www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Mikołajczyk na zamczysku, tfu, na zagrodzie już nierówny wojewodzie. Dymisja spieprzyła mu rocznicę

18 grudnia 2020

Mikołajczyk na zamczysku, tfu, na zagrodzie już nierówny wojewodzie. Dymisja spieprzyła mu rocznicę

#Poznań  #Wielkopolska  #Łukasz Mikołajczyk  #Zbigniew Hoffmann  #wojewoda  #Stobnica  #Mariusz Kamiński

Wojewoda Łukasz Mikołajczyk tylko na chwilę stracił czujność i polityczny instynkt. To wystarczyło, by wyleciał ze stanowiska. Bo choć świetnie dogadywał się ze wszystkimi dookoła, to swoim "imposybilizmem" w sprawie Stobnicy podpadł akurat tym, którzy mogli zdecydować o jego losie.

Jeszcze jakieś trzy, cztery lata temu Stobnica w Puszczy Noteckiej kojarzyła mi się jedynie ze stacją obserwacyjną wilków, którą kiedyś rok w rok odwiedzaliśmy, spędzając pierwsze dni lipca na kolonii w pobliskim Obrzycku.

Wszystko zmieniło się latem 2018 r. za sprawą słynnego już dziś na całą Polskę zamku.

Teraz właśnie z tego powodu Stobnicę na długo zapamięta wojewoda były już wojewoda Łukasz Mikołajczyk. Ów feralny zamek w środę zakończył jego krótką przygodę w administracji rządowej.



- Zamek w Stobnicy jest dla mnie przejawem takiej niesłychanej arogancji ludzi, którzy posiadają pieniądze i jednocześnie pokazuje, jak słaba potrafi być władza publiczna w terenie - podkreślał minister Mariusz Kamiński w Polsat News. I dodawał, że jego zdaniem Mikołajczyk podjął decyzję "błędną i sprzeczną z interesem publicznym".

Imposybilizm wojewody

Jego wniosek o odwołanie Mikołajczyka mimo wszystko był zaskoczeniem. Tak, temat Stobnicy na nowo zrobił się głośny, ale w zasadzie nie było żadnych żądań dymisji wojewody. Sprawa wyglądała zbyt niejednoznacznie.

Z jednej strony - pozwolenie na budowę wydane z naruszeniem przepisów. Na co zresztą wskazywały już wcześniejsze ustalenia. Z drugiej strony - jak zauważył Mikołajczyk - zasada trwałości decyzji administracyjnych, nieodwracalne już skutki budowy zamku i do tego jeszcze ryzyko płacenia inwestorowi wysokich odszkodowań.



Wychodzi na to, że Mikołajczyk stracił w tej sprawie polityczną czujność i zachował się bardziej jak urzędnik, który dokonuje formalnej analizy konsekwencji. A nie jak polityk kierujący się przewidywaną reakcją opinii publicznej.

To dość zaskakujące akurat w przypadku Łukasza Mikołajczyka - który jako wojewoda bardzo dbał o swój wizerunek, kontakty z mediami itd., o czym zaraz napiszę szerzej.

Tak czy inaczej - Mikołajczyk w przypadku Stobnicy zaprezentował postawę na zasadzie "nie da się, bo to, bo tamto". Takie podejście w PiS jest niezbyt mile widziane. Wystarczy przypomnieć, że prezes Jarosław Kaczyński nazywał je kiedyś "imposybilizmem"...

...a minister Kamiński, gdy był szefem CBA za pierwszych rządów PiS, działając - w swoim mniemaniu - w słusznej sprawie i tropiąc korupcję kierował się zasadą "cel uświęca środki". Potrafił np. posuwać się do nieuzasadnionych prowokacji czy fabrykowania fałszywych dokumentów, za co zresztą został potem - po tzw. aferze gruntowej - skazany, a następnie ułaskawiony, zanim zapadł prawomocny wyrok.

Trudno się zatem dziwić, że decyzja Mikołajczyka - nawet jeśli ten usprawiedliwiał ją jakąś górnolotną zasadą "trwałości decyzji administracyjnych" i obawami przed wypłatą odszkodowań - nie bardzo przypadła Kamińskiemu do gustu.

Co dzień starałem się czynić wszystko, by wzajemny szacunek, dobro publiczne i bezpieczeństwo były podstawą współpracy z każdym, z kim przez ostatni rok było dane mi się spotkać. Dziś kończę służbę Wielkopolsce z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku

Łukasz Mikołajczyk, były wojewoda wielkopolski



Co ciekawe - Łukasz Mikołajczyk traci stanowisko dosłownie chwilę po tym, jak podsumowywał swój pierwszy rok w roli wojewody.

