www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Rządzący otworzyli puszkę Przyłębskiej. Już było wcześniej parę innych... ale po tej Polska może naprawdę zapłonąć

26 października 2020

Rządzący otworzyli puszkę Przyłębskiej. Już było wcześniej parę innych... ale po tej Polska może naprawdę zapłonąć

#Trybunał Konstytucyjny  #Julia Przyłębska  #Bartłomiej Wróblewski  #aborcja  #PiS  #strajk kobiet

Już pewnie nigdy się nie dowiemy, czy Trybunał Konstytucyjny miał ograniczyć prawo do aborcji po cichu w środku epidemii, czy PiS zakładał dalsze przekitranie tej sprawy i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Tak czy inaczej - rządzący na własne życzenie zgotowali sobie wielki problem.

"J...ć PiS", "ten rząd obalą kobiety", "to jest wojna" i inne, równie urocze dla ucha rządzących hasła od paru dni są wszechobecne na ulicach polskich miast. Nie tylko tych największych.

Protestujący to wykrzykują. Protestujący to wypisują na transparentach. I na murach kościołów.

Miałem w minionym tygodniu zamieścić tu szczegółowe rozliczenie obietnic prezydenta Jacka Jaśkowiaka dwa lata po ostatnich wyborach, a także podsumować roszady w rządzie, ale w czwartek...



...stało się oczywiste, że pisanie o tym w tych dniach nie ma najmniejszego sensu, bo nawet pies z kulawą nogą nie przejmie się teraz rozważaniami o powołaniu ministra Przemysława Czarnka czy ubolewaniem, że tramwaj na Naramowice dopiero w budowie.

Trybunał Konstytucyjny uznał aborcję z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu za niedopuszczalną. To w praktyce oznacza niemal całkowity zakaz aborcji. Te liczby padły już w ostatnich dniach wielokrotnie, ale przytoczmy je jeszcze raz, czarno na białym:

Z 1110 legalnie dokonanych w zeszłym roku aborcji dokładnie 1074, czyli 96,7 proc., to były właśnie przypadki związane z ciężkim uszkodzeniem płodu.

Jednak skali reakcji chyba nikt nie przewidział. Mimo epidemii mamy masowe protesty na ulicach.

I to nie tylko na ulicach Warszawy, Poznania czy Krakowa, ale też Rogoźna, Pobiedzisk i wielu innych mniejszych miast. Kobiety są - delikatnie mówiąc - wkurzone. Mniej łagodne i eleganckie określenie tych nastrojów może podpowiedzieć posłanka Joanna Jaśkowiak.

Mnóstwo moich koleżanek daje temu wyraz na różnych Facebookach czy innych Instagramach. Także te, które dotąd na co dzień bynajmniej nie afiszowały się szczególnie z lewicowymi czy antyrządowymi poglądami, ale teraz najwyraźniej nie wytrzymały.



Rektor UAM - tak się złożyło, że od niedawna jest to kobieta - pisze w liście, że nie może nie zareagować na "piekło kobiet". Szef Muzeum Narodowego w Poznaniu dla odmiany czołobitnie dziękuje politykowi PiS za załatwienie w trybunale zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych.

Protestujący próbują wtargnąć do siedziby abp. Stanisława Gądeckiego, w niedzielę doprowadzają do przerwania mszy w katedrze, w odpowiedzi mamy oświadczenie, w którym szef episkopatu skupia się na krytykowaniu profanacji.

To są rzeczy, które jeszcze chwilę temu wydawało się... no, może niezupełnie nie do pomyślenia, ale po prostu się nie działy. Teraz coś w ludziach pękło. Jest naprawdę grubo.

Masowe protesty już były

Dyskusję o aborcji łatwo sprowadzić do pozornie prostych pytań w stylu "jesteś za życiem czy nie?" albo "jesteś za tym, by kobieta mogła decydować o własnym ciele, czy nie?". I potem przypiąć komuś łatkę "mordercy dzieci" czy "mordercy kobiet".

Ja nie jestem etykiem, nie jestem też lekarzem, by wdawać się w dywagacje, kiedy właściwie to życie się zaczyna. Jestem też facetem, a nie kobietą, dlatego nie mogę się nawet domyślać, co może czuć dziewczyna postawiona przed dramatyczną decyzją o zostawieniu lub usunięciu ciąży.

Zwłaszcza gdy takiej decyzji nie będzie już mogła podjąć. Nawet gdy będzie musiała urodzić martwe dziecko, albo takie, które umrze krótko po porodzie.



