www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Jak perfekcyjnie spieprzyć kampanię w słusznej sprawie? Zapytajcie w ZTM Poznań - zrobili to z cenami biletów

19 października 2021

Jak perfekcyjnie spieprzyć kampanię w słusznej sprawie? Zapytajcie w ZTM Poznań - zrobili to z cenami biletów

#Poznań  #ZTM  #komunikacja miejska  #bilety  #tramwaje  #autobusy  #Jan Gosiewski  #sieciówka  #PEKA

Najnowsza kampania ZTM miała przekonać mieszkańców, że bilety w Poznaniu wcale nie są takie drogie, ale sądząc po komentarzach przyniosła efekt odwrotny do zamierzonego. To wyglądało wręcz jak sabotaż wobec poznańskiej komunikacji miejskiej.

Cały czas nie mogę się otrząsnąć po tym, co zaserwował nam w ostatnich dniach poznański Zarząd Transportu Miejskiego, przeprowadzając kampanię pod hasłem "Poznań wśród najtańszych".

- Ta akcja była potrzebna, żeby odkłamać rzeczywistość - przekonywał prezydent Jacek Jaśkowiak w poniedziałkowej rozmowie na antenie WTK. Znamienne wydaje mi się, że chętniej mówił o celu, niż o wykonaniu.

Zaznaczmy na początek jedną rzecz. Ten tekst pisze ktoś, kto przez lata dojeżdżał na studia, a potem do pracy tramwajem. Bez marudzenia, że "niewygodnie", że "zawsze się spóźnia" (to akurat nieprawda - z autobusami bywa różnie, ale tramwaje w Poznaniu zwykle są na czas).

Jeździłem tak również przez trzy lata z centrum miasta do studia WTK na Franowo. Do czasu, gdy przeanalizowałem, że nie opłaca mi się to czasowo, bo akurat na tej trasie korki samochodowe zwykle są w drugą stronę (albo - gdy wracam późnym wieczorem - nie ma ich wcale).

Mój 11-letni peugeot ma niespełna 50 tys. km przebiegu. Miałby jeszcze mniej, gdyby odliczyć wyjazdy na wakacje. Myślę, że trudno mnie zatem nazwać przyklejonym do fotela auta, a na tle ogółu poznaniaków mógłbym wręcz uchodzić za sympatyka komunikacji miejskiej.

Znam też zalety taryfy przystankowej, z której korzystam, odkąd przestała mi być potrzebna sieciówka. Nieraz zżymałem się, słysząc, że w Poznaniu jazda komunikacją kosztuje 4 zł. Nie, ona kosztuje zwykle 2-3 zł, chyba że ktoś postawił sobie za punkt honoru nieposiadanie karty PEKA.

Dlatego po zapowiedziach kampanii "uświadamiającej" mieszkańcom rzeczywiste ceny biletów - pomysł wydawał mi się trafiony. Zwłaszcza w sytuacji, w której komunikacja miejska walczy o odzyskanie pasażerów, bo wpływy z biletów przez pandemię mocno spadły.

Zatem idea była słuszna. I na tym, niestety, dobre strony tej kampanii w zasadzie się skończyły.

Poznań miastem trzech przystanków

Już bowiem hasło akcji - czyli "Poznań wśród najtańszych" - brzmiało niezbyt przekonująco. Kłóciło się z zapowiadanym celem. Dyrektor ZTM Jan Gosiewski mówił przecież, że chodzi o obalenie mitu, jakoby Poznań miał najdroższą komunikację w kraju. A nie o przekonywanie, że ma najtańszą.

Kampania wystartowała z grubej rury. Pracownicy ZTM bardzo, bardzo chcieli pokazać, że opłaca się jeździć z kartą PEKA według taryfy przystankowej, więc zrobili porównanie opłat za przejechanie trzech przystanków.



