www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Jaka kampania - taka debata. Co to był w ogóle, kurna, za cyrk?!

7 lipca 2020

Wybory prezydenckie 2020. Jaka kampania - taka debata. Co to był w ogóle, kurna, za cyrk?!

#Wybory prezydenckie 2020  #Andrzej Duda  #Rafał Trzaskowski  #debata  #Leszno  #Końskie  #TVP

Doszliśmy do punktu, w którym debatę przed wyborami musieliby zorganizować Marsjanie, żeby nikt nie podważał jej uczciwości. A to też nie takie pewne. Tak czy inaczej - w poniedziałek Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski debatowali osobno.

Jeszcze w poniedziałek wieczorem chciałem o tym pisać całkowicie na poważnie. Zwłaszcza że dla mnie osobiście brak debaty kandydatów na prezydenta to gigantyczne rozczarowanie.

Jestem bowiem pod względem politycznym "wychowany" na wydarzeniach sprzed przyspieszonych wyborów w 2007 r., gdy dyskusje liderów w studiu telewizyjnym były swoistą kropką nad "i", i - co tu dużo mówić - w dużej mierze zdecydowały o wyniku wyborów.

Dlatego wczoraj wieczorem - przełączając z TVP Info na TVN24 i z powrotem - miałem ochotę napisać, że dwie osobne debaty to taki symbol naszych podziałów. Tej nieznośnej napiętej atmosfery, właściwie całej sytuacji, jaką w Polsce mamy od ładnych paru lat.

Cyrk zamiast debaty

Jednak organizatorzy obu tych "debat" i sami kandydaci dostarczyli ostatecznie tyle lolcontentu, że pisać o tym poważnie prawdopodobnie by się nie dało, pozostaje mi zatem kpina i szydera.

Dziwacznych eventów, które nie zawsze słusznie aspirowały do miana debaty, mieliśmy już kiedyś kilka, np.:

- dyskusję prof. Jadwigi Staniszkis (zanim jeszcze przejrzała na oczy...) z Jarosławem Kaczyńskim przed wyborami prezydenckimi w 2010 r.

- jakże pasjonujące starcie premiera Donalda Tuska z... wicepremierem Waldemarem Pawlakiem przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r.

- "debata, której nie było", czyli dyskusja, jaką przed II turą wyborów prezydenta Poznania w 2014 r. próbował zorganizować sztab Ryszarda Grobelnego, ale Jacek Jaśkowiak nie zgodził się na narzucane warunki i nie przyszedł

To, co się wydarzyło wczoraj w Końskich i w Lesznie, przeszło jednak najśmielsze oczekiwania.

Zafundowano nam w ten ciepły lipcowy wieczór taki cyrk, że z jego formalnym zarejestrowaniem byłoby prawdopodobnie jeszcze mniej problemów, niż miał właściciel słynnej hodowli zwierząt w Pyszącej pod Śremem.

Kandydat Koalicji Obywatelskiej dodatkowo wpisał się w tę konwencję, nazywając swój event "areną", dla niepoznaki tylko prezydencką - a nie cyrkową.

Widzowie mogli sobie pooglądać występy na jednej arenie, przełączyć na drugą, porównać co lepsze. Zabrakło tylko przerywnika muzycznego - np. w postaci występu Britney Spears ze stosowną piosenką.



Jako pierwszy na ten ring, tfu, na cyrkową arenę wyszedł Rafał Trzaskowski. Mównice oczywiście były dwie - ta druga to już standard również na jego wiecach wyborczych, na których od paru dni wzywał prezydenta do debaty.

Ale już odliczanie czasu sztab Trzaskowskiego naprawdę mógł sobie darować. Zapewne miało to stwarzać dodatkowe pozory debaty... Tylko jeśli wziąć pod uwagę, kto był tej "debaty" organizatorem, to wyglądało dość komicznie.



Jedno trzeba Trzaskowskiemu przyznać. Zaprosił naprawdę różne redakcje, wysłuchiwał naprawdę różnych - często niewygodnych - pytań, i na nie odpowiadał. Także na to o konwencję stambulską.

