www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Media bez wyboru. Dyskryminacja prywatnych redakcji nie zaczęła się dziś ani wczoraj - to tylko kolejny krok

10 lutego 2021

Media bez wyboru. Dyskryminacja prywatnych redakcji nie zaczęła się dziś ani wczoraj - to tylko kolejny krok

#Media  #Mateusz Morawiecki  #Jarosław Kaczyński  #Daniel Obajtek  #Polska Press  #Orlen  #WTK  #PiS

Dowalenie mediom dodatkowymi opłatami to kolejny krok na drodze do uzależnienia ich od rządowych wpływów. Te, które będą sympatyzować z ekipą rządzącą, pewnie sobie poradzą, za to reszta będzie zatrudniać dziennikarzy na jeszcze gorszych warunkach.

Dziś gazety w kioskach świecą pierwszymi stronami, na których wydrukowały list protestacyjny, a stacje telewizyjne witają widzów czarnymi planszami typu: "Tu powinien być Twój ulubiony program".

Do akcji aktywnie przyłączyli się dziennikarze naprawdę różnych redakcji, również ci wyzywani niekiedy na Twitterze od "symetrystów" czy "kryptopisiorów", jak Michał Kolanko z "Rzeczpospolitej" czy Patryk Słowik (jeszcze "Dziennik Gazeta Prawna", a za chwilę Wirtualna Polska).

Mógłbym w zasadzie napisać, że też popieram, wrzucić na FB czarną planszę czy link do treści listu. I na tym poprzestać.



Jednak sprawa dotyczy niezwykle dla mnie ważnej kwestii niezależności dziennikarzy. Dlatego chcę rozwinąć myśl.

- Protestują przede wszystkim te media, które mniej lub bardziej jawnie wspierają opozycję - uważa wiceminister kultury Jarosław Sellin, i w rozmowie z portalem wpolityce.pl przekonuje, że podobne przepisy we Francji, Belgii czy Austrii nie zlikwidowały wolności mediów.

Tyle że istotny jest kontekst. Podatek od reklam sam w sobie nie jest może takim złym pomysłem, ale gdy weźmiemy pod uwagę coraz większe uprzywilejowanie mediów publicznych oraz kondycję finansową mediów prywatnych - to robi się z tego rzecz szalenie niebezpieczna.

Kary i złośliwości

Mam wrażenie, jakby wielu widzów, czytelników, słuchaczy dopiero dziś się ocknęło i zaczęło pytać, o co chodzi i w czym jest problem.

Tymczasem sygnały były już dawno. Dyskryminacja mediów prywatnych trwa od ładnych paru lat.

Mam na myśli również duże i głośne sprawy. Mieliśmy próbę wlepienia wysokiej kary - 1,5 mln zł - TVN-owi za relacje z wydarzeń spod sejmu w grudniu 2016 r. po słynnym głosowaniu nad budżetem w sali kolumnowej.

Mieliśmy zasypywanie pozwami za teksty niewygodne dla władzy. Sztandarowym przykładem niech będzie Narodowy Bank Polski, który nie tylko chciał od "Wyborczej" 300 tys. zł odszkodowania za opisywanie powiązań prezesa Adama Glapińskiego z aferą KNF, ale próbował też wywalczyć sądowy zakaz pisania o tej sprawie).

To jednak nie wszystko. Tak naprawdę na co dzień w mediach prywatnych spotykamy się z drobnymi przejawami niechęci, czystej ludzkiej złośliwości ze strony rządowych instytucji, które jak przypuszczam (choć nikt tego głośno nie powie) mają nam utrudnić robotę:

- zdarza się sporadycznie niewpuszczanie dziennikarzy prywatnych mediów na różne wydarzenia, tak było np. przy składaniu przez wojewodę Zbigniewa Hoffmanna w kwietniu 2018 r. kwiatów pod tablicą pary prezydenckiej i pomnikiem gen. Andrzeja Błasika w bazie w Krzesinach, gdy usłyszeliśmy, że to "uroczystość zamknięta", tymczasem bez problemu weszli tam ludzie z Radia Poznań i TVP Poznań

