www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2018. Prezydent Jacek Jaśkowiak ma absolutorium, ale hucznego balu z tej okazji nie będzie...

6 czerwca 2018

Wybory 2018. Prezydent Jacek Jaśkowiak ma absolutorium, ale hucznego balu z tej okazji nie będzie...

Poznań - wybory 2018 - Jacek Jaśkowiak - Klaudia Strzelecka - PiS - PO - absolutorium

Koalicja PO i Zjednoczonej Lewicy pozytywnie oceniła Jacka Jaśkowiaka. Zdecydowanie bardziej, niż dyskusje o miejskich pieniądzach, zapamiętamy jednak żałosne przepychanki i nieczyste zagrywki - także ze strony opozycji.

Wyobraźmy sobie, że Jacek Jaśkowiak – jak już kiedyś nie będzie prezydentem Poznania – zamiast pracować na swoim, przypadkiem postanawia zatrudnić się u kogoś tak jak przed laty u Jana Kulczyka.

Przygotuje CV, napisze list motywacyjny, a na rozmowę weźmie dyplomy ukończenia studiów, świadectwo pracy prezydenta Poznania, wyróżnienia, jakie w tej roli otrzymał, zaświadczenie o absolutorium za 2017 r. od rady miasta...

Zaraz! Wróć! Tego ostatniego dokumentu Jacek Jaśkowiak raczej nie weźmie. Już prędzej schowa głęboko do szuflady. Prezydent dostał bowiem ten papier w takim stylu, w takich okolicznościach, że przyznać się do niego to wręcz obciach.

To niby powinna być tylko symboliczna ocena. Żadne tam „być albo nie być” prezydenta. Tyle teoria, bo tym razem górę wzięła „nerwowość roku wyborczego”, i poważna – z pozoru – dyskusja o miejskich pieniądzach zamieniła się w groteskę.

Absolutorium dla Jaśkowiaka w czterech aktach

Przypomnijmy, że rada miasta udzielając (lub nie) prezydentowi absolutorium, powinna oceniać po prostu wykonanie miejskiego budżetu za poprzedni, w tym przypadku 2017 rok.

To był jednak dramat w kilku aktach. Prześledźmy po kolei, co się działo, zaczynając od komisji rewizyjnej, która zgodnie z przepisami powinna przygotować wniosek w sprawie absolutorium…

1. Część radnych koalicji PO i Zjednoczonej Lewicy, choć mają większość głosów w komisji rewizyjnej, spóźniła się na posiedzenie. Dzień wcześniej z kolei zerwały kworum w trakcie posiedzenia.

2. Przewodnicząca komisji Klaudia Strzelecka z opozycyjnego PiS zarządziła głosowanie nad wnioskiem o nieudzielenie absolutorium.

3. Taki wniosek przeszedł przez komisję, ku zaskoczeniu i oburzeniu radnych koalicji, przez co temat zdominował także wtorkową sesję rady miasta w sprawie absolutorium.

4. Szef rady miasta Grzegorz Ganowicz z PO zwykłą poprawką zmienił tytuł projektu na taki, w którym radni udzielają absolutorium prezydentowi, dzięki czemu koalicja mogła zagłosować „za”.

Dobrze, to była wersja dla naiwnych idealistów, którzy wierzą w uczciwe pobudki radnych. Teraz spróbujmy obedrzeć tę sekwencję zdarzeń z grubych warstw obłudy i przedstawić prawdziwy przebieg zdarzeń z rzeczywistymi intencjami:

1. Radne koalicji z komisji rewizyjnej zapewne podeszły do sprawy na zasadzie: luzik, mamy większość głosów tu i w radzie miasta, nic złego nie może się stać.

2. Przewodnicząca komisji Klaudia Strzelecka bardzo chciała przeforsować coś przeciwko prezydentowi. Zrobiła to nagle, korzystając z nieobecności radnych koalicji, bo doskonale wiedziała, że w normalnych okolicznościach taki wniosek nigdy nie przejdzie w głosowaniu.

3. Radne koalicji wykorzystały sytuację, by zrobić z siebie ofiary, zaczęły natychmiast mówić o „fortelu”, o „białoruskich standardach”, porównywać zagrywkę Strzeleckiej do słynnego głosowania budżetu w sali kolumnowej sejmu.