Trudno o jakąkolwiek bardziej spieprzoną rocznicę. To już faux pas typu zapomnieć o rocznicy ślubu, albo podczas kolacji przy świecach niechcący oblać czerwonym winem żonę ubraną w nową, drogą sukienkę, byłoby z dwojga złego lepsze niż to, co właśnie spotkało Mikołajczyka.

Nowy styl Mikołajczyka

Ze strony opozycji płyną już sugestie, że zamek w Stobnicy był mimo wszystko tylko pretekstem, a tak naprawdę Mikołajczyk mógł polecieć za "całokształt twórczości".

- Jak na standardy PiS-u pan wojewoda był stonowaną osobą. Nie był takim typowym żołnierzem PiS-owskim, był dobrze odbierany przez środowisko samorządowe, to mogło się wielokrotnie nie podobać działaczom jego partii - uważa Jakub Rutnicki, poseł Koalicji Obywatelskiej.

To przyjrzyjmy się - no właśnie - jakim wojewodą był Łukasz Mikołajczyk?

Ze wszystkich głosów, które w ostatnich dniach płynęły w jego obronie, najczęściej powtarzają się i najbardziej rzucają w oczy chyba dwa określenia: "współpraca" oraz "ponad podziałami".

To nie jest zaskoczenie. Faktycznie wojewoda Mikołajczyk to nie był facet, który prezydentowi Poznania zarzuci niezrozumienie demokracji i "wygadywanie idiotyzmów", a po zadymie na meczu przy ul. Bułgarskiej wkroczy do akcji z buta i zamknie stadion na pół rundy.

Takim właśnie szeryfem był jego poprzednik Zbigniew Hoffmann - zresztą do niego jeszcze za moment sobie wrócimy.



Zdecydowanie bliższy Mikołajczykowi był nurt, który ja nazywam "light PiS", i który z założenia ma przyciągać wyborców niechętnych twardym działaniom Kaczyńskiego i spółki w Warszawie.

Takie podejście zostało już w Poznaniu wypróbowane - bez większego powodzenia - w ostatnich wyborach samorządowych. Spójrzcie na Mikołajczyka, to możecie sobie wyobrazić, jak mogłaby wyglądać prezydentura Tadeusza Zyska (oczywiście bez całego bajdurzenia o premetrze, pustych tramwajach itd.).

Trzeba też podkreślić, że Łukasz Mikołajczyk całkowicie zmienił styl samego urzędowania na stanowisku wojewody. To nie mogło umknąć dziennikarzom. Zwłaszcza po czterech latach z Hoffmannem - z którym umówić się na wypowiedź czy zaprosić do studia graniczyło z cudem.

Wojewoda Mikołajczyk był na media niezwykle wręcz otwarty. Już gdy jego nazwisko wymieniano dopiero jako faworyta do objęcia stanowiska, Mikołajczyk nie chował się przed dziennikarzami, tylko udostępniał im swój numer telefonu, odbierał go i chętnie komentował sprawę.

Już jako wojewoda bywał dla mediów dostępny niemal od ręki. Ja sam, gdy pilnie potrzebowałem komentarza Mikołajczyka do jakiejś sprawy, kilka razy zdołałem umówić się z nim na wypowiedź wręcz w ciągu godziny - w czym bardzo pomocny był jego doradca Mateusz Domagała.



Mam wrażenie, że właśnie ta medialność pomogła Mikołajczykowi znaleźć wspólny język z Jackiem Jaśkowiakiem, który przez cały miniony rok go chwalił. Tak, powtórzmy: prezydent Jaśkowiak chwalił polityka PiS. - Mamy bardzo dobrego wojewodę - podkreślał przy różnych okazjach.

Tak na marginesie - komplementy z ust Jaśkowiaka dla ludzi Zjednoczonej Prawicy wyglądają ostatnio na zapowiedź rychłej politycznej śmierci. Prezydent Poznania komplementował Jadwigę Emilewicz - ta szybko pożegnała się ze stanowiskiem wicepremiera. Teraz to samo stało się z Mikołajczykiem.

Oczywiście nie było tak, że obaj panowie pozostawali w najlepszej komitywie, i że we wszystkim się zgadzali. Czasami się "kłócili". Jednak biorę to w cudzysłów, bo wydaje mi się, że te ich spory miały głównie medialny charakter i były bardziej na pokaz dla partyjnych bossów.