- szefowa wielkopolskiego sanepidu niemal co chwilę wypowiada się dla TVP Poznań, za to gdy my z WTK dzwonimy w jakiejkolwiek sprawie, rzeczniczka tej instytucji zawsze odsyła nas do powiatowych stacji

- zdarzały się nawet tak słabe i małostkowe zachowania, jak... niewpuszczenie nas na parking urzędu wojewódzkiego (przyjechaliśmy na konferencję czy na umówioną rozmowę z kimś z urzędu - już nie pamiętam), a dosłownie minutę później widzieliśmy, jak bez słowa sprzeciwu otwiera się szlaban dla wozu Radia Poznań

- gdy w październiku 2019 r. zmarł Kornel Morawiecki, urząd wojewódzki rozesłał info o księdze kondolencyjnej w holu urzędu, ale gdy o godz. 18 przyjechaliśmy zrobić o tym live'a - ochroniarz wyrzucił nas z budynku

Za tę ostatnią sytuację rzecznik wojewody nas później przepraszał. Już nigdy się to nie powtórzyło. Ale nie sądzę, by ochrona potraktowała nas tak samo, gdybyśmy mieli mikrofon z kostką TVP.

To wszystko oczywiście drobne sprawy. Machaliśmy na to ręką i nie podnosiliśmy rabanu. Mimo że każda z nich torpedowała naszą pracę i utrudniała czy wręcz - jak w przypadku Krzesin - uniemożliwiała zrobienie materiału.

Teraz jednak rząd wpadł na pomysł, by media obciążyć dodatkowym podatkiem od reklam, co w zestawieniu z blisko 2 mld zł dla mediów publicznych państwowych najwyraźniej przelało czarę goryczy.

ZOBACZ INFORMACJĘ RZĄDU I PROJEKT PODATKU OD REKLAM NA STRONIE GOV.PL

Zaznaczmy jedną ważną rzecz. Jeśli projekt przeszedłby w formie, w jakiej został przedstawiony, to nie uderzyłby w małe media - zakłada bowiem podatek od wpływów z reklam dopiero powyżej 1 mln zł w telewizji i radiu oraz powyżej 15 mln zł w prasie.

Jednak jak najbardziej dotknąłby przede wszystkim prywatnych mediów ogólnopolskich. Tych, które rządzący sami przedstawiają jako rzekomą "przeciwwagę" dla TVP. Tak a propos - TVP INFO wyliczyła dokładnie, kto ile musiałby zapłacić.

Media nie dla rządzących

Mamy w Polsce ogromny problem z mediami i zrozumieniem ich roli w demokratycznym państwie.

Doprowadziliśmy wszyscy do sytuacji, w której mnóstwo ludzi w Polsce wcale nie oczekuje od mediów patrzenia władzy (jakiejkolwiek!) na ręce, tylko dokopywania "tamtym" i obrony "naszych". Nieważne którzy akurat rządzą.

Jest taka scena w filmie "Czwarta władza" z 2017 r., gdy dziennikarka Meg Greenfield przekazuje reszcie redakcji "Washington Post" uzasadnienie pomyślnej dla gazety decyzji sądu w sprawie publikacji dokumentów o wojnie w Wietnamie, które rząd usiłował ukryć:



- ...The press was to serve the governed, not the governors. [tłum. Prasa ma służyć rządzonym, a nie rządzącym]

Jestem niestety przekonany, że część z nas miałaby już dzisiaj problem ze zrozumieniem, o czym jest ten film. Niektórzy zapewne z uciechą przerobiliby powyższy cytat na: "The press was to serve our governors, not yours".

Jestem też przekonany, że - mimo oficjalnych wyjaśnień rządu - wielu wyborców partii rządzącej szczerze cieszy się, że w praktyce pozwoli to dokopać tym wszystkim Lisom, Kraśkom, Piaseckim i innym, którzy ośmielili się nie być wielbicielami "dobrej zmiany".

