www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Przełożyć czy nie przełożyć? Oto jest pytanie... (na które prezes Kaczyński już zna odpowiedź)

24 marca 2020

Wybory prezydenckie 2020. Przełożyć czy nie przełożyć? Oto jest pytanie... (na które prezes Kaczyński już zna odpowiedź)

Wybory prezydenckie 2020 - Andrzej Duda - Małgorzata Kidawa-Błońska - koronawirus - epidemia

Jestem przekonany, że koniec końców wybory prezydenckie i tak odbędą się w innym terminie, a rządzący będą się bardzo wstydzić dzisiejszych wypowiedzi. Spróbujmy jednak przeanalizować najważniejsze "za" i "przeciw" wokół przekładania wyborów.

Mamy dziś 24 marca. To oznacza, że dokładnie za dwa miesiące - teoretycznie - powinna odbyć się II tura wyborów prezydenckich.

Oczywiście teoretycznie. Zupełnie niespodziewana ofensywa wirusa znanego pod trudną do zapamiętania nazwą SARS-CoV-2, a szerzej znanego po prostu jako koronawirus, wywróciła do góry nogami nie tylko porządek na polskiej scenie politycznej.

Mnożą się pytania. Zaczynając od "ile mamy nowych zakażeń?", przez "ilu ludzi straci pracę?" (dzisiejsza "Rzeczpospolita" podpowiada, że w pesymistycznym scenariuszu ponad milion), "co ze szkołami i egzaminami?" czy choćby "co z moimi wakacjami?"...

...a kończąc na niekoniecznie kluczowych w tej sytuacji - choć jeszcze niedawno wydawało się, że fundamentalnych - pytaniach o zbliżające się w Polsce wybory prezydenckie. Kampania zamarła. Kandydaci właściwie nie mogą nawet wychodzić z domów. Wyborcy zresztą też.

Tymczasem Jarosław Kaczyński, lider partii rządzącej, w miniony weekend wprawił w osłupienie całą Polskę. A przynajmniej tych ok. 70 proc. wyborców, którzy - jak pokazały już dwa sondaże - w obecnej sytuacji są za przełożeniem wyborów.



- Jestem przekonany, że w tej chwili nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby wprowadzić stan klęski żywiołowej, czyli ten - można powiedzieć - najsłabszy ze stanów nadzwyczajnych - powiedział Kaczyński. - A tylko wtedy wybory mogą być odłożone.

Zatem szkoły są zamknięte, urzędy pracują już nawet nie na pół, tylko bardziej na ćwierć gwizdka. Mnóstwo firm w ogóle nie może działać i zaraz zaczną zwalniać pracowników lub - ewentualnie - przestaną im wypłacać pensje.

Premier właśnie wprowadził de facto zakaz wychodzenia z domu. Dzień w dzień słyszymy, że mamy siedzieć w czterech ścianach, poczytać książki czy odpalić sobie Netflixa. Jak na moment wyskoczymy do sklepu - to kolejka ustawia się półtora metra od kasy.

Ale jeśli chodzi o wybory prezydenckie... To luzik! Zbierze się w kraju 27 tys. komisji, wyborcy jak gdyby nigdy nic - rzecz jasna świetnie zorientowani, kto kandyduje i co proponuje - pójdą zagłosować, później przeliczy się te głosy i poda wyniki. Czego nie rozumiecie?

Epidemia zatrzymała kampanię

To, co powiedział Kaczyński, jest o tyle zaskakujące, że jeszcze w poprzedni weekend ze strony obozu rządzącego padały nieco inne głosy. Co prawda ostrożnie, na miękko, ale padały. Choćby u Konrada Piaseckiego w "Kawie na ławę" w TVN24.

Sytuacja jest - rzecz jasna - bardzo specyficzna. Cała ta epidemia koronawirusa przerwała, a może i wywróciła do góry nogami kampanię przed niezwykle ważnymi wyborami prezydenckimi, które de facto utrwalą lub obalą rządy Zjednoczonej Prawicy.

To teraz jeszcze - dla odmiany - spróbujmy odłożyć polityczne sympatie i kalkulacje zupełnie na bok. I przyjrzyjmy się najistotniejszym "za" i "przeciw" przekładaniu wyborów.

Już z pewnością wyczuliście, że osobiście jestem jak najbardziej za ich przełożeniem, jednak przekornie zacznę od wyliczenia argumentów za głosowaniem zgodnie z planem 10 maja.

DLACZEGO WYBORY POWINNY SIĘ ODBYĆ 10 MAJA?