Autorzy tego zestawienia liczyli chyba, że większość ludzi powie nagle: - Ojej! Ale jestem głupi(a), zawsze kupowałem(am) bilety za 4 zł, dzięki, że mi to uświadomiliście! Od dziś jeżdżę z kartą PEKA i nie przepłacam.

Tak to zwykle działa, proszę państwa, ale niestety tylko w telewizyjnych reklamach proszków do prania.

Tymczasem w realu na Facebooku internauci zrobili z wpisu ZTM-u miazgę. Posypały się ironiczne komentarze, zarzuty robienia "żałosnej propagandy", porównania do TVP. I liczne oskarżenia o manipulację.

Z tymi ostatnimi trudno było się zgodzić - bo zestawienie mimo wszystko było przecież prawdziwe.

Tak, w Poznaniu chcąc przejechać trzy przystanki faktycznie zapłacisz 1,92 zł (o ile masz kartę PEKA, ale jeśli tu mieszkasz - to raczej masz). Tak, w takiej Warszawie chcąc przejechać trzy przystanki faktycznie musisz zapłacić 3,40 zł, bo żadnego tańszego biletu po prostu nie ma.

Wystarczyło to tylko odpowiednio opakować i uczciwie przedstawić. Zdaje mi się, że falę złośliwych komentarzy wywołało bardziej to, że ZTM na dzień dobry wybrał skrajny przykład. I oczywiście wyjątkowo korzystny z punktu widzenia hasła "Poznań wśród najtańszych".



- Może trzeba było zacząć od czegoś bardziej "neutralnego"? Pokazać np. ile kosztuje 10 przystanków? - zapytałem parę dni później dyrektora ZTM. Ten odparł:

- To był pewnego rodzaju zabieg celowy. Raz, żeby otworzyć dyskusję konkretnym, dość mocnym przykładem. Następnie potwierdziliśmy to kolejnymi przykładami. Nie zgodziłbym się, że długość trzech przystanków to coś, co nie ma zastosowania w codziennych podróżach.

Jeden z internautów komentujących kampanię, niejaki Sławek, zakpił: "Czyli żeby najdroższa komunikacja w PL stała się pozornie najtańszą trzeba jechać 3 przystanki, a resztę zachrzaniać z buta".

Przypomina mi się, jak były wiceprezydent Mirosław Kruszyński swego czasu sugerował, że bez sensu 2-3 przystanki jechać tramwajem, lepiej rowerem albo chodzić pieszo.

Z przekąsem można by skomentować, że polityka obecnych władz miasta - w porównaniu z tamtymi czasami sprzed niespełna dekady - najwyraźniej jest odmienna o 180 stopni. Ale chyba nie o to chodziło.

Co prawda już następnego dnia akcji, w piątek, ZTM zamieścił porównania cen na dłuższych trasach. Pracownicy ZTM - to trzeba im oddać - odpowiadali też na niektóre krytyczne komentarze.

Ale sprawa była już przegrana. Taryfa przystankowa została zhejtowana i skompromitowana.

Szybko okazało się zresztą, że nawet trzy przystanki w Poznaniu wcale nie są najtańsze, bo taniej jest z podobną taryfą przystankową w Lublinie oraz w Łodzi (choć tu tylko na niektórych liniach).

Sieciówka? Tylko z pociągiem!

Co mogli zrobić w ZTM po takim falstarcie? Można było jeszcze ratować twarz i całą kampanię - moim zdaniem wystarczyło w kolejnych odsłonach zadbać o dwie rzeczy:

- zestawić (ale UCZCIWIE!) ceny innych najważniejszych biletów, również te, w których Poznań wypada drogo

- sprawdzić po trzy razy, czy na pewno czegoś nie pominięto i czy do zestawienia trafiły faktycznie najkorzystniejsze ceny z poszczególnych miast, aby uniknąć oskarżeń o kolejne manipulacje

Tymczasem, jak się zaraz przekonacie, w ZTM nie pomyślano ani o jednym, ani o drugim.

