www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Marszałek Elżbieta Witek wciska RESET. Finał tej zawstydzającej telenoweli - 28 czerwca

3 czerwca 2020

Wybory prezydenckie 2020. Marszałek Elżbieta Witek wciska RESET. Finał tej zawstydzającej telenoweli - 28 czerwca

#Wybory prezydenckie 2020  #Elżbieta Witek  #Sejm  #Senat  #ustawa  #28 czerwca  #konstytucja  #10 maja

Wybory prezydenckie będą 28 czerwca. Serio - znamy w końcu termin! Jest szansa, że te wybory będą całkiem spoko w porównaniu do proponowanych wcześniej wyborów "pocztowych", choć pozostaje cały szereg wątpliwości prawnych - których i tak nie dało się już chyba uniknąć.

Zanim przejdziemy do rzeczy - na początek mała metafora. Zakładam, że większość z Was pamięta realia końcówki lat 90., gdy komputer w domu niekoniecznie był oczywistością. A już internet - niemal ekstrawagancją.

To teraz wyobraźmy sobie taki właśnie dom z lat 90., do którego z serwisu dopiero co wrócił właśnie jedyny w mieszkaniu pecet (procesor jakieś 200 MHz, 64 MB RAM), podrasowany tak, by przez ładnych kilka lat posłużył wszystkim domownikom do pracy, nauki, zabawy.

Tyle że komputer z niewiadomych przyczyn wysypuje się już po paru dniach. To znaczy - wyskakuje jakiś dziwny blue screen i nie da się czegokolwiek uruchomić. Tryb awaryjny? Też nie działa.



Zaglądamy do zakurzonej instrukcji. Ta jednak zupełnie nie przewidziała takiej sytuacji. Co gorsza, wszystkie działania metodą prób i błędów tylko pogarszają sprawę, a na ekranie wyskakują coraz to dziwniejsze komunikaty.

Co teraz zrobić? Wcisnąć reset? Dalej wpisywać jakieś komendy w DOS-ie? Może po prostu wyjąć wtyczkę z gniazdka? Nie wiadomo.

Rodzinka dzwoni zatem po różnych specjalistach. Jednak żaden mądry informatyk nie jest w stanie stwierdzić, co się stało, i tym bardziej nie umie powiedzieć, jakie rozwiązanie będzie najlepsze, nie daje też gwarancji, czy sprzęt się przy tym nie uszkodzi albo czy np. nie skasują się ważne pliki.

Może po prostu poszukać rozwiązania na smartfonie... (jakim, kurna, smartfonie? to jest końcówka lat 90.!)

Czas płynie. Zaczyna się robić nerwowo, rodzina zaczyna się kłócić, zwłaszcza że w uruchomieniu komputera każdy ma swój interes. Mama i tata potrzebują go do pracy. Starsza córka musi napisać i wydrukować coś do szkoły. Młodsze dzieciaki chcą grać.

Zaczyna się festiwal obwiniania, z czego wynika awaria peceta i kto mógł go uszkodzić, kto go ostatni używał itd. Zirytowany ojciec przypomina 640 zł zostawione w serwisie - a teraz pewnie trzeba będzie wydać jeszcze więcej na naprawę.

A gdy już, już udaje się wymyślić jakiś sensowny sposób na zrestartowanie komputera i uratowanie ważnych plików... to nagle dzwoni znajomy informatyk. I ostrzega, że pliki może ocaleją, ale za to nie do uratowania będą save'y z gier. Dzieciaki w płacz. Awantura gotowa.

Tak mniej więcej - w dużym skrócie - wyglądała u nas polityczna przepychanka po 10 maja. Tym felernym komputerem, który się zepsuł, były oczywiście wybory prezydenckie. A jego instrukcją - konstytucja i inne przepisy o przeprowadzeniu wyborów.

Teraz wygląda na to, że ten chaos udało się zażegnać, choć wzajemne pretensje pozostaną jeszcze na długo.

Już 10 maja miałem ochotę pochwalić Państwową Komisję Wyborczą. To nie było wcale takie oczywiste. Przedtem przez długie tygodnie komisarze uchylali się od zajmowania jasnego stanowiska w sprawie wyborów "pocztowych", zapewne nie chcąc się wikłać z polityczny spór, ale w zaistniałej sytuacji to było wręcz nie do uniknięcia.

Karkołomna interpretacja PKW

Szef PKW Sylwester Marciniak najpierw między wierszami dawał do zrozumienia, że wybory w maju to delikatnie mówiąc nie najlepszy pomysł, aż w końcu wypalił wprost: - Obawiam się, że w pełnym zakresie nie uda się przeprowadzić wolnych wyborów.

Zaraz potem mieliśmy słynny już pakt Kaczyńskiego z Gowinem, którzy przy zielonym stoliku prognozowali, co w sprawie wyborów zrobi Sąd Najwyższy. Mieliśmy też głosowanie 10 maja, które nie doszło do skutku, ale wcale nie z powodu tego "dealu", tylko dlatego, że organizacyjnie wybory były nie do przeprowadzenia.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020 nie w maju, tylko później, czyli Kaczyński z Gowinem dogadali się przy zielonym stoliku

I w tym momencie - gdy za bardzo nie było wiadomo, co zrobić, bo żaden przepis takiej sytuacji nie przewidział - do gry wkroczyła PKW. Jeszcze 10 maja wieczorem podjęła uchwałę:

§ 1. Stwierdza się, że w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych na dzień 10 maja 2020 r. brak było możliwości głosowania na kandydatów.

