wtedy kosztował 31 zł. Zaczęły się u nas w redakcji nawet spekulacje, czy może się zdarzyć, że na koniec dnia dżem będzie droższy od budyniu.

Tymczasem - jak się okazało - w bambuko zrobił nas koronawirus. Stan epidemii zmienił typowe zachowania wyborców.

To ludzie z miast tłumnie poszli głosować przed południem, zapewne z obawy przed kolejkami (które w efekcie i tak były), a mniejsze miasteczka i wsie dołączyły dopiero później. Czyli zupełnie odwrotnie niż bywało praktycznie w każdych poprzednich wyborach.



Dziś PKW podała już oficjalne, pełne wyniki I tury. Prezydent Andrzej Duda zdobył 43,5 proc. głosów. Rafał Trzaskowski - 30,5 proc.

Tego nie wymyśliłby nawet najlepszy bukmacher. Różnica przed II turą wynosi 13 pkt proc., czyli akurat tyle, że moim zdaniem nie da się wskazać faworyta. Gdyby była nieco wyższa - byłby nim Duda. Gdyby nieco mniejsza - byłby to Trzaskowski. A tak?...

Na początku tej wyborczej dogrywki jest dodatkowo całe mnóstwo niewiadomych, które mogą być kluczowe, jeśli myślimy już o głosowaniu 12 lipca:

- co zrobią wyborcy Hołowni, ilu z nich wesprze Trzaskowskiego, ilu zostanie w domu?

- jak podzielą się wyborcy Bosaka i czy okaże się prawdą, że tylko niewielka część poprze Dudę?

- jaka będzie frekwencja w II turze, ilu przybędzie nowych głosujących, i kto na tym zyska?

Teraz prawdziwy plebiscyt Trzaskowski vs PiS

Jedno z pewnością wiadomo już dziś. Tym razem to faktycznie będzie plebiscyt "za" czy "przeciw" rządom PiS.

Tak, wiem, słyszeliśmy o tym praktycznie co wybory. Takie były komentarze zaraz po wyborach samorządowych jesienią 2018 r. Takim plebiscytem miały być eurowybory w maju 2019 r. - wtedy nawet opozycja połączyła siły, by zwiększyć szanse na pokonanie PiS. I wreszcie decydującym plebiscytem nazywano zeszłoroczne wybory parlamentarne.

Tak naprawdę to jednak nie były żadne plebiscyty. Za każdym razem Zjednoczona Prawica szła jednym, zwartym blokiem, a sił opozycyjnych było ileś, przez co jej głosy się rozpraszały na kilka opcji.

Eurowybory? Poza Koalicją Europejską była Wiosna, która uszczknęła całkiem sporo, bo 6,1 proc. wyborców opozycji. Wybory do Sejmu? Tu Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL, tym razem idąc osobno, zgarnęły łącznie wyraźnie więcej niż PiS (a przecież weszła jeszcze Konfederacja), ale system proporcjonalny sprawił, że rządzący zachowali większość.

Nawet wybory do Senatu, w których opozycja zawarła pakt, nie do końca miały charakter plebiscytu. Tu i ówdzie zdarzali się dodatkowi kandydaci.

Już pewnie mało kto pamięta np., że opozycja miałaby prawdopodobnie 52 senatorów, gdyby nie sytuacja z Jeleniej Góry i okolic. Tam zgłosił się dodatkowo kandydat Polskiej Lewicy. I przy jego nazwisku przez pomyłkę wydrukowano... logo Lewicy. Efekt?



Było to później nawet przedmiotem protestu wyborczego. Z kolei w niektórych okręgach startowali kandydaci Konfederacji, zapewne podbierając głosy po trochu i rządzącym, i opozycji, ale to też zaburzało charakter plebiscytu.

Teraz - 12 lipca - żadnych "osób trzecich" już w tym plebiscycie nie będzie. To będzie wybór zerojedynkowy. Dwóch kandydatów - może pozostać tylko jeden.

Jeżeli opozycja faktycznie chce zatrzymać PiS w marszu po pełnię władzy, powstrzymać tę rewolucję, którą Kaczyński, Duda i spółka przeprowadzają od paru lat, przeciwko której było tyle krzyku i ulicznych protestów... to lepszej okazji już po prostu mieć nie będzie.

Prezydent Andrzej Duda niby pozostaje faworytem II tury. Jego sztabowcy nieoficjalnie mówią o 70 proc. szans na wygraną, zatem i oni dostrzegają, że sprawa jest otwarta. Prezydent jest mimo wszystko w sporym kłopocie. Z dwóch powodów.

Po pierwsze - już teraz Duda dostał blisko 8,5 mln głosów. To z jednej strony oczywiście wielki sukces, że ma tylu zagorzałych zwolenników, którzy poparli go już w I turze. Z drugiej strony - pojawia się pytanie, jakie Duda ma jeszcze "rezerwy" przed 12 lipca.

Jego wynik do złudzenia przypomina bowiem to, co Duda miał w II turze pięć lat temu (8,6 mln głosów), a także to, co miał PiS jesienią zeszłego roku w wyborach do Sejmu (8,0 mln głosów, lecz tu weźmy poprawkę na frekwencję, która w prezydenckich jest zawsze nieco wyższa - procentowo Duda i PiS zrobili niemal identyczne wyniki).