Zresztą trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie pytania od niezbyt przychylnych Trzaskowskiemu mediów - z TVP na czele - przez całą kampanię sprawiają mu największą frajdę. To go ewidentnie nakręca.

Budzi się w nim wtedy fighter, robi się wręcz do przesady agresywny, i dokładnie tak samo było wczoraj. Potencjalny przyszły prezydent powinien chyba jednak nad tym panować. Na wiecu można to jeszcze wytłumaczyć psychologią tłumu. Ale tu?

Zupełnie nie mam pojęcia, po co były te złośliwości pod adresem TVP czy Gazety Polskiej, zwłaszcza że ich dziennikarze byli tutaj - jak by nie patrzeć - gośćmi Trzaskowskiego. A pytania zadali wcale nie z kategorii tych najgorszych typu o komunię świętą syna.

Dobra, dobra, my tu gadu gadu o Trzaskowskim, a przecież po półgodzinie wjechała debata TVP.



Tam poszli jeszcze dalej, bo nie tylko ustawili pustą mównicę, nie tylko odliczali czas, ale nawet... oddawali głos nieobecnemu kandydatowi.

- Rafał Trzaskowski niestety nie odpowiedział - mówił z nieukrywanym żalem Michał Adamczyk, który - jak podkreślał - był tylko moderatorem tej niecodziennej "dyskusji".

Już natomiast prawdziwym hitem było, gdy Adamczyk oznajmił, że w pierwszej części nie mogło być widowni w studiu, bo "nie zgodził się na to sztab Rafała Trzaskowskiego".



Ta dyskusja miała teoretycznie ten atut, że mimo wszystko organizowali ją dziennikarze, a nie sztab któregoś z kandydatów.

Tyle że od początku towarzyszyły jej poważne wątpliwości. Każdy, kto oglądał choćby poprzednią debatę przed I turą i nie jest fanatykiem PiS, zapewne te wątpliwości rozumiał. Każdy, kto dzień w dzień ogląda o 19.30 Wiadomości, zapewne nie tylko je rozumiał, ale miał ich jeszcze więcej.

Szefowie TVP też chyba zrozumieli, że poprzednio przegięli pałę, i że tym razem w bezstronność ich dziennikarzy oraz zadawanych przez nich pytań nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy.

Dlatego postawili na zupełnie inną formułę. Czyli pytania zadawane przez "zwykłych ludzi". Dzięki temu nie tylko można było osłabić zarzuty o stronniczość, ale też dać w TVP Info paski typu "Trzaskowski zlekceważył mieszkańców Końskich".

Szybko okazało się, że ci mieszkańcy mają jednak nieco inne pytania do obecnego i - być może - również przyszłego prezydenta niż wprowadzenie euro, przygotowania do komunii św. czy adopcja dzieci przez pary homoseksualne.

Zupełnie inna sprawa, jak mogła wyglądać selekcja tych pytań, której przecież przy takiej liczbie trzeba było dokonać. I czy prezydent te pytania znał. Takie podejrzenia były przecież jeszcze na długo przed debatą, choć oczywiście nikt nikogo za rękę nie złapał.

Złapano za to, czy raczej wyłapano, ludzi na widowni związanych m.in. z PiS i Solidarną Polską. To również oni zadawali Dudzie pytania. Cała narracja, że to nie żadna "ustawka", tylko spotkanie ze zwykłymi wyborcami, została mocno podkopana.



Z kolei na debacie Trzaskowskiego w Lesznie, dla odmiany, mieliśmy dziennikarza pisma "Najwyższy Czas", a jednocześnie... pracownik warszawskiego ratusza. A konkretnie urzędu jednej z dzielnic.

Prezydent przejechał się na szczepionkach

Jedną i drugą debatę podsumowali... No, oczywiście, sami kandydaci. Przyznajmy, że gdyby było ich dwóch, to miałoby to nieco większy sens.

A tak - dyskusję z Rafałem Trzaskowskim podsumował Rafał Trzaskowski. Dyskusję z Andrzejem Dudą podsumował Andrzej Duda. Zwłaszcza w przypadku kandydata KO, którego o spuentowanie debaty poprosił jego własny sztab, zabrzmiało to wyjątkowo kuriozalnie.

