Poznań Spoza Kamery » Lech ograł miasto z nazwą stadionu. Do zera. Prezydent nie widzi żadnego problemu

18 czerwca 2013,

Lech ograł miasto z nazwą stadionu. Do zera. Prezydent nie widzi żadnego problemu

Poznań - Ryszard Grobelny - Lech Poznań - Inea - stadion - operator

Awantura wokół Inea Stadion (tego chyba się nie odmienia?) rozwija się w dziwnym kierunku. Mam wrażenie, że w dociekaniu, co prezydent Ryszard Grobelny wiedział i z kim pomagał negocjować, gubimy meritum sprawy.

Ale po kolei. Niezorientowanym krótko wyjaśnię, że chodzi o dwa wydarzenia wokół stadionu w Poznaniu – tego zbudowanego za 753 mln zł. Oba te wydarzenia nastąpiły w odstępie trzech tygodni, co niektórzy nazywają „dziwną koincydencją”.



Najpierw urzędnicy zmienili umowę z operatorem stadionu, czyli Lechem Poznań i spółką Marcelin Management. Żeby była jasność: aneksu nie podpisał sam prezydent, tylko szef POSiR, ale oczywiście za przyzwoleniem, czy wręcz z polecenia prezydenta.

Zmiana umowy wywołała duże kontrowersje. Największy dym był wokół obniżki czynszu dla miasta z 3,1 mln zł do zaledwie 600 tys. zł rocznie. O pozostałych upustach – niemal pełna rezygnacja z prowizji od sprzedaży biletów i całkowita z prowizji od sprzedaży nazwy obiektu – mówiło się znacznie mniej.

Ale… do czasu. Oto niedługo po tych negocjacjach operator sprzedał nazwę firmie Inea. I oczywiście – dzięki zmianie umowy z miastem chwilę wcześniej – zgarnie za to całą kwotę. Zapewne kilka milionów złotych rocznie. Nie odpalając miastu żadnej prowizji (która wcześniej miała wynosić 30 proc., z tym że minimum milion złotych rocznie).

Od razu nasunęło się pytanie: czy przy podpisywaniu aneksu władze miasta wiedziały, że nazwa stadionu zaraz zostanie sprzedana, i mimo to zgodzili się na rezygnację z procentu od tej transakcji? Atmosferę dodatkowo, choć nieświadomie, podgrzał prezes Lecha Karol Klimczak. Zasugerował, że prezydent pomagał klubowi w znalezieniu sponsora (od 1:37):



No i zrobiła się burza. Zaczęły się dociekania i domysły: prezydent pomagał, czyli wiedział. A jak wiedział, to nie powinien zgodzić się na podpisanie aneksu na takich warunkach. A skoro jednak się zgodził – to niegospodarność. Część radnych zaczęła straszyć prezydenta prokuratorem.

Sam prezydent, mam wrażenie, lekko spanikował. Natychmiast mieliśmy stanowcze dementi. Z nikim się nie spotykał, z nikim nie negocjował. Co najwyżej zachęcał. I generalnie o niczym nie wiedział.

Zresztą panika udzieliła się też szefowi Lecha Poznań. Prezes Klimczak nagle sobie przypomniał, że te „wiele spotkań” to tak naprawdę było tylko jedno spotkanie (choć Grobelny i tego sobie nie przypomina). I że ogólnie nic nie chciał sugerować. A zresztą jak podpisywali aneks, to prezydent tym bardziej nie mógł wiedzieć, że kończą się negocjacje, bo wtedy sam Lech ponoć jeszcze o tym nie wiedział…

Wcześniej z wieloma firmami byliśmy bardzo bliscy porozumienia, a mimo wszystko nie udało się podpisać umowy. Porozumienie z Inea osiągnęliśmy dopiero w minionym tygodniu, o czym szybko poinformowaliśmy opinię publiczną

Karol Klimczak, prezes Lecha Poznań



Choinka, jeszcze trochę i usłyszymy, że nawet władze klubu o Inei dowiedziały się dopiero w dniu ogłoszenia! Zadzwonili, poszli na kawę, pogadali i podpisali umowę.

To teraz już na poważnie. Jak było naprawdę, z kim prezydent pomagał negocjować, a z kim nie, i w jakim stopniu – tego nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy.

Mam tylko wrażenie, że prezydent niepotrzebnie wypiera się zupełnie wszystkiego (choćby to tajemnicze spotkanie, które niby było, a ponoć go nie było). Przecież wcześniej sam publicznie mówił, że negocjacje są na finiszu, więc jednak jakąś wiedzę miał. Zresztą wczoraj w rozmowie ze mną przyjął trochę postawę na zasadzie: no panie redaktorze, przecież wszyscy wiedzieliśmy, że ta nazwa za moment może zostać sprzedana.

Przecież wiedzieliśmy, że jakieś negocjacje trwają. Gazety też o tym pisały. Od Lecha słyszałem nawet o trwających negocjacjach z dwiema firmami, a nie z jedną. Żadnego zaskoczenia w tym dla nas nie ma

Prezydent Poznania Ryszard Grobelny



A mimo to zgodził się na aneks.

I właśnie o to można mieć do niego pretensje! O to, że nie widzi w tym problemu. A nie o jakieś spotkania z Ineą czy kimkolwiek innym.

Nawet jeśli prezydent nie znał szczegółów, to sam przyznaje, że spodziewał się rychłej sprzedaży nazwy stadionu. A do tego Lech Poznań zaproponował mu w negocjacjach propozycję – jak to się mówi – „nie do odrzucenia”: 0 proc. zamiast 30 proc. prowizji od sprzedaży nazwy.

Wtedy prezydent, albo przynajmniej ktoś z jego ludzi, powinien był szybko skojarzyć te dwa fakty. Należało wtedy uderzyć pięścią w stół. I oznajmić: - Hola, panowie! Skoro proponujecie coś takiego, to najwyraźniej nie ściemnialiście i za moment rzeczywiście sprzedacie nazwę. Nieźle kombinujecie. Ale my na coś takiego się nie zgodzimy.

I przynajmniej próbować coś ugrać. Jak nie 30 proc., to 20 proc. Jak nie minimum milion, to choćby pół. Tymczasem, skoro stanęło na całkowitej rezygnacji z prowizji, to znaczy, że miasto nawet nie próbowało o nią walczyć. Oddało tę sprawę bez żadnych negocjacji.

W sprawie nazwy Lech Poznań ograł miasto tak, jak ogrywał Ruch Chorzów w minionym sezonie (dwa razy po 4:0). I kibice, znaczy się mieszkańcy, to widzą. Właśnie dlatego posypała się taka krytyka. A nie przez udział w negocjacjach z Ineą czy inną firmą.

Seweryn Lipoński / 18 czerwca 2013