www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Rafał Trzaskowski stoi na czele oburzonych. Czy Andrzej Duda obroni Wersal, tfu, Krakowskie Przedmieście?

23 czerwca 2020

Wybory prezydenckie 2020. Rafał Trzaskowski stoi na czele oburzonych. Czy Andrzej Duda obroni Wersal, tfu, Krakowskie Przedmieście?

#Wybory prezydenckie 2020  #Andrzej Duda  #Rafał Trzaskowski  #PiS  #Koalicja Obywatelska  #rewolucja

Rafał Trzaskowski z hasłem "mamy dość!" stanął na czele buntu przeciw rządom PiS. Złośliwi powiedzieliby, że to nie żadna rewolucja, tylko próba restauracji poprzedniej władzy. Tyle że ta próba cieszy się coraz większym poparciem i za chwilę może wymieść Andrzeja Dudę z pałacu prezydenckiego.

Szybko to zleciało. Zdawałoby się, że zaledwie chwilę temu marszałek Elżbieta Witek wygłosiła 15-minutową tyradę pod adresem opozycji ogłosiła termin wyborów, a dziś już wychodzimy z wirażu na ostatnią prostą.

Dzięki różnym i licznym sondażom kilka dni przed 28 czerwca wiemy tak naprawdę całkiem sporo.

To znaczy wiemy, że w I turze wyraźnie najlepszy wynik zrobi prezydent Andrzej Duda, ale niemal na pewno będzie II tura, w której - też niemal na pewno - zmierzy się z nim Rafał Trzaskowski. I że w tej II turze pojedynek będzie niezwykle zacięty. Praktycznie łeb w łeb.

Jak Hicham El Guerrouj i Kenenisa Bekele na finiszu biegu na 5000 m na igrzyskach w Atenach w 2004 r.



To niesamowite, jak szybko i sprawnie Trzaskowski nadrobił to, co zdążyła przedtem spaprać Małgorzata Kidawa-Błońska. Teraz zresztą widać jak na dłoni, jak wielkim błędem Koalicji Obywatelskiej było samo wystawienie Kidawy.

Małgorzata Kidawa-Błońska niczym Agent

Zaraz po wyborach parlamentarnych w szeregach opozycji wymyślono, że wyborów prezydenckich nie da się wygrać, idąc na ostre zwarcie z Andrzejem Dudą. Zamiast tego miał być kandydat koncyliacyjny. Kandydat środka. Tak postawiono właśnie na Kidawę-Błońską.

Tok myślenia niby nie był zły... ale od początku kampanii zalatywało to jakąś straszną podróbą.

Przecież politycy PO przez kilka lat jechali równo niemal po wszystkich działaniach PiS, wytykali łamanie konstytucji, zakusy zawłaszczania sądów i mediów, czy wreszcie chaos w reformie oświaty. Czasem sami nazywali się - trochę autoironicznie - "totalną opozycją".

Tymczasem nagle, w kluczowym momencie, ich kandydatką na prezydenta zostaje miła pani, która czasem nawet powie coś krytycznego o prezydencie... ale głównie się uśmiecha, ściska dłonie wyborców i przekonuje, że "musimy rozmawiać".

Trudno było nie poczuć, że coś tu nie gra. Do tego raz za razem zaliczała jakieś wpadki nagłaśniane jak tylko się dało przez media publiczne. A wypowiedzią, że posłowie Lewicy są "nic nie warci", zdążyła jeszcze wkurzyć swoich potencjalnych sprzymierzeńców w II turze.

Jeszcze przed epidemią Kidawa w sondażach wyglądała nieźle. Jednak wystarczył pretekst, jakim było wezwanie do bojkotu wyborów, aby jej wyborcy rozpłynęli się gdzieś pomiędzy Szymona Hołownię i Władysława Kosiniaka-Kamysza.

A już istną wisienką na torcie było jej wystąpienie, w którym poinformowała o rezygnacji.