Wszystko wskazuje, że to po prostu stała baza wyborców PiS, która się nie zmienia i zawsze idzie na wybory bez względu na okoliczności. Przypomnijmy, że według sondaży ta grupa uważa Dudę wręcz za idealnego prezydenta, jest gotowa skoczyć za nim w ogień, albo zaryzykować zdrowie czy życie, by pójść na niego głosować nawet w szczycie epidemii.

Tak silnie zaangażowani wyborcy raczej nie zostali 28 czerwca w domu. Kto chciał zagłosować na prezydenta Dudę - zapewne już to zrobił w minioną niedzielę. I stąd właśnie pytanie o "rezerwy".



Po drugie - jak wiadomo, Duda ma bardzo wąskie pole manewru, jeśli chodzi o przechwycenie wyborców po innych kandydatach. To oczywiście efekt bezkompromisowych rządów PiS. Ta ekipa zdążyła się skłócić praktycznie ze wszystkimi, nawet z Konfederacją, której głosy bardzo by się teraz prezydentowi przydały.

Szczegółowe wyliczenia, na kogo może liczyć Duda, a na kogo Trzaskowski, przedstawię w osobnym wpisie. Jednak już na pierwszy rzut oka widać, że Trzaskowski odrobi w ten sposób sporą część straty.

Z prostych wyliczeń wynika, że - zakładając optymistycznie dla prezydenta frekwencję nie wyższą, tylko podobną jak w I turze - do zwycięstwa potrzeba będzie ponad 9,5 mln głosów. Czyli Duda musi zdobyć ponad milion nowych wyborców. Nie bardzo wiadomo skąd.

To oczywiście wcale nie znaczy, że strata Trzaskowskiego sama się odrobi. Zapewne z miejsca przechwyci niemal wszystkich wyborców Roberta Biedronia (a raczej tych, którzy nie przerzucili głosów na Trzaskowskiego już w I turze), większość Kosiniaka, sporo głosujących na Hołownię...

Tu się na chwilę zatrzymajmy. Hołownia zdobył 2,7 mln głosów. Jego wyborcy będą tu kluczowi. Z deklaracji sondażowych wynikałoby, że zdecydowana większość w II turze jest gotowa poprzeć Trzaskowskiego, ale pozostaje pytanie, ilu tylko tak mówi, a zostanie w domu.

Jeszcze większym problemem Trzaskowskiego jest to, czy uda mu się utrzymać wśród swoich zwolenników wiarę, że strata do Dudy jest możliwa do odrobienia. To paradoks.



Jak nietrudno było przewidzieć - jeszcze podczas wieczoru wyborczego zaczęły się umizgi do Hołowni, Bosaka, nawet do Kosiniaka i Biedronia. Tu nie ma się co dziwić. Zwłaszcza przy tak wyrównanym pojedynku każde 100 tys. głosów będzie na wagę złota.

Już to przerabialiśmy w poprzednich wyborach. Mieliśmy pięć lat temu kuriozalne referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, które zarządził prezydent Bronisław Komorowski, naiwnie licząc, że kupi tym wyborców Pawła Kukiza.

Mieliśmy w 2010 r. wszechobecne "gratuluję panu Napieralskiemu" i Jarosława Kaczyńskiego, który nagle stwierdził, że Edward Gierek to był "komunistyczny, ale jednak patriota", "chciał siły Polski", i tak w sumie - swój gość.

Teraz też będą się działy różne cuda. Z tego, co już usłyszeliśmy, wynikałoby, że gdyby prezydent Duda zrobił latarnika wyborczego, to na pierwszym miejscu wyskoczyłby mu Krzysztof Bosak.

Kandydat Konfederacji jest też podobno współautorem przygotowanego na kolanie, byle tylko coś mieć programu Trzaskowskiego - przynajmniej w części poświęconej gospodarce. Zaraz może się zresztą okazać, że nie tylko.

Tak w ogóle to Trzaskowski jest przecież niemal bezpartyjny, do Platformy Obywatelskiej to na siłę go wciągnęli, i jeszcze na złość zrobili wiceprzewodniczącym partii. A on tak naprawdę taki obywatelski. Prawie jak Hołownia. I zrealizuje wszystkie jego postulaty.

Nie zdziwmy się, jeśli za chwilę Trzaskowski oznajmi, że nigdy nie wprowadzi programu Menelowe Plus (jak wiadomo, Stanisław Żółtek zadeklarował, że na Dudę w życiu nie zagłosuje). Prezydent Duda zawsze może oznajmić, że bardzo ceni idee Pawła Tanajny, poza tym znają się już pięć lat - od poprzednich wyborów prezydenckich.

Tak, drodzy czytelnicy i widzowie, tak właśnie będzie przez najbliższe dwa tygodnie. Pierwsze sondaże II tury tylko potwierdziły, że szykuje się pojedynek na noże. I zapewne będzie jak w filmie "Na Noże".



Czyli trochę strasznie, trochę śmiesznie, ale przy tym jednocześnie śmiertelnie poważnie. Za to z pewnością ciekawie. Gra zaczyna się praktycznie od początku.