Za to widzę, co dzieje się na ulicach, zdaje się, że coś tam również wiem o polityce. Dlatego pozwolę sobie po prostu przeanalizować potencjalne polityczne skutki całej zawieruchy.

To najpierw kubeł zimnej wody na głowy wszystkich, którym się wydaje, że rząd PiS za chwilę wyleci z hukiem albo sam poda się do dymisji pod wpływem protestów. Takich spraw, które ponoć "obalą rząd", było już za rządów Zjednoczonej Prawicy kilka:

Zima 2015/16
- przejmowanie Trybunału Konstytucyjnego przez PiS pod pretekstem jego "naprawy", co wywołało duże, niespotykane wcześniej demonstracje przeciw działaniom rządzących i narodziny Komitetu Obrony Demokracji

Lipiec 2017
- masowe protesty, tzw. łańcuchy światła, gromadzące w samym Poznaniu po kilkanaście tysięcy ludzi przeciw próbom upolitycznienia sądów, co skończyło się niespodziewanym zawetowaniem dwóch z trzech ustaw przez prezydenta Andrzeja Dudę

Kwiecień 2020
- sprzeciw wicepremiera Jarosława Gowina wobec szalonego planu organizacji pod przykrywką epidemii wyborów "pocztowych", co miało ułatwić prezydentowi Dudzie reelekcję (sondaże jasno wskazywały, że w takich wyborach zagłosują głównie sympatycy PiS)

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020 nie w maju, tylko później, czyli Kaczyński z Gowinem dogadali się przy zielonym stoliku

Wrzesień 2020
- dość niespodziewana wolta Zbigniewa Ziobry, który zaszantażował Jarosława Kaczyńskiego przy dyskusji o nowej umowie koalicyjnej i rekonstrukcji rządu, co o mało nie skończyło się rozpadem rządzącej koalicji

Zwłaszcza latem 2017 r. słyszeliśmy DOKŁADNIE to samo co teraz. Czyli że na protestach mnóstwo młodych ludzi, takich niezainteresowanych polityką, którzy poczuli, że ich prawa są zagrożone.

I co? I nic. Trzy lata później dyscyplinowanie sędziów, by orzekali tak, jak sobie tego władza życzy, trwa w najlepsze - o szczegółach mogą Wam opowiedzieć Beata Morawiec czy Sławomir Jęksa.

Zajmuje się tym m.in. izba dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym, obsadzona na wniosek upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa, obie wybrane na podstawie przepisów niemal identycznych z tymi, które wtedy zawetował prezydent Duda.

Czuwa nad tym Zbigniew Ziobro - który jak gdyby nigdy nic dalej jest ministrem sprawiedliwości. Żadna koalicja się bowiem nie rozpadła, ba, do rządu po krótkiej banicji wrócił nawet wicepremier Jarosław Gowin.

Oprotestowane przez niego wybory korespondencyjne co prawda się nie odbyły, za to odbyły się zwykłe, i zakończyły się dokładnie takim samym rezultatem - zwycięstwem prezydenta Dudy.

Jak natomiast ma się Trybunał Konstytucyjny - mogliśmy się przekonać choćby w ostatni czwartek.

Politycy PiS w poważnych tarapatach

Tym razem jednak tarapaty, w jakie wpakowali się rządzący otwierając tę puszkę Pandory puszkę Przyłębskiej, wydają się znacznie poważniejsze. Z kilku powodów.

Primo: zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych jest przeciwna większość Polaków. Tak często rządzący powoływali się w ostatnich latach na "suwerena", na niepodważalną wolę większości, że pozostaje tylko przytoczyć wyniki sondaży przeanalizowanych ostatnio przez Onet:

- w zeszłorocznym sondażu dla "Rzeczpospolitej" 49,9 proc. chciało utrzymania tzw. kompromisu aborcyjnego, 28,7 proc. poluzowania, a tylko 14,9 proc. - zaostrzenia

- w zeszłorocznym sondażu dla "Gazety Wyborczej" niespodziewanie aż 58 proc. było za aborcją na życzenie nawet do 12. tygodnia ciąży, a tylko 35 proc. było temu przeciwna

- w sondażach CBOS, w których pytano ściśle o możliwość przerywania ciąży właśnie ze względu na upośledzenie płodu, w latach 1992-2016 ZAWSZE większość - od 53 do nawet 71 proc. - była za

Secundo: rządzący podpadli drugi raz w tej samej sprawie. Kobiety już wcześniej dawały ostrzeżenie w temacie aborcji. Przypomnijmy, że pierwsze tzw. czarne protesty z października 2016 r. również dotyczyły propozycji zaostrzenia prawa aborcyjnego.