Dużo potem o nim powiedziano. Że wyglądała, jakby była osamotniona, że partyjni koledzy ją zostawili. Ale mnie uderzyło coś jeszcze.

Miałem wrażenie, jakbym oglądał finałowy odcinek programu "Agent" z czasów, gdy prowadził go Marcin Meller (tak na marginesie - co nieco o takich przeżyciach mógłby opowiedzieć Bartosz Arłukowicz, szef sztabu Kidawy).

Tytułowy agent - zaraz po wyjęciu z koperty czarnego piórka i ujawnieniu się - zaczynał opowiadać widzom, jak odcinek po odcinku próbował spieprzyć całej grupie wykonywanie zadań.

Tak samo Kidawa wyglądała, jakby na koniec tej nieudanej kampanii spowiadała się, co zrobiła nie tak i dlaczego w efekcie jej poparcie w sondażach zjechało do poziomu kilku procent.

Rewolucja postawiona na głowie

Wymiana kandydata Koalicji Obywatelskiej wszystko odmieniła. Rafał Trzaskowski, za przeproszeniem, się nie pier...i. Jest przywódcą rebelii oburzonych obecnymi rządami, jakiejś ulicznej rewolucji, która najchętniej zaraz ruszyłaby na pałac i pogoniła jego obecnego gospodarza.

To widać zarówno po ostrym, wręcz krzykliwym stylu jego przemówień, jak i po skandowanych niemal co chwilę słowach "mamy dość!", które spontanicznie i chyba nie do końca zamierzenie stały się nieformalnym hasłem jego kampanii.

Druga tura wyborów - oczywiście zakładając, że do niej dojdzie, ale wszystko na to wskazuje - będzie 12 lipca. Dwa dni przed rocznicą słynnego zburzenia Bastylii w XVIII-wiecznej Francji.



No wręcz kusi, żeby jakiś podstawiony człowiek mówiący po francusku dziennikarz zadał Trzaskowskiemu pytanie, czy widzi analogię do rewolucji z 1789 r. Kandydat Koalicji Obywatelskiej odpowie mu płynną francuszczyzną, że owszem, bo TA MOBILIZACJA! TA ENERGIA!...

Tak naprawdę ta "mobilizacja" i "energia", o których do znudzenia mówi Trzaskowski, to jest po prostu potężne ludzkie wkurzenie na rządzących. Takie, które kumulowało się przez kilka lat. Szerzej o tym za chwilę.

Jednak tak naprawdę poza pewnymi nastrojami społecznymi - i to też tylko części ludzi - w tym porównaniu z rewolucją francuską wszystko inne jest postawione na głowie.

Zaczynając od tego, że obecna władza w Wersalu, wróć, na Krakowskim Przedmieściu i przy Alejach Ujazdowskich jest wręcz całkowitym przeciwieństwem Ludwika XVI, daje różne 500+, wyprawki szkolne i trzynaste emerytury. Im ubożsi wyborcy - tym większe ma wśród nich poparcie.

A ci oburzeni - to raczej lepiej sytuowani, lepiej wykształceni, mieszkańcy większych miast itd.

Można by też powiedzieć, że faktycznie mamy w Polsce pewną rewolucję, tyle że ona wybuchła już w 2015 r. i to obecna władza w dość rewolucyjny, a przy tym niesłychanie kontrowersyjny sposób przebudowuje kraj.

Złośliwi dodaliby, że jeśli nawet Rafał Trzaskowski stoi na czele jakiejś rebelii, to nie jest to żadna rewolucja, tylko raczej próba restauracji - poprzednich rządów ;)



Z tym że zwolenników takiej restauracji jest całkiem sporo. Zwróćmy uwagę, że nie było jeszcze nawet I tury, a Trzaskowski w sondażach II tury już wygrywa z Dudą. Dla porównania - kilka dni przed wyborami w 2015 r. Bronisław Komorowski miał jeszcze komfortową, zdawało się, przewagę.