1. Tak wynika - przynajmniej na tę chwilę - z konstytucji i kodeksu wyborczego. Bardzo łatwo rzucić hasło "przełóżmy wybory!", ale prawda jest taka, że wybory i ich szczegółowy terminarz zostały już ogłoszone. Zdążyła ruszyć kampania.

Przełożenie wyborów w tak zaawansowanej fazie nie może nastąpić na pstryknięcie palcami. Tak właściwie może nastąpić tylko w jednej szczególnej sytuacji - wprowadzenia któregoś z tzw. stanów nadzwyczajnych.

Jak wiadomo, na tę chwilę rządzący żadnego z nich nie wprowadzili i z ich zapowiedzi nie wynika, by się na to zanosiło. Czy słusznie? - do tego jeszcze zaraz wrócimy. Jednak bez takiej decyzji wyborów - trzymając się przepisów - przełożyć po prostu się nie da.

2. Przełożenie wyborów niebezpieczną furtką na przyszłość. No dobra, dziś przełożymy wybory, bo szaleje wirus. To może być niebezpieczny precedens. Taka furtka, z której kiedyś skorzysta ta czy inna władza, gdy czas - inaczej niż dziś - będzie grał na jej korzyść.

Jest jakaś afera z udziałem rządu i notowania spadają? Zróbmy stan wyjątkowy, przełóżmy wybory, poczekajmy, aż się sytuacja uspokoi. Wzrosło bezrobocie? No, Polacy nie będą teraz mieli głowy do wyborów, przesuńmy je!

Kiedy grunt pali się pod nogami - politykom do głów przychodzą różne pomysły. Przypomnijcie sobie tylko, kto i po co last minute zmieniał ordynację wyborczą w 2001 r., zmieniając metodę podziału mandatów z d'Hondta na zmodyfikowaną Sainte-Lague.

3. Stan nadzwyczajny to ograniczenie swobód. To całkiem zabawne, że nagle o konieczności przestrzegania swobód obywatelskich postanowił przypomnieć właśnie Jarosław Kaczyński, jednak... paradoksalnie może mieć sporo racji.

Weźmy ten stan klęski żywiołowej. Szczegóły ustawy mówią m.in. o możliwości "zawieszenia działalności określonych przedsiębiorców", "wykorzystania, bez zgody właściciela (...), nieruchomości i rzeczy ruchomych" czy wreszcie "obowiązku opróżnienia lub zabezpieczenia lokali mieszkalnych".

Kto wie, czy wprowadzenie któregoś ze stanów nadzwyczajnych - obok przesunięcia wyborów prezydenckich - nie przyniosłoby przy okazji szeregu innych posunięć, które zwolennikom liberalnej demokracji spodobałyby się już znacznie mniej.

4. Nie wiemy, kiedy będzie lepiej, i o ile lepiej. Może to wszystko szybko minie i latem o akcji #zostanwdomu czy masowych kwarantannach mało kto będzie pamiętał. A może nie.

Przeczytałem dziś o prognozach firmy ExMetrix, że szczyt epidemii w Polsce może nadejść około 20 kwietnia, jednak w obecnej sytuacji to trochę wróżenie z fusów.

Wyobraźmy sobie, że w kwietniu rząd wprowadza stan klęski żywiołowej na 30 dni. Wówczas wybory najwcześniej mogłyby się odbyć w sierpniu. A jeśli - po ich ponownym zarządzeniu - nastąpi np. druga fala epidemii? Albo - odpukać - sytuacja rozwinie się tak jak we Włoszech czy w Hiszpanii? Co wtedy? Mimo wszystko robimy wybory, czy wprowadzamy kolejny stan nadzwyczajny, i tak do skutku?

5. Przedłużona kadencja prezydenta Andrzeja Dudy. Ten argument dość populistycznie podnosi... środowisko samego prezydenta. Jednak nie ma wątpliwości, że w normalnych okolicznościach jakiekolwiek przesuwanie wyborów byłoby odebrane właśnie jako próba sztucznego przedłużenia kadencji PAD.

Ta kadencja - przypomnijmy - kończy się 6 sierpnia. Zwykle wybory odbywały się z dużym wyprzedzeniem. Co gdyby tym razem odbyły się później? Zgodnie z konstytucją, w razie któregoś ze stanów nadzwyczajnych, kadencje "ulegają odpowiedniemu przedłużeniu".