4. Szef rady miasta Grzegorz Ganowicz postanowił obejść dotychczas przyjętą praktykę, że radni głosują nad wnioskiem komisji rewizyjnej, bo inaczej rada mogłaby co najwyżej odrzucić projekt Strzeleckiej i prezydent zostałby mimo wszystko bez absolutorium. Prawdopodobnie Platforma doszła do wniosku, że będzie to źle wyglądało.

Dyskusja o fortelach i znudzonych minach

Wszystko wskazuje, że radni PiS – próbując za wszelką cenę obnażyć różne słabości w realizacji budżetu – jednak przelicytowali. Zamiast na Jaśkowiaku dyskusja skupiła się na Strzeleckiej. I na jej dość perfidnej, nazwijmy to wprost, zagrywce.



Tak przy okazji ciekawe, czy Klaudia Strzelecka pamięta takie jedno głosowanie w komisji ustawodawczej Sejmu w samym środku burzy wokół Trybunału Konstytucyjnego, i czy pamięta, że szef komisji Marek Ast zarządził wtedy reasumpcję głosowania, nie chcąc pozwolić opozycji na przegłosowanie PiS.

Tu, w Poznaniu, żadnej reasumpcji oczywiście nie było.

- Pani straciła w moich oczach wszystko. Zastosowała pani fortel, pułapkę, chciała pani zaistnieć. Tak naprawdę nie powinno być. Dotąd pracowaliśmy razem… - irytowała się Halina Owsianna, radna Zjednoczonej Lewicy.

Radny PO Tomasz Lipiński też mówił o „kompromitacji” szefowej komisji rewizyjnej. Jej wniosek nazwał „gniotem niewartym dalszej dyskusji”. Doszło nawet do tego, że Lipiński chwalił… Szymona Szynkowskiego vel Sęka, byłego szefa klubu PiS i poprzednika Strzeleckiej w komisji.

Zawsze robił wszystko, by wykazać, że absolutorium się prezydentowi nie należy. To były oczywiście wnioski czysto polityczne. Ale przynajmniej dobrze przygotowane

Radny PO Tomasz Lipiński



Radne opozycji ripostowały, że panie z koalicji są same sobie winne, trzeba było się nie spóźniać, nie zrywać kworum i ogólnie nie olewać prac w komisji. Szefowa radnych Poznańskiego Ruchu Obywatelskiego Joanna Frankiewicz zarzuciła im nawet, że… siedziały znudzone na posiedzeniach i nie angażowały się w dyskusję.

A już prawdziwym hitem było, jak Małgorzata Dudzic-Biskupska z PO zaczęła kpić z tego, że Klaudii Strzeleckiej podczas posiedzeń komisji pomagał społeczny asystent. Zupełnie jakby było to coś złego.

Tak właśnie, drodzy państwo, wyglądała w dużej mierze dyskusja o tym, jak Poznań w zeszłym roku wydał 3,5 mld zł z miejskiego budżetu!

Domniemanie niewinności Jaśkowiaka

Jeśli z merytorycznych uwag i zarzutów coś się przebiło, to głównie to, że miasto wydało na inwestycje mniej kasy niż zaplanowało (zarzut stary jak sama komisja rewizyjna i powtarzający się co roku) oraz że za szybko rosną tzw. wydatki bieżące (to akurat pewna nowość).

Te zarzuty okazały się zresztą o tyle trafne, że urzędnicy i radni koalicji faktycznie zaczęli się gęsto tłumaczyć, m.in. sytuacją na rynku budowlanym czy cyklem unijnych dotacji.

Jednym z częściej przytaczanych argumentów był ten, że absolutorium powinno być oceną tylko wykonania budżetu z 2017 r., więc… nie należy w ogóle go porównywać do poprzednich lat.

To świadczy tylko o tym, że Platforma i Zjednoczona Lewica same zdają sobie sprawę, że trend i porównanie kilku lat z rzędu – choćby pod względem wydatków na inwestycje – nie wypadają dla Jacka Jaśkowiaka szczególnie korzystnie.



Mimo wszystko było bardzo daleko do wrażenia, by prezydent Jaśkowiak był w jakikolwiek sposób przyparty do muru, a Poznań pod jego rządami był w ruinie.