Prezes PiS Jarosław Kaczyński nigdy nie krył niechęci do niezależnych mediów. Zwłaszcza po 2007 r., gdy w wielu jego wypowiedziach pobrzmiewało, że według niego to w dużej mierze przez te złe, stronnicze media stracił władzę.

Zapowiadał zupełnie otwarcie, że gdy do tej władzy wróci, to zrobi z mediami porządek. Zajrzyjmy do programu PiS na wybory 2015:

"Problemem wagi szczególnej są media i konieczność odbudowania w nich pluralizmu"

"Manipulacja o podobnie wielkim zasięgu jest możliwa tylko przy poparciu udzielanym przez grupy interesu, które bezpośrednio lub pośrednio dysponują mediami"

"Podstawową siłą „systemu Tuska” są media, które przez długi czas bezwzględnie i niezależnie od okoliczności go popierały"

To niemal jakaś obsesja. Takich różnych wzmianek o mediach było tam w sumie kilkadziesiąt.



Później PiS doszedł do władzy... i co? Szybko zrobił z mediami publicznymi DOKŁADNIE to, co zarzucał im za rządów poprzedników, tyle że na znacznie większą skalę.

Zrobiono z telewizji publicznej skandaliczną tubę propagandową. To nie tylko moje zdanie, to nie żadne "przyjmowanie narracji opozycji", wystarczy porozmawiać z samymi politykami PiS. Także od nich - choć oczywiście nieoficjalnie - słyszałem, że "tego się już nie da oglądać".

Poznański radny PiS Krzysztof Rosenkiewicz otwarcie i do kamery (!) mówił nam w lipcu, że narracja w TVP podczas kampanii prezydenckiej była tak nachalna i prymitywna, że jego zdaniem wręcz odpychała ludzi. Przez co bardziej zaszkodziła niż pomogła Andrzejowi Dudzie.

Szef TVP Jacek Kurski otwarcie mówi w wywiadach, że jego dziennikarze stoją po stronie rządu i przedstawiają jego punkt widzenia, co jest przecież kompletnym zaprzeczeniem przytoczonej wyżej roli mediów w demokracji.

Gazety w rękach, na które powinny patrzeć

To jednak tylko media publiczne. Rządzący długo głowili się, co zrobić z całą listą mediów prywatnych, padały pomysły dekoncentracji, repolonizacji i Bóg wie czego jeszcze, ale jakoś żadna z tych propozycji nie mogła doczekać się realizacji.

Teraz wszystko wskazuje, że postawiono na model hybrydowy, a konkretnie tzw. repolonizację części mediów (w praktyce ich urządowienie - o czym szerzej za chwilę) oraz ucisk ekonomiczny na pozostałe, których przejąć się nie da.

Spółka Orlen właśnie kupuje regionalne gazety i portale internetowe z grupy Polska Press za 120 mln zł. To niby spore pieniądze - ale dla koncernu z przychodami ponad 100 mld zł rocznie to są niemal grosze. Kto wie zatem, czy takich przejęć nie będzie więcej.

Z pozoru Orlen nie jest w pełni państwowy. Skarb państwa ma w nim nieco ponad 27 proc. udziałów. Tyle że pozostali to drobni akcjonariusze, więc to przedstawiciele rządu mają decydujący głos, a prezesem jest związany z PiS Daniel Obajtek.


To wszystko odbywa się pod płaszczykiem "powrotu mediów w polskie ręce", jednak nikt już jakoś nie dodaje, że te polskie ręce to w praktyce ręce rządowe.