Dziś mało kto o tym myśli, ale rządzący zyskaliby dodatkowych kilka miesięcy na przepchnięcie różnych ustaw, z którymi nie mieliby szans przy opozycyjnym prezydencie. Z punktu widzenia przepisów byłoby to absolutnie lege artis. Z etycznego punktu widzenia - już niekoniecznie.

Oczywiście o ile w epoce "pokoronawirusowej" Kaczyński, Morawiecki i spółka będą jeszcze mieli głowę do reformy sądownictwa czy mediów...

--

DLACZEGO WYBORY NIE POWINNY ODBYĆ SIĘ 10 MAJA I NALEŻY JE PRZEŁOŻYĆ?

1. Kandydaci - poza jednym - nie mogą prowadzić kampanii. Jasne, prezes Kaczyński może opowiadać jakieś banialuki, że najbardziej poszkodowanym z powodu zamrożenia kampanii jest rzekomo sam Andrzej Duda, ale to ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Prezydent sumiennie wypełnia swoje obowiązki robi sobie kampanię, doglądając w Orlenie produkcji płynu do dezynfekcji, a nawet ogłaszając korzystne dla przedsiębiorców zmiany w rządowym (sic!) projekcie tzw. tarczy antykryzysowej.

Już przed epidemią Duda miał niezłe fory w mediach publicznych. Teraz pozostałych kandydatów w ogóle nie ma. Zniknęli z mediów, nie mogą jeździć po Polsce, robić spotkań ani - w kontekście zagrożenia wirusem - szczegółowo mówić o programie.

To już odbija się na sondażach. Przed nadejściem epidemii pojedynki prezydenta z kandydatami opozycji w II turze były na styk. Teraz Duda znów ma około 10 pkt. proc. przewagi.

2. Zagrożenie zdrowia i życia wyborców oraz ludzi z komisji. Jest w tym jakiś perwersyjny brak logiki, gdy rządy kolejnych krajów - w tym nasz - de facto zakazują wychodzenia z domu, odwoływane są imprezy zaplanowane dopiero na lato (m.in. igrzyska olimpijskie i Euro 2020)...

...a jednocześnie słyszymy zapewnienia, że wyborów wcale nie trzeba przesuwać, bo przecież do 10 maja wszystko się może jeszcze uspokoić. Jasne - potencjalnie może. Ale wcale nie musi.

Przed tygodniem Francja przeprowadziła wybory samorządowe. Już wiadomo, że wirusa złapało kilkoro ludzi, którzy zasiadali w komisjach. Przypadek? Nie sądzę. Dodajmy, że Francuzi przełożyli II turę głosowania, a majowe wybory prezydenckie odwołano w Boliwii.

3. Zapowiada się bardzo niska frekwencja. Z sondażu United Surveys dla RMF FM i Dziennika Gazety Prawnej wynikało nie tylko to, że ponad 70 proc. Polaków jest za przełożeniem wyborów, ale coś jeszcze.

Zaledwie 39,5 proc. zadeklarowało udział w wyborach! Co prawda pytanie brzmiało, czy poszliby głosować, gdyby wybory odbywały się już w najbliższą niedzielę (a nie 10 maja).

To jednak pokazuje, jak może wyglądać frekwencja, jeśli faktycznie wybory odbędą się w obliczu zagrożenia epidemią. I to nawet gdyby jej szczyt w maju był już za nami. Dla porównania: zaledwie tydzień wcześniej, jeszcze przed wprowadzeniem różnych ograniczeń, w sondażu Kantar udział w wyborach deklarowało aż 74 proc. uczestników badania.

4. Może zabraknąć chętnych do pracy w komisjach. Kto wie, czy to nie będzie właśnie gwóźdź do trumny z pomysłem, by głosowanie 10 maja jednak przeprowadzić. Cała sprawa może się rozbić o organizacyjne przygotowanie wyborów.

Już w poprzednich latach bywały z tym kłopoty. Potrzeba kilkuset tysięcy ludzi do pracy w 27 tys. komisjach w całym kraju. Tym razem taka robota dodatkowo będzie groziła zarażeniem się wirusem od któregoś z wyborców lub pozostałych członków komisji.

Z tego powodu trudniej będzie zrobić taką akcję jak ze strażakami i leśnikami w komisjach egzaminacyjnych podczas strajku nauczycieli. Poza tym dla komisji trzeba zrobić szkolenia, przygotować lokale wyborcze, a po zakończeniu głosowania policzyć głosy... Tego wszystkiego online zrobić się po prostu nie da.