Politycy PiS są zresztą sami sobie winni. Wytoczyli najcięższą artylerię, żądając, by nie udzielać mu absolutorium. Nic dziwnego, że w tej sytuacji zaplecze Jaśkowiaka skupiło się na wykazywaniu, że wcale nie jest tak źle.

Może nie wydał 100 proc. kwot na inwestycje… ale jednak 500 mln zł wydał. Może nie zbudował tramwaju na Naramowice – ale zaczął prace i ogłosił przetarg. Może wydatki rosną w szybkim tempie, ale to przecież rzeczy dla ludzi, jak dofinansowania do żłobków.

Tyle wystarczyło, by odeprzeć sugestie opozycji, że Poznań się sypie, a prezydent Jaśkowiak nie zasługuje na absolutorium. Zadziałało swoiste domniemanie niewinności.

Misterny plan z poprawką

Jednak wniosek komisji rewizyjnej przeciw Jaśkowiakowi pozostał. A wniosku za absolutorium – który też mogłaby zgłosić jedynie komisja rewizyjna – brak. Co z tym fantem zrobić?

Jeszcze w poniedziałek słyszałem, że Platforma szykuje jakiś misterny plan, nikt nie chciał zdradzić szczegółów, zupełnie jakby to miała być jakaś operacja Overlord.

Tymczasem ten tajny plan ostatecznie polegał na… zgłoszeniu poprawki zmieniającej tytuł uchwały. Z „nieudzielenia absolutorium” zrobiło się „udzielenie absolutorium”. No, doprawdy, finezja niczym w zawodach łyżwiarstwa figurowego na igrzyskach...

Radni PiS – a konkretnie Artur Różański oraz znający statut miasta niemal na pamięć Przemysław Alexandrowicz – zaczęli protestować, że to niezgodne z przepisami i przyjętymi dotąd procedurami.

To swoją drogą bardzo ciekawe, że takie argumenty podnoszą właśnie politycy PiS. Jakoś nie przeszkadzało im obchodzenie procedur, gdy ich koledzy posłowie np. unieważniali wybór sędziów Trybunału Konstytucyjnego, albo gdy zwykłą ustawą postanowili przerwać zapisaną w konstytucji kadencję szefowej Sądu Najwyższego.



Trzeba oddać Platformie, że całkiem dobrze się do tej akcji przygotowała, bo Grzegorz Ganowicz w odpowiedzi na protesty wyciągnął asa z rękawa stosowne wyroki sądów administracyjnych w podobnych sprawach.

Jednak wrażenie pozostało fatalne. Politycy PO, chcąc za wszelką cenę przeforsować absolutorium dla swojego prezydenta (który przecież podobno tak świetnie rządzi!), musieli sami posuwać się do takiej proceduralnej sztuczki.

Szef klubu PiS Artur Różański słusznie zwracał uwagę, że to „niebezpieczna furtka”, bo teraz podobnymi poprawkami będzie można zmienić o 180 st. znaczenie niemal każdej uchwały. I to tuż przed samym głosowaniem.

Pozostaje też pytanie, po co w tej sytuacji cała ta szopka z licznymi posiedzeniami komisji rewizyjnej, z odpytywaniem urzędników, skoro treść uchwały i tak może być ustalana dopiero na sesji.

Przyznam, że nie mam pojęcia, po co Platforma zdecydowała się na tę zagrywkę. Można było po prostu odrzucić propozycję nieudzielenia absolutorium i mieć spokój. Tak jak to się stało już w 2015 r. Prezydentowi Jaśkowiakowi korona z głowy by z tego powodu nie spadła.

Przypuszczam, że wojewoda Zbigniew Hoffmann kipi ze złości, że akurat sprawa absolutorium nie podlega jego nadzorowi, bo przy takim trybie przepchnięcia uchwały z pewnością uwaliłby ją w trybie natychmiastowym. Zobaczymy, jak to sprawy podejdzie regionalna izba obrachunkowa, bo to ona powinna teraz ocenić uchwałę w sprawie absolutorium dla Jaśkowiaka.