Prezydent Andrzej Duda płaci ogromną cenę za pięć lat bezkompromisowych rządów PiS. Teraz ci wszyscy nauczyciele, lekarze, prawnicy oraz inni "komuniści i złodzieje", z którymi Kaczyński i spółka zdążyli się pożreć, mają szansę te rządy obalić lub co najmniej bardzo osłabić.

Prezydent zawsze traci w kampanii

Kiedy na początku roku mówiłem, że sondażowe wyniki Dudy - wówczas na poziomie ok. 50 proc. - tak naprawdę są bardzo złymi notowaniami, niektórzy robili wielkie oczy. Jak to? Przecież jest wyraźnie pierwszy! Może wygrać już w I turze!

Tak, świetnie, tyle że podczas kampanii urzędujący prezydent niemal zawsze traci. Ludzie na co dzień nieśledzący polityki nagle słyszą, że są też jacyś inni kandydaci, zaczynają się interesować. Zaznaczmy - podczas NORMALNEJ kampanii. Nie takiej zamrożonej przez epidemię.

Politycy PiS akurat świetnie zdawali sobie z tego sprawę. I właśnie dlatego - dziś już wydaje się to oczywiste - tak bardzo chcieli wybory przeprowadzić 10 maja w środku epidemii, gdy żaden z kontrkandydatów Dudy nie miał szansy się porządnie zaprezentować.

Jak wiadomo, te żałosne próby nie wypaliły, do czego paradoksalnie przyczynił się zbuntowany człowiek z ekipy rządzącej - były już wicepremier Jarosław Gowin.

Tu z okazji skorzystała Platforma (choć nie dam sobie wmówić, że celem jej walki o przesunięcie wyborów była właśnie zmiana kandydata, a nie sama możliwość prowadzenia kampanii). Do gry wkroczył Rafał Trzaskowski, szybciutko nadrobił straty Kidawy, tym samym rozwiewając marzenia Kosiniaka i Hołowni o II turze wyborów.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020. Game changer Kosiniaka i kubeł zimnej wody na głowę Kidawy

Trudno jednak nie zauważyć, że rządzący... wydatnie mu w tym pomogli. Cały czas zafiksowani na punkcie tego, by wybory zrobić jak najszybciej, bo im szybciej, tym lepiej dla prezydenta Dudy.

To właśnie z tego wynikła krótka i dynamiczna kampania, która ewidentnie Trzaskowskiemu sprzyja, jak i słynny już tydzień na zebranie 100 tys. podpisów. Tu już Koalicja Obywatelska urządziła istną demonstrację siły.

Z zebrania 1,6 mln podpisów oczywiście nic nie wynika. Przecież Państwowa Komisja Wyborcza większości z nich nawet nie musiała sprawdzać. Ale Trzaskowski osiągnął zamierzony efekt. Mógł się wykreować na ofiarę, którą rządzący chcieli wykolegować z wyścigu...



...w efekcie ludzie sami ustawiali się w kolejkach do podpisania listy. I to w kraju, w którym w ostatnich latach ze zbieraniem podpisów był raczej wielki problem, wyborcy byli nieufni, nie chcieli się podpisywać.

Czy ktoś jeszcze w tym wszystkim pamięta, że prezydent Andrzej Duda zebrał jeszcze więcej, bo ponad 2 mln podpisów? To też musi robić wrażenie. Tak, nie w tydzień, tylko w miesiąc. Ale też czas go nie gonił tak jak Trzaskowskiego.

Jeszcze oczywiście trend może się zmienić. W miniony weekend Trzaskowski zanotował tak naprawdę pierwszą - za to od razu solidną - wtopę z wiekiem emerytalnym. Jego narracja, że go nie podniesie, momentalnie runęła w gruzach. Jak mu wierzyć, gdy nawet nie pamięta, jak głosował?


Możemy być teraz pewni, że dziennikarze Wiadomości i TVP Info będą grzać tę sprawę nie tylko do 28 czerwca, ale aż do 12 lipca.