5. Wyniki wyborów przeprowadzonych 10 maja będzie można podważać. Mamy już pierwszy taki sygnał. Sąd Najwyższy przyznał rację Sławomirowi Grzywie, kandydatowi, który poskarżył się, że nie miał jak zebrać tysiąc podpisów w celu rejestracji komitetu.

Co jeśli ktoś nie zbierze 100 tys. podpisów na pustych ulicach? Co jeśli ktoś poskarży się, że nie mógł zaprezentować programu, bo zakazano spotkań? Co jeśli ktoś zacznie podważać wyniki, bo jakaś grupa wyborców - gotowych na niego zagłosować - z obawy o zdrowie została w domach?

6. Co z wyborcami objętymi kwarantanną? Dziś to grupa ok. 60 tys. ludzi (i to nie licząc tych wracających z zagranicy). Jeśli nawet w maju będzie już po największej fali zachorowań - zapewne nadal będzie to całkiem spora grupa. Nie można ich pozbawić czynnego prawa wyborczego.

Ciekawy tekst, co z tym fantem zrobić, zamieścił ostatnio portal Bezprawnik.pl. I wskazał kilka opcji. Można przywrócić głosowanie korespondencyjne, tylko co z tymi, którzy do kwarantanny trafią tuż przed wyborami, np. już w ciszy wyborczej?

To może głosowanie przez internet? Albo przez specjalną aplikację zrobioną właśnie dla ludzi w kwarantannie? Tyle że część z nich to ludzie w starszym wieku. Dochodzi też problem, co z weryfikacją tożsamości.

7. Jeśli to nie jest stan nadzwyczajny... to kiedy będzie? Jeśli czegoś nie przeoczyłem (a chyba byłoby trudno) - żadnego z trzech stanów wyjątkowych przewidzianych w konstytucji z 1997 r. nigdy dotąd w Polsce nie wprowadzono.

Taka okazja nadarzyła się zresztą zaraz po uchwaleniu konstytucji - ale jeszcze zanim weszła w życie. Podczas tzw. powodzi tysiąclecia latem 1997 r. sytuacja pod niektórymi względami przypominała tę dzisiejszą.

Premier Włodzimierz Cimoszewicz zasłynął wtedy stwierdzeniem, że "trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać", zaś w sejmie tak komentował postulaty wprowadzenia stanu wyjątkowego:

- Uznałem, że nie ma takiej potrzeby, dlatego że wprowadzenie stanu wyjątkowego nie dawałoby rządowi prawa uruchamiania dodatkowych środków na walkę z powodzią ani też w praktyce nie zwiększyłoby uprawnień służb i ogniw niosących pomoc zagrożonym i poszkodowanym.

Potem Cimoszewicz wspomniał jeszcze coś o niepotrzebnym ograniczeniu swobód obywatelskich. Dziś dokładnie te same argumenty powtarza Jarosław Kaczyński, a minister rozwoju Jadwiga Emilewicz mówi tracącym pracę lub dochody ludziom na tzw. śmieciówkach, że "warto się ubezpieczać".

Jest jednak istotna różnica. Tym razem kryzysowa sytuacja dotyka bez mała całej Polski. W całym kraju w szpitalach trwa walka z epidemią, są ludzie objęci izolacją i zakaz zgromadzeń, zaraz też w całym kraju zaczną padać firmy dotknięte przestojem.

Jeśli dziś to wszystko nie wystarcza do wprowadzenia stanu wyjątkowego czy klęski żywiołowej - to czy kiedykolwiek będzie?

I uprzedzając pytania... Szczegółowa ustawa o stanie klęski żywiołowej z 2002 r., do której odsyła konstytucja, mówi tak:

Art. 2. Stan klęski żywiołowej może być wprowadzony dla zapobieżenia skutkom katastrof naturalnych lub awarii technicznych noszących znamiona klęski żywiołowej oraz w celu ich usunięcia. (...)

Art. 3. Ilekroć w ustawie jest mowa o: (...)

2) katastrofie naturalnej – rozumie się przez to zdarzenie związane z działaniem sił natury, w szczególności (...) masowe występowanie szkodników, chorób roślin lub zwierząt albo chorób zakaźnych ludzi albo też działanie innego żywiołu


To tyle, jeśli chodzi o przekonywanie, że nie ma dziś żadnych podstaw do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej.

A gdyby koronawirus zaatakował pięć lat wcześniej?

Za każdym razem, gdy ktoś z obozu władzy broni pomysłu przeprowadzania wyborów 10 maja, cała opozycja z kolei wyje z oburzenia i mówi nie tylko o nierównych szansach, ale też o narażaniu zdrowia i życia wyborców.