Mieliśmy więc porównanie cen biletów na weekend i na tydzień. Ta weekendowa oferta w Poznaniu - 15 zł - faktycznie jest niezła i nie było się tu do czego przyczepić.

Jednak już z biletami tygodniowymi była kolejna wtopa. Wyszło, że 50 zł w Poznaniu to ponoć najtaniej w całej Polsce, bo komuś z ZTM nie chciało się dokładniej przyjrzeć cennikowi z Wrocławia.

Tam bowiem - owszem - bilet czasowy 7-dobowy kosztuje 54 zł. Tyle że jest jeszcze bilet imienny, taka tygodniowa sieciówka, która kosztuje 38 zł. A dla płacących podatki we Wrocku - nawet 30 zł.

Wreszcie nadszedł miniony czwartek i wielki finał akcji "Poznań wśród najtańszych". Czyli - prawdziwe creme de la creme na deser - porównanie sieciówek.

Jeszcze w poniedziałek pytałem dyrektora Gosiewskiego, czy w planach jest takie porównanie, bo sieciówkę 30-dniową Poznań ma obecnie przecież najdroższą ze wszystkich dużych miast.

- Oczywiście porównanie w obszarze najczęściej używanych biletów, czyli biletów długookresowych, będzie wykonane - zapewniał dyrektor.

- Okej, ale 30-dniowych? Czy specjalnie znowu zrobicie i pokażecie tak, żeby wyszło na wasze, bo wtedy znowu będą oskarżenia o manipulację - dopytywałem.

- Pokażemy tak, jak wynika z naszej taryfy, jakie są możliwości. Również bilet 30-dniowy jest możliwy do porównania, pokazując zalety tego, który obowiązuje w Poznaniu - odparł Gosiewski. Tak sformułowana zapowiedź brzmiała dość niepokojąco.

Moje przypuszczenia niestety okazały się uzasadnione. Tak, urzędnicy porównali ceny sieciówek, ale zadbali o to, by Poznań mimo wszystko nie wypadł w tym zestawieniu najdrożej.

Dlatego posunęli się - tu już nie mam obiekcji, by użyć tego słowa - do manipulacji szytej dość grubymi nićmi.



Zdumieni internauci szybko zaczęli wypisywać, że przecież w innych miastach są niższe ceny, np. w Krakowie miesięczna sieciówka tak naprawdę kosztuje 80 zł (dla posiadaczy tzw. karty krakowskiej - którzy płacą podatki w mieście - korzysta z niej grubo ponad 100 tys. ludzi).

To teraz doczytajcie sobie, co drobnym druczkiem ZTM dopisał z boku grafiki:

"Uwzględniono dostępność do pełnego zakresu usług komunikacyjnych w granicach administracyjnych porównywanych miast, dostępny dla osób opłacających w nim podatki, to jest zarówno komunikację miejską, jak i aglomeracyjną komunikację kolejową"

HAHAHAHAHA!

Czyli skoro w Poznaniu jest sieciówka za 119 zł, ale można z nią podjechać jedną czy dwie stacje pociągiem, to zdaniem urzędników marna sieciówka z Krakowa za 80 zł - bez pociągów - w ogóle się do niej nie umywa.

Zamiast tego weźmiemy więc z Krakowa cenę tzw. biletu zintegrowanego. Który akurat - co istotne - nie przewiduje żadnej zniżki dla płacących podatki w Krakowie. I wyjdzie nam, że w Poznaniu jest taniej! Eureka!

Albo - słuchajcie, to jest jeszcze lepsze - zamiast zwykłej sieciówki z Wrocławia weźmiemy do zestawienia... miesięczny bilet kolejowy (!), z którym za symboliczną dopłatą można jeździć po Wrocku komunikacją miejską.

