www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Jednak nie trzasło! Prezydent Andrzej Duda wygrywa plebiscyt, opozycja traci szansę

14 lipca 2020

Wybory prezydenckie 2020. Jednak nie trzasło! Prezydent Andrzej Duda wygrywa plebiscyt, opozycja traci szansę

#Wybory prezydenckie 2020  #Andrzej Duda  #Rafał Trzaskowski  #PiS  #Koalicja Obywatelska

Nieznaczna, ale jednak większość Polaków właśnie potwierdziła, że chce dalszych rządów Zjednoczonej Prawicy. Prezydent Andrzej Duda obronił się przed pościgiem Rafała Trzaskowskiego. Takiej szansy, by zatrzymać tę rewolucję, opozycja już długo mieć nie będzie.

Zaraz po I turze pisałem tutaj, że teraz to dopiero będzie prawdziwy plebiscyt, już bez udziału żadnych "osób trzecich".

No i był plebiscyt. Za dalszymi rządami Zjednoczonej Prawicy zagłosowało w niedzielę 51 proc. Polaków. Oczywiście z tych, co głosowali, czyli rekordowe 10,4 mln ludzi.



Gdy wyświetliły się wyniki exit poll - w zasadzie jeszcze nic nie było rozstrzygnięte. Zresztą sam IPSOS zastrzegał, że przy rezultatach Duda 50,4 proc. / Trzaskowski 49,6 proc. nie da się wskazać zwycięzcy.

Jednak już wtedy zarówno w poznańskim sztabie PiS - z którego tym razem relacjonowałem - jak i na wieczorze samego prezydenta Dudy w Pułtusku nikt nie miał większych wątpliwości, kto wygrał.

Kto wie - może właśnie tego zabrakło opozycji? Takiej niezachwianej wiary w zwycięstwo? Badania pokazywały, że choć obaj kandydaci idą łeb w łeb, to nawet zwolennicy Trzaskowskiego byli w dużej części przekonani, że wygra Duda.

To było niezrozumiałe. Z różnych wyliczeń, potencjalnych przepływów wyborców itd. jasno wynikało, że kandydat Koalicji Obywatelskiej ma spore szanse na wygraną.

Sytuację po I turze przyrównałem do biegu pościgowego w biathlonie. Prezydent Duda wyruszył na trasę z dużą przewagą, ale nie miał kompletu amunicji (tak się przynajmniej zdawało...), więc po strzelaniach musiał biegać karne rundy.

Za to Trzaskowski strzelał w miarę bezbłędnie. I gonił, gonił, ale nie dogonił. Duda na finiszu zorientował się, że rywal jest tuż tuż, więc zmobilizował się maksymalnie i niesiony dopingiem kibiców z małych okolicznych miasteczek odparł atak.

Andrzej Duda znalazł dwa miliony

Ta wzmianka o "małych okolicznych miasteczkach" nie jest przypadkowa. Prezydent w niespotykany dotąd sposób zmobilizował wsie i mniejsze miejscowości. Już frekwencja o godz. 12 kazała wszystkie wcześniejsze wyliczenia i analizy wyrzucić do kosza.



Sprawdziły się przewidywane przepływy wyborców - m.in. kluczowe dla Trzaskowskiego 86 proc. głosujących na Szymona Hołownię. Ale co z tego, skoro na II turę ruszył ponad 1 mln ludzi, którzy nie poszli do urn dwa tygodnie wcześniej?

Z tych "nowych" wyborców kandydat opozycji przekonał około połowy. Za mało. Zdawało się, że Duda będzie miał kłopoty z uzbieraniem miliona dodatkowych głosów, tymczasem jego wynik pokazuje, że znalazł ich dwa miliony! Niesłychany sukces.

Mimo wszystko - koniec końców - różnica była malutka. Przypominam sobie własny start sprzed paru lat w triathlonie w Chodzieży (tu w niedzielę w 67 proc. za Trzaskowskim), gdy na dystansie 1/8 IM bardzo chciałem złamać granicę półtorej godziny, ale wpadłem na metę z wynikiem 1 godz. 30 min 09 s.

Zastanawiałem się potem... Gdzie mogłem zgubić te 10 sekund? Może wystarczyło się ustawić w wodzie bliżej linii startu? Może za długo byłem w strefie zmian? A może dało się kilka razy mocniej przycisnąć na rowerze? Co gdyby... co gdyby...?

Tak samo Rafał Trzaskowski i jego sztabowcy na pewno zadają sobie teraz różne pytania. Czy nie należało jednak pojechać na debatę do Końskich? Może warto było odpuścić wizytę we Wrocławiu i odwiedzić jakieś mniejsze miejscowości?