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak mówi wręcz o "zbrodni na Polakach". Były premier Donald Tusk zasugerował w TVN24, że jeśli wybory faktycznie będą 10 maja, to on z obawy o zdrowie nie pójdzie głosować.

To teraz powiedzmy głośno to, czego nikt z obozu rządzącego oczywiście głośno nie powie, bo nie wypada:

Prezydent Andrzej Duda i politycy PiS bronią terminu 10 maja jak niepodległości, bo doskonale wiedzą, że dzięki epidemii Duda odbił się w sondażach i ma większe szanse na zwycięstwo niż w razie przesunięcia wyborów. Niecodzienna sytuacja unieszkodliwiła jego rywali.

A teraz kilka słów o kandydatach z opozycji. Tak, zapewne żaden z nich też nie przyzna wprost, że:

Kontrkandydaci Dudy nie chcą wyborów 10 maja, bo wiedzą dokładnie to samo, czyli że z powodu epidemii ich szanse na pokonanie Dudy zdecydowanie spadły. Przesunięcie wyborów przywróci im nadzieję na zmobilizowanie przeciwników PiS i wygranie wyborów - zwłaszcza że na niekorzyść rządzących będzie działać nadciągający kryzys gospodarczy.

Tak jest moim zdaniem prawda, a cała ta troska opozycji o zdrowie wyborców, czy tym bardziej nagła troska Kaczyńskiego o przestrzeganie konstytucji (ha, ha, ha!) i zachowanie swobód obywatelskich (ha, ha, ha, ha!) to raczej preteksty, by przekonać do korzystnego dla siebie rozwiązania.

Jeśli zaliczacie się do sympatyków jednych czy drugich i zaraz zaczniecie krzyczeć, że to wcale nie tak, że przecież "nasi" w życiu nie mogliby być tak cyniczni i wyrachowani...

To cofnijmy się na moment w czasie. I wyobraźmy sobie, że koronawirus atakuje świat nie wiosną 2020 r., tylko na przełomie kwietnia i maja 2015 r.

Czyli w sytuacji, gdy Andrzej Duda zaczyna doganiać w sondażach prezydenta Bronisława Komorowskiego, zupełnie niespodziewanie zyskując szansę na zwycięstwo w wyborach. Bez którego - jak się szybko okaże - żadna tzw. dobra zmiana nie byłaby potem możliwa.

Groźny wirus z Chin zatrzymuje kampanię. Prezydent Komorowski nie będzie już zaliczać kolejnych wpadek, nie powie na ulicy, że trzeba "wziąć kredyt i zmienić pracę". Duda nie zrobi już żadnego spotkania z wyborcami. Nie zrobi finałowej konwencji, na którego jego żona mogłaby powiedzieć, że nie boi się prezesa Kaczyńskiego.

Czy i wtedy, sympatyku PiS, oburzałbyś się już na sam pomysł przekładania wyborów na później? Czy widząc słabnącego Komorowskiego, nie przeszłoby Ci przez myśl, że za parę miesięcy Duda może go po prostu zmiażdżyć?

Czy i wtedy, sympatyku Kidawy, Kosiniaka czy Biedronia, tak jednoznacznie uważałbyś, że wybory nie powinny się odbyć tu i teraz? Czy - wiedząc już dziś, co tak naprawdę oznacza zwycięstwo Dudy - nie przekonywałbyś, że jednak lepszy ten 10 maja, bo później Komorowski może przegrać?

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zwłaszcza w polityce.

Jestem przekonany, że koniec końców wybory i tak zostaną przełożone, zaś politycy PiS dzisiejszych wypowiedzi w obronie 10 maja będą się wypierać lub bardzo wstydzić. Zapewne usłyszymy, że oni tak naprawdę od początku byli za przesunięciem wyborów, nigdy tego nie wykluczali, tylko chcieli zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja. Bla, bla, bla.

Cała ta sytuacja pokazuje jedną ważną rzecz. Rządzący są zdesperowani, by wybory przeprowadzić w maju, bo realnie boją się utraty pałacu prezydenckiego.

Także opozycja - tak usilnie domagając się przesunięcia wyborów - dowodzi, że przed epidemią poczuła krew. I po słabych dla Dudy sondażach dostrzegła wyraźną szansę na zwycięstwo. Teraz, w obliczu niecodziennej sytuacji, po prostu nie chce wypuścić jej z rąk.