Czyli te same, na które - teoretycznie - powinny szczególnie uważnie patrzeć media, które właśnie się w tych rękach znalazły. Tak ten łańcuszek podległości będzie wyglądał w praktyce:

Premier -> Minister aktywów państwowych -> Rada nadzorcza Orlenu -> Prezes Orlenu -> Prezes grupy Polska Press -> Redaktor naczelny gazety / portalu -> Dziennikarze gazety / portalu

A teraz podstawmy do tego schematu konkretne nazwiska na przykładzie "Głosu Wielkopolskiego":

Mateusz Morawiecki -> Jacek Sasin -> Wojciech Jasiński (szef rady nadzorczej Orlenu, polityk PiS) -> Daniel Obajtek -> (zapewne jakiś nowy prezes grupy Polska Press) -> Redaktor naczelny "Głosu" -> Dziennikarze "Głosu"

Podoba Wam się?

No, niektórym bardzo się podoba, że władza będzie miała wpływ na kolejne media. Najczęściej - dziwnym trafem - są to ludzie związani lub sympatyzujący z ekipą rządzącą.

Taki np. Jarosław Pucek, były kandydat na prezydenta Poznania, a obecnie polityk Porozumienia i wiceprezes rządowego Krajowego Zasobu Nieruchomości, wdał się w dyskusję o "Głosie" na FB.

Najpierw Pucek zasugerował, że "bezstronność mediów to fikcja", później wykazywał, że ponoć w "Głosie" wiele razy "olewano tematy, które należało podjąć". I wysnuł wniosek:

"Jaka to różnica dla czytelnika, czy ma do czynienia z niekompetentnym, czy sterowalnym dziennikarzem?"

Czyli dał wprost do zrozumienia, że jest mu wręcz obojętne, czy media są pod kontrolą rządu, czy dla odmiany pozostają niezależne, ale zatrudniają przy okazji kiepskich dziennikarzy. No comment.

Ja jednak z dwojga złego wolałbym, aby media produkowały nawet najbardziej gówniany content i gdzieś tam w międzyczasie - choćby nawet przypadkiem - wykryły i opisały np. blisko 70 mln zł wydane na niedoszłe "wybory pocztowe"...

...niż żeby dziennikarze pisali tam najwyższej klasy, pięknie opakowane i długaśne teksty wychwalające działania rządu, ale za żadne skarby nie tykali jakichkolwiek tematów związanych z nadużyciami kolegów i koleżanek pana Pucka ze Zjednoczonej Prawicy. A później innej władzy, która przyjdzie po nich.


Dodajmy, że cała wspomniana dyskusja na FB toczyła się pod postem, w którym Michał Kopiński (do niedawna "Głos Wielkopolski") zamieścił link do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Przejęcie Polska Press przez Orlen Kaczyński skomentował: "Musimy mieć własne media".

Wyszło szydło z worka. Teraz widać czarno na białym, że ludzie związani z "dobrą zmianą" pojmują niezależność mediów mniej więcej tak samo, jak niezależność sądów czy prokuratorów.

A zwłaszcza z niezależnością dziennikarzy od rządu ich wizja ma tyle wspólnego co ostatnio Porozumienie Jarosława Gowina ze swoją własną nazwą.

Patologie w redakcjach na początku dziennym

Zaraz, zaraz, odbiegliśmy trochę od tematu. Miało być przecież o mediach od władzy niezależnych.

Ale nieprzypadkowo rozpisałem się tak na temat Orlenu. Zwróćcie uwagę, że jednym z najczęściej używanych argumentów "za" było to, że te lokalne gazety i portale wreszcie dostaną zastrzyk kasy. Nareszcie dziennikarze będą dobrze opłacani! Nareszcie będą pracować w godnych warunkach!

Jestem ciekaw, gdzie dzisiaj są ci wszyscy rzekomo zatroskani o niskie zarobki dziennikarzy, gdy rząd wyjeżdża z pomysłem dojechania finansowo ich redakcji tzw. podatkiem od reklam.

Czy będą siedzieć cicho, bo tym razem upominając się o zarobki w mediach, musieliby skrytykować propozycję partii rządzącej? A może ich zdaniem pozostałe redakcje też powinien przejąć Orlen - i kłopot z głowy?

Tu dochodzimy do wspomnianej kondycji finansowej mediów prywatnych. Powoli przestaje - na szczęście! - funkcjonować mit, z którym nagminnie spotykałem się jeszcze z 10 lat temu, że w mediach ponoć świetnie się zarabia.