Fatalny PR dla komunikacji miejskiej

Ilu posiadaczy sieciówki na samą strefę A jeździ po Poznaniu pociągami? Jasne, dobra rzecz, jeżeli ktoś mieszka niedaleko stacji. Dla pozostałych pasażerów to raczej fajny bajer, trochę jak z gry GTA2, gdzie też można było jeździć po mieście pociągiem - tyle że nic z tego nie wynikało.



Ale idźmy dalej z niewygodnymi pytaniami wokół kampanii ZTM i porównania cen sieciówek:

Ilu mieszkańców Krakowa kupuje sieciówkę droższą o 53 zł (!!), żeby móc sobie jeździć po mieście pociągiem, a nie tylko tramwajami i autobusami? Ilu mieszkańców Wrocławia zamiast zwykłej sieciówki kupuje bilety kolejowe (!!!), żeby raz po raz podjechać na Wrocław Główny?

No nie wierzę. Przecież taka metodologia, żeby tylko "wyszło na nasze", to totalne samozaoranie.

Nic dziwnego, że miejski radny Paweł Sowa - którego też trudno byłoby zaliczyć do przeciwników stawiania na komunikację miejską - nie wytrzymał i przerobił grafikę ZTM-u, pokazując rzeczywiste ceny sieciówek.



To, co zrobił ZTM, wygląda wręcz jak sabotaż zafundowany poznańskiej komunikacji miejskiej. Tej, którą kampania "Poznań wśród najtańszych" miała, jak rozumiem, promować, tymczasem zapewne skompromitowała ją na długo w oczach wielu poznaniaków.

Najgorsze, że tak fatalny PR zrobiono komunikacji miejskiej akurat wtedy, gdy znalazła się w najtrudniejszej sytuacji od lat:

- część ludzi nie chce jeździć tramwajami i autobusami z powodów epidemicznych, zwłaszcza że ci, co jeżdżą, często - delikatnie mówiąc - nie do końca pamiętają o noszeniu masek

- wpływy z biletów, hurraoptymistycznie zakładane przez urzędników i radnych na poziomie 203 mln zł, na koniec roku będą prawdopodobnie o 30-35 mln zł niższe

- do tego wszystkiego dochodzą kłopoty z działaniem kart PEKA, o których ostatnio informowałem, i które zniechęcają pasażerów do korzystania z taryfy przystankowej (czyli tej, do której miała przy okazji przekonać akcja ZTM!)

Strach pomyśleć, co będzie, jeśli kampania doczeka się za jakiś czas drugiej edycji. Zwłaszcza gdyby po drodze nastąpiły kolejne podwyżki cen biletów albo - co zasugerował wczoraj prezydent Jaśkowiak - cięcia w rozkładzie jazdy.

Wówczas nawet obecne chwyty mogą już nie wystarczyć. Trzeba będzie iść o krok dalej, np. dogadać się z operatorem tramwaju wodnego po Warcie, by honorował sieciówki ZTM.

Oczywiście w innych miastach takiego rozwiązania nie będzie, więc do zestawienia weźmie się ceny tamtejszych sieciówek + 60 jednorazowych biletów na tamtejszy statek po rzece (wspaniałomyślnie zakładamy, że pasażer płynie nim tylko dwa razy dziennie, a nie całą dobę!).

Albo - jeszcze lepiej - niech ZTM dorzuci do sieciówki możliwość latania samolotem. Oczywiście w obrębie miasta.

Tu nawet nie trzeba będzie się z nikim dogadywać, bo żaden przewoźnik nie lata i nie będzie latał z Ławicy na Krzesiny, ale formalnie w cenie 119 zł będzie taka opcja. Wtedy to dopiero inne miasta wymiękną. Nawet Warszawa - w końcu lotnisko w Modlinie jest poza jej granicami.

I wtedy wyjdzie nam, że poznańska komunikacja miejska jest nie tylko najtańsza, ale i najlepsza w kraju.