Coroczny cyrk z absolutorium

Kandydat na prezydenta Jarosław Pucek skwitował na Twitterze, że „wokół sprawy absolutorium zawsze odbywały się cyrki”. No, na przykład w 2013 r., kiedy radni – walcząc o absolutorium dla jego pryncypała Ryszarda Grobelnego – musieli ściągać na komisję rewizyjną radną Dominikę Król w zaawansowanej ciąży.

Ale faktycznie. Sprawa absolutorium, która teoretycznie powinna być recenzją i takim symbolicznym wotum zaufania dla prezydenta, akurat w Poznaniu z roku na rok staje się coraz większym pośmiewiskiem.

Rok 2015
Kuriozalna sytuacja. Rada miasta głosuje nad absolutorium dla Jacka Jaśkowiaka, choć w praktyce głosowanie dotyczy budżetu miasta z 2014 r., kiedy rządził jeszcze Ryszard Grobelny.

Pojawia się pomysł, by nie udzielić absolutorium, i w ten sposób symbolicznie dokonać „symbolicznej recenzji” końcówki rządów Grobelnego. Jednak ostatecznie PO nie głosuje ani za, ani przeciw, sprawa pozostaje nierozstrzygnięta.

Rok 2016
Tu już głosowanie dotyczy okresu rządów Jaśkowiaka. Ale budżet na 2015 r., który podlega ocenie, układał mu przecież nie kto inny jak… Ryszard Grobelny. I głównie tym PO tłumaczy różne kłopoty z jego realizacją.

Rok 2017
To tak naprawdę jedyny rok w całej kadencji, kiedy ocena dotyczyła zarówno rządów urzędującego prezydenta jak i jego autorskiego budżetu, a na horyzoncie nie ma wyborów. Prezydent Jaśkowiak, mimo krytyki ze strony opozycji, absolutorium dostaje.

Rok 2018
Tu już idą wybory – dlatego mają miejsce opisane wyżej cyrki.

To pokazuje też, jak chora i nieprzystosowana do realiów jest sama instytucja absolutorium, przynajmniej w dotychczasowej formie.

Co to w ogóle za pomysł, żeby nowy prezydent tuż po wygranych wyborach dostawał ocenę za to, jak pieniądze wydawał jego poprzednik? I żeby jeszcze musiał się z tego tłumaczyć przed radnymi? Z których część to zresztą także zupełnie nowi radni.

Dodajmy, że absolutorium tak właściwie dotyczy tylko wykonania budżetu (a nie tego co się w nim znalazło), co przy obecnej sile przebicia prezydenta też jest dość absurdalne.

To prezydent przedstawia radnym projekt budżetu. Co prawda radni mogą go zmieniać poprawkami, ale – umówmy się – to są w gruncie rzeczy kosmetyczne zmiany i nie zdarza się, by wywrócili projekt prezydenta do góry nogami.

Potem mogą więc oceniać jedynie to, czy prezydent dobrze zrealizował to, co w większości wcześniej sam zaproponował.

Sprawa absolutorium w założeniu miała pewnie zapobiegać np. takim sytuacjom, gdy rada miasta przeforsowuje coś w budżecie z własnej inicjatywy, by prezydentowi tego nie lekceważył, tylko wykonywał to nawet wbrew własnej woli.

Jak to działa w praktyce? Wystarczy przypomnieć poprawkę dotyczącą budowy słynnego przejścia przez ul. Matyi przy dworcu, którą radni przeforsowali w budżecie miasta na 2014 r. wbrew prezydentowi Grobelnemu, a ten… od razu i bez zbędnych ceregieli zapowiedział, że ją oleje.

I tak też oczywiście zrobił.

Jezu, jak dobrze, że zmieniły się przepisy i za rok całej tej szopce z absolutorium dla Jacka Jaśkowiaka – lub jego następcy – będzie towarzyszyć zupełnie nowa debata o stanie miasta. A urzędnicy będą musieli przygotować na ten temat cały raport.

Jest szansa, że wtedy na dalszy plan zejdą proceduralne, niemerytoryczne przepychanki, takie jak głosowanie z zaskoczenia, zrywanie kworum na komisji, wypominanie „znudzonych min” czy poprawki last minute do uchwały całkowicie zmieniające jej sens.

Seweryn Lipoński / 6 czerwca 2018