Co ciekawe - wtedy również nie chodziło formalnie o propozycję partii rządzącej. Tylko o projekt Stop Aborcji, przygotowany przez Ordo Iuris, który posłowie po prostu dopuścili do dalszych prac.

Jednocześnie odrzucili projekt komitetu Ratujmy Kobiety zakładający liberalizację tych przepisów. Społeczny odbiór był taki, że to wstęp do tego, by aborcji całkowicie zakazać i że stoi za tym PiS.

To była pierwsza sprawa - i do dzisiaj jedna z nielicznych - w której Kaczyński i spółka wycofali się z czegoś właśnie pod wpływem masowych protestów. To był sygnał ostrzegawczy i potem już rządzący starali się sprawy nie tykać. Aż do teraz.

Tertio: zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych to dla ludzi akurat prosty temat. Tak, światopoglądowy, ale zrozumiały i w zasadzie zero-jedynkowy. Zupełnie inaczej niż "wieże Kaczyńskiego" czy afera KNF.

Tu nie da się sprawy rozmydlić, powiedzieć, że jest niejednoznaczna, czy że coś zostało wyrwane z kontekstu. No nie. Trybunał Konstytucyjny - upolityczniony i traktowany dziś powszechnie jako przybudówka partii rządzącej - zakazał usuwać ciążę ze względu na uszkodzenie płodu. Kropka.

Tak na marginesie... Pamiętacie z początku rządów PiS te teksty: "Kogo obchodzi Trybunał Konstytucyjny?". Dzisiaj widzimy, że jednak obchodzi, gdy tylko zabierze się za - przepraszam za lekką ironię w kontekście epidemicznych zakazów - "sprawy życia codziennego".

To już wtedy było do przewidzenia, tak samo jak do przewidzenia było to, że protesty w takich sprawach wybuchną już po fakcie. Czyli dopiero po jakimś kontrowersyjnym orzeczeniu trybunału.

Quatro: tak naprawdę nie tylko o aborcję tu chodzi. To oczywiście jest główny powód protestów, tego wkurzenia, co widać zresztą po tym, że zdecydowaną większość demonstrantów stanowią kobiety.

Ale trudno nie zauważyć, że zarówno wśród nich samych, jak i wśród protestujących facetów, jest kumulacja złości również w innych sprawach. Bolesna reforma oświaty. Skandaliczna propaganda mediów publicznych państwowych. Polityczna policja i prokuratura. Sojusz władzy z Kościołem.

To dlatego demonstranci w Poznaniu m.in. atakują samochód ekipy TVP, bazgrzą po płocie Radia Poznań, przerywają mszę w katedrze, wykrzykują obraźliwe hasła pod adresem abp. Gądeckiego.



Tak na marginesie: przypomnijcie sobie, jak przed rokiem biskupi grzmieli, że grupka na marszu równości parodiuje mszę. Jaka straszna profanacja! Dziś się przekonują, jak wygląda ta Polska ponoć "w większości katolicka". Zapewne wiele by oddali, by mieć tylko takie zmartwienia jak wcześniej.

To wszystko dało się już zauważyć na wiecach Rafała Trzaskowskiego w kampanii prezydenckiej. Tyle że wtedy - poza samą nadzieją krytyków PiS, że uda się ukrócić te rządy - nie było konkretnej sprawy, która przelałaby czarę goryczy i dała upust tej złości.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020. Rafał Trzaskowski stoi na czele oburzonych. Czy Andrzej Duda obroni Wersal, tfu, Krakowskie Przedmieście?

Teraz wyszła sprawa aborcji. I pociągnęła za sobą wkurzenie ludzi na wszystkie pozostałe skutki rządów Zjednoczonej Prawicy. Znamienne, że do protestujących kobiet dołączali w ostatnich dniach m.in. oburzeni rolnicy z Nowego Dworu Gdańskiego, poparcie wyrazili też górnicy na Śląsku ze związku Sierpień 80.

I wreszcie quinto: protesty wybuchły w wyjątkowo niekorzystnym dla władzy momencie. Rząd przestał panować nad epidemią, brakuje miejsc w szpitalach, za chwilę z powodu częściowego lockdownu zapewne będą regularne demonstracje restauratorów i innych branż.

Jakby tego było mało - od paru tygodni protestują też rolnicy. Rządzący nieopatrznie podpadli im tzw. piątką dla zwierząt. Zaledwie miesiąc temu, w bardzo nerwowej atmosferze, udało się z kolei zażegnać wewnętrzny kryzys w samej koalicji.