Jeszcze lepszy numer zrobił jednak własnemu sztabowi prezydent. To niemała sztuka, wyrżnąć się na debacie, w której nie ma żadnego rywala, a prowadzący ją dziennikarz oraz widownia wyraźnie sympatyzują z tobą i popierającą cię partią.

Tymczasem wiele wskazuje, że Andrzejowi Dudzie się udało. Jego wypowiedź o szczepieniach zapewne miała być okiem puszczonym do pewnej części wyborców Konfederacji. Tyle że wyszło to wyjątkowo niezgrabnie.

- Jeżeli chodzi o szczepionkę [na Covid-19]... Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych. Powiem państwu otwarcie: ja osobiście nigdy się nie zaszczepiłem na grypę - oświadczył prezydent.



Można jedynie przypuszczać, że stwierdzenie "jakichkolwiek szczepień obowiązkowych" było tu skrótem myślowym od "jakichkolwiek szczepień obowiązkowych na Covid-19", ale zabrzmiało to jak zabrzmiało. I teraz mówi o tym pół Polski. Przynajmniej tej medialnej.

Prezydent - zamiast przyznać wprost: źle to sformułowałem, zabrzmiało niezręcznie, nie to miałem na myśli - zareagował wyjątkowo agresywnie, z jakimiś hasłami "stop manipulacji" i naskakiwaniem na pytających o sprawę dziennikarzy.

To oczywiście nie ten sam kaliber, co hasło "ułaskawił pedofila", ale jakiś ślad wątpliwości może u co niektórych przed niedzielą pozostawić.

Musiałoby wylądować UFO

Pomyśleć, że blisko pięć lat temu marudziliśmy, że premier Ewa Kopacz z Beatą Szydło podczas debaty nie bardzo chciały odpowiadać na zadawane im pytania. To był wtedy nasz najpoważniejszy problem.



Teraz dotarliśmy do punktu, w którym co prawda debaty są aż dwie, ale w każdej na pytania odpowiada już tylko jeden kandydat.

Strach pomyśleć, co będzie za kolejne pięć lat. Kandydatowi pytania będą zadawać jego sztabowcy? Może wymyśli je i zada sobie sam kandydat?

Mamy dokładnie taką debatę, na jaką zasłużyła sobie ta kampania, pełna szarpanin na wiecach, wyzwisk, wzajemnych oskarżeń i niszczenia plakatów wyborczych.

Mieliśmy wcześniej również z jednej strony szaloną próbę przeprowadzenia wyborów za wszelką cenę 10 maja, w środku epidemii, by wykorzystać brak kampanii wyborczej rywali prezydenta.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020. Maski opadły. Politycy PiS chcą reelekcji Andrzeja Dudy już 10 maja - i to za wszelką cenę

Z drugiej strony - gdy już ten kretyński plan z 10 maja udało się powstrzymać - ze strony opozycji były próby odsunięcia wyborów w czasie jak najdalej się da. Nawet takimi argumentami jak matury w szkołach.

Matury, kurna, matury. Dzień po wyborach - w poniedziałek. Z kaszubskiego, z historii muzyki i z fizyki po francusku.



To teraz serio, spodziewaliście się, że w takiej atmosferze sztabowcy Dudy i Trzaskowskiego dogadają się w sprawie debaty? Zaproszą na kawkę jeszcze Jacka Kurskiego, kogoś z TVN24, z Polsatu i dopną szczegóły?

Doszliśmy do momentu, w którym debatę przed wyborami musieliby chyba zorganizować Marsjanie, żeby nikt nie miał zastrzeżeń co do jej uczciwości... oh, wait...

Przecież w zagranicznej polskojęzycznej gazecie wydawanej przez Niemców, którzy chcą Polakom wybierać prezydenta i prowadzą brudną kampanię w "Fakcie" był kiedyś artykuł "UFO mnie oszukało". Czyli oni też są w to wszystko zamieszani. Sorry.