Zwłaszcza w mediach lokalnych - NIE. Zapewniam Was, że nie zarabia się świetnie, choć przy oszczędnym trybie życia można się z tego utrzymać i nawet coś odłożyć.

Tam, gdzie jeszcze są etaty, dziennikarze pracują często za płacę minimalną (2,8 tys. zł brutto), a gdzie indziej dziennikarze mają umowy o dzieło / zlecenie / działalność gospodarczą i dostają na rękę nieco więcej, ale zwykle wciąż jest to bliżej płacy minimalnej niż średniej krajowej.

Już sama forma zatrudnienia ułatwia potencjalne szantaże oraz naciski. Takiego człowieka można odsunąć czy wręcz wywalić na zbity pysk z dnia na dzień i z byle powodu - bo nie ma okresu wypowiedzenia.

I jeszcze głupio tłumaczyć, że akurat skończyła mu się umowa, więc o co w ogóle kaman. Tak jak ostatnio w przypadku Patrycji Kasperczak - pogodynki TVP Poznań - która wystąpiła z czerwonym serduszkiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

(Tak na marginesie, za "uśmieciowienie" pracy dziennikarzy w telewizji publicznej odpowiedzialne są w dużej mierze jej władze z nadania poprzedniej ekipy rządzącej PO-PSL, które wypychały tam ludzi do agencji zewnętrznej - o czym przypomniał ostatnio mój redakcyjny kolega Jan Józefowski)

Dziennikarze bez umowy o pracę nie mają płatnego urlopu (czyli chcesz mieć 2 tyg. wakacji - to przepadnie ci pół wypłaty), lepiej nie chorować (zostajesz w domu to nie zarabiasz - bo nie ma chorobowego), nie mają płaconych też innych składek do ZUS i za ileś lat nie będą mieli prawa do emerytury (chyba że ktoś sam odprowadza składki - np. ja tak robię - ale takich frajerów dobrowolnie płacących ZUS chyba jest niewielu).



Te patologie zaszły bardzo daleko. Znajomy z ogólnopolskiej stacji telewizyjnej przyznał mi ostatnio, że nawet nie wie, co ma w umowie - oczywiście cywilnoprawnej! - bo jej nawet... nie widział na oczy. Ktoś inny ją podpisywał w jego imieniu. Czy jakoś tak.

Jednak najgorzej mają początkujący dziennikarze. Jeden z moich kolegów niecałe 10 lat temu próbował się "zaczepić" w lokalnej redakcji pewnej gazety, dobrze mu szło, szybko się przebił i pisał całkiem ważne teksty - czasem nawet takie na pierwszą stronę.

Tak było przez blisko rok. Tylko był jeden problem - redakcja nic mu nie płaciła. Trochę niefajnie, zwłaszcza że kolega łączył tę robotę nie tylko ze studiami, ale również z drugą pracą (no bo z czegoś musiał się utrzymywać).

Czekał, czekał, aż redakcja zaproponuje mu choćby skromne pieniądze. Po 10 miesiącach takiej pracy za free stracił cierpliwość i zapytał wprost, czy jest szansa, by dostawał 500 zł na miesiąc.

Pięćset złotych! MIESIĘCZNIE! Za pisanie tekstów nawet na czołówkę gazety!

Redakcja odmówiła.

Kolega usłyszawszy, że może sobie dalej pracować za darmo, oczywiście trzasnął drzwiami i już go więcej w tej redakcji nie zobaczyli. Dziś pracuje w zupełnie innej branży za całkiem niezłą kasę. Media za to straciły, i to raczej na zawsze, bardzo dobrze zapowiadającego się dziennikarza.

Czy dziennikarze dadzą się skusić?

Nie, nie piszę o tym wszystkim, żeby się skarżyć. Mimo tych patologii wytrwałem w tym klubie już kilkanaście lat, podobnie jak wielu innych dziennikarzy, i mam nadzieję, że jeszcze sporo lat przede mną. Korona z głowy nam nie spadła.