Tak by przypadkiem Kaczyński czy Budka nie pomyśleli, że Mikołajczyk z Jaśkowiakiem za dobrze się dogadują. I stąd przepychanka o sprzęt dla szpitala przy ul. Szwajcarskiej, czy o limity pasażerów w komunikacji miejskiej...



To był jednak zupełnie inny level niż naparzanki Jaśkowiaka z Hoffmannem. Tu było raczej takie delikatne droczenie się, po którym prezydent z wojewodą podawali sobie ręce, jeden poklepał drugiego po ramieniu i za chwilę znów komplementowali się w mediach.

Nie zostawia spalonych mostów

Tak samo dobrze Mikołajczyk dogadywał się z innymi samorządowcami. Wystarczy powiedzieć, że jego odwołaniu sprzeciwili się wszyscy (!) starostowie z regionu, a pod listem do premiera w obronie Mikołajczyka w imieniu Stowarzyszenia Gmin i Powiatów Wielkopolski podpisał się Jacek Gursz, burmistrz Chodzieży, z Koalicji Obywatelskiej.

Ten sam Jacek Gursz, który w lipcu - przed II turą wyborów prezydenckich - na rynku w Chodzieży próbował przedrzeć się przez tłum do odwiedzającego miasto premiera Morawieckiego i wręczyć mu "rachunek od mieszkańców" na 4,2 mln zł, bo na tyle wyliczył straty budżetu miasta wskutek rządowych reform.

Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że Łukasz Mikołajczyk był jakimś mało znaczącym pachołkiem partii rządzącej i że zapomniał o swoich politycznych barwach. To jednak były senator PiS. Z poprzedniej, bardzo burzliwej kadencji.

Zresztą jesienią zeszłego roku był o krok od ponownego wejścia do parlamentu. Dostałby 2,5 tys. głosów więcej - i byłby w Senacie pat 50-50. Bez Mikołajczyka mamy minimalną przewagę opozycji.

Podczas kampanii prezydenckiej Mikołajczyk bez żadnych oporów wspierał Andrzeja Dudę. Murem stał też za różnymi decyzjami rządu, również tymi kontrowersyjnymi, choć w dobie epidemii zeszły one na drugi plan.


To nie koniec, bo niezwykle aktywny na Twitterze Mikołajczyk praktycznie codziennie podawał dalej wszelkie możliwe tweety premiera, ministrów, również policji czy linki do artykułów kpiących z opozycji, a nawet listę porannych wywiadów z politykami PiS.

Mimo opisanej koncyliacyjności Mikołajczyk nie zrobił zatem nic, co kazałoby wątpić, czy nadal jest wierny partii rządzącej. Teraz niespodziewanie wyrżnął się na zupełnie apolitycznej sprawie zamku w Stobnicy.

To pokazuje, notabene, jakim wyczuciem politycznym wykazywał się jego poprzednik. Wojewoda Zbigniew Hoffmann może i był szorstki. Nieprzyjemny. Czasami wręcz bezpardonowy. Może nie był tak medialny i aktywny w social mediach. Ale wytrwał na stanowisku całe cztery lata.

Czyli przez całą poprzednią kadencję, w samym środku wojny polsko-polskiej, zręcznie omijał różne potencjalne pułapki związane z reformą oświaty czy z niekończącą się historią wokół dworca Poznań Główny.

I nawet jego zastępczyni Marlena Maląg, która akurat w tym duecie robiła za "dobrego policjanta" od spraw typu program 500+, nie zrobiła żadnego fałszywego kroku. Potrafiła wręcz zapunktować u władz partii - np. ostentacyjnie wychodząc podczas przemówienia marszałka Marka Woźniaka. Różne wtopy zaczęła zaliczać dopiero po awansie na ministra.

Najwyraźniej były już wojewoda Łukasz Mikołajczyk nie wykazał się takim politycznym instynktem. Wychodzi na to, że choć tak dobrze dogadywał się ze wszystkimi dookoła, to nagle przestał się dobrze dogadywać akurat z tymi, którzy decydowali o jego losie.

Mimo wszystko nie zostawia po sobie spalonych mostów. W krótkim oświadczeniu podkreślił, że życzy premierowi i całemu rządowi "wytrwałości i dalszej realizacji działań" dla dobra Polski, wyraził też nadzieję, że doświadczenie w roli wojewody przyda mu się w "dalszych działaniach w służbie Rzeczypospolitej".

O drażliwej sprawie Stobnicy, która przecież spowodowała jego dymisję, nie zająknął się ani słowem.