Co gdyby w Warszawie nie rozwalił się autobus z kierowcą po narkotykach? Czy jakieś głosy odpłynęły ze strumieniami na ulicach zalanej stolicy po ulewie? I wreszcie - czy zwycięstwo byłoby realne, gdyby Trzaskowski raczył pamiętać, jak głosował w sprawie niższego wieku emerytalnego?



Teraz to wszystko już bez znaczenia. No nie pykło. A właściwie - nie trzasło. Większość Polaków przy urnach - nieznaczna, ale jednak większość! - zagłosowała w niedzielę nie za Polską według Trzaskowskiego, tylko za Polską według Dudy, Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Zgrabnie ujęli to Jerzy Baczyński i Wiesław Władyka w przedwyborczym numerze "Polityki":

Ponownie zwycięstwo Dudy, w zero-jedynkowych wyborach, da prezesowi PiS to, czego pragnie: ostatni, najważniejszy stempel, potwierdzający, że Polacy aprobują to, co robi, że tego właśnie chcą albo przynajmniej nie protestują.

Tak jak jesienią 2018 r. Jacek Jaśkowiak - przy wszystkich zastrzeżeniach, niekonsekwencjach i niespełnionych obietnicach - wygrał wybory w Poznaniu...

ZOBACZ TAKŻE: Wybory 2018. Prezydent Jacek Jaśkowiak ZNOKAUTOWAŁ rywali. Tak się kończy zaklinanie rzeczywistości

...tak teraz Andrzej Duda mimo tylu kontrowersyjnych działań, niekiedy bezprawnych i dalekich od standardów liberalnej demokracji, sięga po reelekcję w całej Polsce i nie można tej decyzji ludzi podważać.

Za każdym razem, gdy odezwą się teraz głosy o łamaniu konstytucji, upolitycznianiu sądów, mediów czy innych instytucji (takie próby z pewnością będą), rządzący będą mogli z rozbrajającą szczerością odpowiedzieć: przecież tego chcieli Polacy. Z pełną świadomością za tym zagłosowali.

Rządzącym spadł kamień z serca

Teraz prezydent i reszta ekipy rządzącej naprawdę mogą odetchnąć z wielką ulgą. Tak się bowiem składa, że ewentualną sensacyjną przegraną Dudy w wyborach prezydenckich pachniało już od dłuższego czasu, tylko nie wszyscy to dostrzegali.

Już sondaże sprzed 2-3 lat - w których Duda tylko nieznacznie wygrywał z Donaldem Tuskiem (!) - dawały do myślenia. Później mieliśmy zeszłoroczne wybory parlamentarne i udany pakt opozycji w sprawie Senatu. Kandydaci "niepisowscy" zdobyli tam o 2 mln głosów więcej niż PiS.

I wreszcie słabe były notowania Dudy - zaledwie ok. 50 proc. na starcie kampanii. Zdawałoby się, że to dużo, jednak obeznani z polityką wiedzieli, że jak na urzędującego prezydenta to mało, i że będzie spadać.

Oczywiście rządzący też to wiedzieli. To dlatego mieliśmy skandaliczną próbę zrobienia wyborów "pocztowych" 10 maja, by wykorzystać moment, w którym kontrkandydaci nie mogli prowadzić kampanii, a Polacy bardziej niż polityką byli akurat zajęci ratowaniem pracy i szukaniem pieniędzy na zapłacenie rachunków.



To, że przynajmniej niektórzy z rządzących musieli być - przepraszam za wyrażenie, ale trafniejszego nie znajduję - posrani na myśl o porażce Dudy i realnie brali ją pod uwagę, potwierdziły też dalsze wydarzenia:

- zarządzenie nowych wyborów jeszcze w czerwcu, by maksymalnie skrócić kampanię wyborczą

- akcja z wozami strażackimi za frekwencję, skierowana do gmin do 20 tys. mieszkańców, czyli dziwnym trafem akurat tam, gdzie Duda ma najwyższe poparcie

- apel premiera Mateusza Morawieckiego do starszych ludzi (kolejna grupa wspierająca głównie Dudę), że mogą spokojnie iść głosować, bo "wirus jest w odwrocie"

- alerty rozsyłane przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (!), przypominające o wyborach, ale przede wszystkim o tym, że wyborcy 65+, niepełnosprawni i kobiety w ciąży (o rodzicach z małymi dziećmi już zapomniano wspomnieć) mogą głosować z pominięciem kolejki

Zaraz zwolennicy PiS odezwą się, że to tylko zachęty profrekwencyjne, więc co w tym złego i o co w ogóle kaman. No jasne. Możemy zgrywać głupich i udawać, że nie wiemy, któremu z kandydatów miały służyć te akcje skierowane do tych, a nie innych grup wyborców, pod przykrywką walki o lepszą frekwencję.