Za to chcę zwrócić uwagę, że redakcje najczęściej zatrudniają ludzi na takich urągających godności warunkach nie z powodu sknerstwa czy jakiegoś innego widzimisię, tylko dlatego, że na więcej po prostu ich nie stać.

Tu przyczyny są oczywiście złożone. Złożył się na to kryzys z lat 2007-2009, złożył się na to także szybki rozwój mediów w internecie, gdzie - to był ogromny grzech - przyzwyczajono ludzi, że znajdą za darmo to, za co dawniej płacili w kiosku.

I w tym momencie na scenę wkraczają premier Morawiecki z podatkiem od reklam oraz prezes Obajtek z gigantycznymi pieniędzmi Orlenu. To za moment doprowadzi do bardzo niebezpiecznej sytuacji:

- z jednej strony media, które już teraz ledwo wiążą koniec z końcem, obciążone dodatkowymi opłatami będą płacić dziennikarzom jeszcze mniej i zatrudniać ich na jeszcze gorszych warunkach (albo ewentualnie część zwolnią),

- z drugiej strony redakcje Polska Press, zapewne zasilone pieniędzmi Orlenu (dzięki czemu podatek od reklam nie będzie dla nich niczym strasznym), zaczną kusić dziennikarzy np. umowami o pracę czy lepszymi zarobkami

Zapewne niektórzy dadzą się skusić Obajtkowi czy innym mediom powiązanym z ekipą "dobrej zmiany". Bo rodzina, bo dzieci na utrzymaniu, bo kredyty... Tak jak już słyszeliśmy od niektórych dziennikarzy TVP.

Oczywiście będzie to podpisanie paktu z diabłem. Szybko się pewnie okaże, że co prawda zarobki lepsze, ale niezależność gorsza. I że pewne tematy nie przejdą. Albo że trzeba w kogoś uderzyć. Coś na kogoś znaleźć. Patrząc na to, co stało się z mediami publicznymi państwowymi, nie mam żadnych złudzeń.

Z jednej strony będą więc słabo opłacani dziennikarze, wykonujący nieraz robotę za dwóch czy za trzech (bo redakcji nie stać, żeby zatrudnić więcej), którym rządowe instytucje będą dodatkowo rzucać kłody pod nogi np. odmawiając wypowiedzi czy dostępu do różnych informacji.

Pięknie to ujął wspomniany już raz w tym tekście Patryk Słowik:


Z drugiej strony będą dziennikarze mediów publicznych państwowych i - tak to nazwijmy - mediów Obajtka, zapewne dobrze opłacani z de facto publicznych pieniędzy, którym rządzący zawsze będą służyć komentarzami i potrzebnymi danymi, nikt ich nie przegoni z urzędu, a ich redakcja w razie kłopotów będzie mogła liczyć na dodatkowy zastrzyk finansowy z rządowych reklam czy ogłoszeń.

To wszystko oczywiście pod jednym warunkiem - pod żadnym pozorem nie tykać pewnych niewygodnych spraw.

Jak myślicie - którą drogę wybiorą dziennikarze? Ja nie mam żadnych wątpliwości, którą sam bym wybrał, ale co zrobią np. ci, co mają "rodziny, kredyty"?

Co wybiorą młodzi, zaczynający dopiero w zawodzie 20-latkowie, których szczytem marzeń jest publikacja jakiegokolwiek tekstu? Zwłaszcza takiego, za który redakcja im zapłaci z pieniędzy Orlenu? I którzy nie będą mieli pojęcia, w co wdepną, gdy podpiszą ten pakt z diabłem?

Zastanówcie się nad tym wszystkim, zanim zaczniecie przekonywać, że mediom koniecznie należy dowalić dodatkowymi opłatami. To nic innego jak kolejny krok do uzależnienia ich od rządowych sympatii i pieniędzy.

Kiedy się zorientujecie, że to jednak nie działa najlepiej, będzie już zdecydowanie za późno.