To byłby niesłychany paradoks, gdyby Trzaskowski przegrał wybory przez pokrętne tłumaczenia w sprawie wieku emerytalnego, podczas gdy twarzą tej reformy w rządzie PO-PSL był przecież... jego konkurent w tych wyborach. Czyli ówczesny minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Pytania o Trzaskowskiego zdominowały debatę

Rządzący widzą, że Trzaskowski i jego ruch oburzonych mimo wszystko rosną w siłę, i boją się tego jak cholera. To zaczyna wyglądać na syndrom oblężonej twierdzy.

Tę nerwowość widać po pozwie przeciwko Trzaskowskiemu, po spocie "Rafał, nie kłam", wreszcie - po rządowej akcji "Bitwa o wozy", która ma podbić frekwencję w gminach do 20 tys. ludzi, czyli dziwnym przypadkiem akurat tam, gdzie Andrzej Duda cieszy się najwyższym poparciem.

Nerwowość da się zauważyć także u samego Dudy, którego spontaniczna rozmowa o "komuchach" w Sądzie Najwyższym to był wypisz, wymaluj Komorowski z 2015 r. i jego słynne "wziąć kredyt, zmienić pracę".

To było widać także podczas środowej debaty w TVP. Dla większości kandydatów musiało to być przeżycie niczym "Dzień Świstaka", bo przypomnijmy, że już raz - 6 maja - dyskutowali w niemal identycznym składzie.

Zaraz po wyjściu ze studia dowiedzieli się wtedy, że to było de facto tylko takie towarzyskie spotkanie przy kawie i ciasteczkach, bo w międzyczasie Jarosław Kaczyński z Jarosławem Gowinem postanowili nie przeprowadzać wyborów 10 maja.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020 nie w maju, tylko później, czyli Kaczyński z Gowinem dogadali się przy zielonym stoliku

Tym razem już nikt głosowania nie odwoływał. Ten sam motel, to samo radio grające tę samą piosenkę, ten sam dawny kumpel próbujący wcisnąć ubezpieczenie To samo studio, ten sam prowadzący, nawet - o matko... - jedno pytanie z 6 maja się powtórzyło.



I właśnie pytania były KURIOZALNE. Jeśli przed debatą ktoś jeszcze łudził się, że TVP daruje sobie i nie spróbuje za wszelką cenę dokopać Trzaskowskiemu, to został z tych złudzeń szybko odarty.

Pytanie nr 1? O relokację uchodźców. (których przyjęcie Trzaskowski negocjował w 2015 r. z Komisją Europejską)

Pytanie nr 2? O przygotowywanie dzieci do pierwszej komunii świętej na religii w szkole. (jak wiadomo - Trzaskowski młodszego syna do niej nie posłał)

Pytanie nr 3? Tu już niczego nie trzeba było nawet dopowiadać. Prezydent Warszawy we własnej osobie załapał się do treści pytania, które dotyczyło jego marzenia udzielenia ślubu homoseksualnej parze i wypowiedzi jego zastępcy Pawła Rabieja o adopcji dzieci.

Hahaha! Zabrakło tylko Tadeusza Sznuka, który odczytywałby te pytania, poprzedzając je wstępem typu: "Panie Andrzeju, kategoria: Rafał Trzaskowski...".

Doszło do niespotykanej dotąd sytuacji, że uczestnicy debaty otwarcie kpili z tych pytań, a prowadzący rozpaczliwie przekonywał, że są ważne i należało je zadać.

- Ten, kto układał te pytania, musiał mieć niezły odlot - skwitował Władysław Kosiniak-Kamysz. A Krzysztof Bosak bez owijania w bawełnę wyjaśnił, dlaczego jego zdaniem TVP przygotowała takie, a nie inne pytania, i że chodziło o skompromitowanie Trzaskowskiego.

Tak a propos Bosaka - jego wyborcy w II turze mogą się okazać języczkiem u wagi. Sondaże wyraźnie obalają funkcjonujący wcześniej mit, że Konfederacja to niby taki radykalniejszy PiS, a wszyscy jego wyborcy ruszą w dogrywce zagłosować na Dudę.