Teraz właśnie - gdy jeszcze jedna wojna była Kaczyńskiemu i spółce do szczęścia najmniej potrzebna - Trybunał Konstytucyjny orzeka w praktyce niemal całkowity zakaz aborcji. Dodajmy, że nie na wniosek krasnoludków, tylko grupy 119 posłów - w większości z PiS.



Twarzą tej całej akcji był od początku poznański poseł PiS Bartłomiej Wróblewski. Ten sam, który nie dalej jak kilka tygodni temu został... zawieszony w partii, i zdaje się, że dotąd nikt go jeszcze nie odwiesił. Mimo to właśnie on prezentował wniosek przed Trybunałem Konstytucyjnym.

To dość symboliczne w kontekście wspomnianych pozostałych problemów władzy.

To nie będzie nagły upadek rządu

Już pewnie nigdy się do końca nie dowiemy, czy plan faktycznie był taki, że upolityczniony trybunał prezes Przyłębskiej przyklepie zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. I że przejdzie to bez większego echa - bo ludzie w środku epidemii nie wyjdą na ulice.

Czy może jednak rządzący chcieli przekitrać ten wniosek bez tykania go - zresztą tak samo jak w poprzedniej kadencji? Na to wskazywałoby wcześniejsze przekładanie rozprawy przez samą Przyłębską.

Tak czy inaczej - wyszło koszmarnie. Zarówno dla protestujących kobiet, jak i dla samych rządzących, którzy na własne życzenie zgotowali sobie ogromy problem. Z którego nie da się łatwo wybrnąć.



Teraz jednak jeszcze jeden kubeł zimnej wody na głowy krytyków rządu. Te wszystkie protesty, blokady dróg, obrzucanie nie tylko wyzwiskami biur poselskich PiS... To są obrazki głównie z miast.

Jednocześnie na ścianie wschodniej, w pierwszej lepszej podkarpackiej czy lubelskiej wsi, w domach siedzi mnóstwo kobiet wychowanych w konserwatywnych rodzinach i w duchu bogobojnego szacunku wobec Kościoła.

Trudno mi dywagować, co sądzą o samej aborcji, ale nawet jeśli któraś myśli to samo co te z Warszawy czy z Poznania, to niekoniecznie będzie się z tymi poglądami wychylać. Zwłaszcza przy mężu - który niemal na bank głosował przed rokiem na PiS albo na Konfederację.

Dlatego nie miejmy złudzeń - żaden głośny protest kobiet nie obali tego rządu z dnia na dzień. Nie ma go bowiem tam, gdzie PiS ma najważniejsze grono wyborców. To się oczywiście może zmienić - ale w dłuższej perspektywie. To będzie prędzej powolne umieranie niż nagły upadek.

Moim zdaniem kluczowe nie tylko, ile z tych oburzonych kobiet na ulicach dużych miast głosowało 12 lipca na Andrzeja Dudę, ale przede wszystkim - ilu z jego wyborców i wyborczyń z II tury na prowincji pomyślało sobie po wyroku TK: "z tymi rządzącymi jest coś nie tak".

Zaraz, zaraz, zapytacie, jak niby ktoś, kto głosował na Dudę (który - przypomnijmy - nie raz krytykował aborcję z powodu uszkodzenia płodu) może teraz protestować przeciw zaostrzaniu prawa aborcyjnego? Serio?

Tak - serio. Przykładowo te 15 proc. wyborców Roberta Biedronia, czyli jakieś 60 tys. ludzi, którzy w II turze poparli Dudę, to Waszym zdaniem też jest "za życiem od poczęcia do naturalnej śmierci"? Trudno wręcz uwierzyć, jak różni byli głosujący na Dudę, z jak różnych są środowisk.

Minęło wczoraj dokładnie pięć lat od przejęcia władzy przez PiS. Często słyszeliśmy przy różnych kontrowersyjnych pomysłach tej ekipy, że "podpalają Polskę", ale dotąd była to tylko przenośnia.

Teraz Kaczyński i spółka przekonują się na własne oczy, że jeśli będą dalej na rympał dążyć do swojej wymarzonej wizji konserwatywnej, patriotycznej, katolickiej Polski bez oglądania się na tych, którzy tej wizji nie podzielają, to ta Polska może niebawem zapłonąć dosłownie.

A wtedy nie da się już tego obejść jakimś przenoszeniem obrad do sali kolumnowej czy niedrukowaniem wyroku.