Już pomijam fakt, że wciągnięty w kampanię jak nigdy wcześniej został cały aparat rządowy. Z premierem Morawieckim na czele, jeżdżącym po kraju i rozdającym czeki, i oczywiście z telewizją publiczną państwową uprawiającą codziennie o 19.30 propagandę chwilami jak z Korei Północnej.

Takiej szansy opozycja już mieć nie będzie

Jednak Trzaskowski i spółka bynajmniej nie mogą mówić o trudnych warunkach kampanii. Żal patrzeć, jak się tym teraz tłumaczą, prawda jest bowiem taka, że tylu sprzyjających okoliczności opozycja już chyba nigdy mieć nie będzie:

- zablokowanie wyborów 10 maja przez Jarosława Gowina, dzięki czemu mogły w ogóle odbyć się prawdziwe wybory z rzeczywistą rywalizacją

- niespodziewania możliwość zmiany kandydata, bo Małgorzata Kidawa-Błońska, z całym szacunkiem, tak zaciętej i wyrównanej walki z Andrzejem Dudą raczej by nie stoczyła

- już wspomniana krótka kampania, która z założenia miała służyć Dudzie, ale w praktyce posłużyła Trzaskowskiemu, tak samo jak zaledwie tydzień na zebranie 100 tys. podpisów

Nawet TVP za wiele na Trzaskowskiego nie znalazła. Najwyżej ulewę w Warszawie i kierowców Arrivy po narkotykach. Także sondaże przed II turą pokazujące, że kandydaci idą łeb w łeb, sprzyjały Trzaskowskiemu.



Do tego żaden z kandydatów, którzy odpadli w I turze, nie poparł Dudy (halo, mówimy o LICZĄCYCH SIĘ kandydatach, panie Jakubiak!). Nie zrobił tego nawet Krzysztof Bosak. Przeciwnie - dystansował się jak mógł od obu rywali.

Jeszcze jakieś pół roku temu założylibyśmy w ciemno, że wyborcy Konfederacji w II turze tłumnie wesprą Dudę, tymczasem zrobiło tak jakieś 30 proc. z nich. Reszta nie poszła głosować albo poparła Trzaskowskiego.

To wszystko było jednak za mało. I to w wyborach, które dla opozycji były największą szansą, by zatrzymać rewolucję Kaczyńskiego. Tylko tu - w II turze prezydenckiego pojedynku - jeden człowiek mógł skupić wszystkich przeciwników rządów PiS. Tych wszystkich, którzy "mają dość".

Tymczasem okazało się, że ludzi wspierających tzw. dobrą zmianę jest więcej. O niecałe pół miliona.

Zagadką do rozgryzienia przez socjologów na pewno pozostanie np. 16 proc. wyborców Roberta Biedronia, którzy w II turze poparli Dudę (jeśli w większości poszli na wybory - to jakieś 60 tys. ludzi!).

Zagadką, na którą już nigdy nie poznamy odpowiedzi pozostanie też to, czy faktycznie większe szanse na pokonanie Dudy w II turze miałby Szymon Hołownia lub Władysław Kosiniak-Kamysz. Ale najpierw któryś z nich musiałby do tej dogrywki wejść. Z Trzaskowskim nie mieli na to szans.

Wyborów parlamentarnych - przy obecnej mobilizacji wyborców, czy wręcz nawet wyznawców PiS, dla 69 proc. z nich Duda był "idealnym kandydatem" - nawet w 2023 r. opozycja podzielona na kilka obozów nie wygra.

Tam nie będzie żadnej II tury, w której można byłoby skupić krytyków władzy, zagłosować "przeciw". Tam opozycja może co najwyżej walczyć o pozbawienie Kaczyńskiego bezwzględnej większości w Sejmie.

Jest jednak ta grupa 10 mln ludzi, która "przeciw" zagłosowała w minioną niedzielę. W tej dogrywce Rafała Trzaskowskiego poparły ponad 4 mln wyborców, dla których jeszcze dwa tygodnie temu wcale nie był ich kandydatem, ale najwyraźniej poparli go, by odsunąć PiS od władzy.

Ta niemała grupa przypuszczalnie naprawdę ma dość. Niewykluczone, że powoli będzie rosnąć.

To poważne ostrzeżenie i w tej chwili główny - w zasadzie jedyny - problem Jarosława Kaczyńskiego, Andrzeja Dudy i spółki, nad którym będą musieli się pochylić, gdy już dopiją szampana.