Nic bardziej mylnego. Politolodzy określili elektorat Konfederacji jako "kapryśny", z badań wynika, że w starciu Duda-Trzaskowski wielu z nich w ogóle nie pójdzie głosować. Prezydent może w II turze liczyć na - w zależności od sondażu - od 30 do 50 proc. wyborców Bosaka.

Kandydat Konfederacji w sondażach regularnie dostaje po ok. 7 proc. wskazań, zatem Duda w II turze może z tego uszczknąć max 3-4 pkt proc., to w dalszym ciągu za mało, by łącznie przekroczyć 50 proc.

Zresztą miejmy na uwadze, że część wyborców Bosaka może wspomóc Trzaskowskiego. Abstrakcja? Jeśli część sympatyków lewicy w 2015 r. zagłosowała na Dudę, by dać Platformie "żółtą kartkę", to bez problemu umiem sobie wyobrazić konserwatywnych wyborców Konfederacji głosujących na Trzaskowskiego w geście protestu przeciw PiS.

Trzaskowski może być jak Jaśkowiak

Zaczyna to wszystko pachnieć... nie, nie do końca powtórką z 2015 r., bo wtedy Komorowski już w I turze zleciał do poziomu 31 proc. i było właściwie pozamiatane. Tak mocno Duda nie poleci. Zbyt wielu PiS ma zagorzałych zwolenników.

Zdecydowanie bardziej przypomina mi to poznańskie wybory jesienią 2014 r. i starcie Ryszarda Grobelnego z Jackiem Jaśkowiakiem. Prezydent Grobelny długo wydawał się nie do ruszenia. W sondażach pierwszy był Grobelny, a za nim długo, długo nikt.

Jak już mówimy o Jaśkowiaku... No sorry, ale muszę tu zrobić małą dygresję.


Ale wróćmy do wyborów prezydenta Poznania z 2014 r.

Jeszcze I turę Grobelny wygrał. Już jednak było widać, że dzieje się coś niedobrego, bo wynik miał sporo gorszy niż przewidywano. Później Grobelny przyznał, że w tym momencie poczuł, że prawdopodobnie przegra.

Przed II turą Jaśkowiak zmobilizował m.in. ruchy miejskie i mnóstwo ludzi, dla których wcale nie był kandydatem z ich bajki, mimo to biegali po mieście rozdając jego ulotki i namawiając do głosowania. Tak bardzo chcieli się pozbyć Grobelnego z pl. Kolegiackiego.

Teraz w wyborach prezydenckich może być podobnie. Bo tych oburzonych, którzy mają dość rządów PiS, naprawdę nie brakuje. Niedawno w sondażu IPSOS dla oko.press aż 39 proc. wyborców deklarowało, że w II turze poprze KOGOKOLWIEK, byle tylko nie był Andrzejem Dudą. To potężny elektorat negatywny.

Już wyniki I tury bardzo dużo nam powiedzą. Z psychologicznego punktu widzenia kluczowa będzie różnica pomiędzy Dudą a Trzaskowskim.

Jeśli Duda wyprzedzi Trzaskowskiego o ponad 15 pkt proc. - to dla kandydata Koalicji Obywatelskiej będzie to strata trudna do odrobienia. Zwłaszcza że część wyborców opozycji może wtedy uznać, że jest już pozamiatane, i w II turze zostać w domu.

Jeśli jednak Trzaskowski - jak wskazywałyby ostatnie sondaże - zdoła zdusić tę różnicę np. do 12-13 pkt proc., a może nawet do 10 pkt proc., to z miejsca stanie się faworytem II tury i sztabowcom PiS trudno będzie powstrzymać jego marsz na Krakowskie Przedmieście.

A wtedy prezydent Andrzej Duda, niczym kiedyś Ludwik XVI, będzie musiał pakować manatki i opuścić pałac.