§ 2. Fakt wskazany w § 1 równoważny jest w skutkach z przewidzianym w art. 293 § 3 ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy brakiem możliwości głosowania ze względu na brak kandydatów.


Przyznajmy, że taka interpretacja zaistniałej sytuacji była niezwykle karkołomna. Może nawet bardziej niż deal Kaczyński-Gowin (choć de facto identyczna w skutkach - rozpisanie nowych wyborów w ciągu 60 dni). Szybko zaczęli ją też krytykować uznani specjaliści.

Jednak uchwała PKW w porównaniu ze wszystkim innym miała jeden niezwykle istotny walor. Nie sygnowali jej politycy. No, powiedzmy, że czynni politycy, bo w skład komisji od niedawna wchodzą nie tylko sędziowie, ale też ludzie z nadania różnych partii.

Trudno było tu jednak komukolwiek zarzucić polityczny interes. A takie podejrzenia towarzyszyły wszystkim wcześniejszym pomysłom, w tym nawet wypowiedziom ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, które dziwnym zbiegiem okoliczności idealnie pokrywały się z propozycją Jarosława Gowina.

Tymczasem uchwała PKW była raczej apolityczną, dość rozpaczliwą próbą wyjścia z sytuacji, w której nie było już żadnego oczywistego rozwiązania. I zobaczcie - koniec końców wszyscy się do tej propozycji zastosowali.



Z czysto prawnego punktu widzenia - oczywiście - cały czas jest milion różnych zastrzeżeń. Czy brak możliwości głosowania to to samo co brak kandydatów? Czy PKW mogła w ogóle wydać taką uchwałę i przyjąć taką interpretację? Czy marszałek Witek powinna się do niej zastosować? Czy można tak po prostu "przerzucić" podpisy kandydatów zarejestrowanych na poprzednie wybory? Co jeśli Sąd Najwyższy uzna, że tak zarządzone nowe wybory są jednak nieważne?

Musimy jednak pamiętać, że po 10 maja znaleźliśmy się w sytuacji, którą zgrabnie nazwano "próżnią konstytucyjną". To z kolei otworzyło niezwykle szerokie pole do interpretacji. Znakomicie pokazały to ekspertyzy przygotowane podczas prac w Senacie:

- prof. Ryszard Piotrowski stwierdził, że PKW "stworzyła sobie, w drodze wykładni przepisów Kodeksu wyborczego, pozakonstytucyjną i pozaustawową podstawę kompetencyjną", i że coś takiego nie powinno mieć miejsca

- prof. Sławomir Patyra dla odmiany uznał, że PKW "przyjęła jedyną możliwą w tych warunkach – aczkolwiek dyskusyjną – podstawę prawną", i że jest to "jedyna możliwa podstawa prawna zakończenia procesu wyborczego dotyczącego wyborów prezydenckich"

- prof. Marek Chmaj doszedł do jeszcze ciekawszego wniosku, że co prawda PKW "nie wskazała właściwej podstawy prawnej", ale jednocześnie wobec braku odpowiednich uregulowań "pozwoliło to jednak na wyjście z impasu konstytucyjnego i dało możliwość przeprowadzenia wyborów na Prezydenta RP w 2020 r. w oparciu o regulacje przewidziane w Konstytucji i Kodeksie wyborczym"

Tu nic nie jest jasne i oczywiste. Zdaje się, że w tej niecodziennej sytuacji KAŻDE rozwiązanie, jakie by wybrano, wzbudziłoby kontrowersje i wątpliwości prawne.

Lepsze takie wybory niż...

Wybory zatem 28 czerwca - tradycyjnie i korespondencyjnie. Marszałek Sejmu ogłosiła, prezydent podpisał ustawę, którą wcześniej przyjął Sejm. Co ciekawe - nawet z niektórymi poprawkami Senatu.

Jeśli mimo wszystko uważacie, że wybory 28 czerwca będą "be" i powinny się odbyć później, to przypomnijcie sobie, jaka jeszcze przed chwilą była alternatywa:

- wybory 10 maja przeprowadzane w środku epidemii i praktycznie bez możliwości prowadzenia kampanii (co w oczywisty sposób premiowało urzędującego prezydenta)

- przeprowadzane de facto przed rząd silnie związany z tymże prezydentem (!), a nie przez Państwową Komisję Wyborczą

- metodą wyłącznie korespondencyjną, przygotowaną na kolanie, z absurdami typu 45-osobowa komisja licząca setki tysięcy głosów i wykluczenie wyborców z zagranicy

- do tego dziwaczny przepis, pozwalający marszałek Sejmu przesuwać wyznaczone już wybory na inny dzień, nieprzewidziany w konstytucji ani w jakichkolwiek demokratycznych standardach

- i w konsekwencji prezydent, którego nie uznawałaby spora część wyborców w kraju, a pewnie też za granicą tu i ówdzie byłyby z tym problemy

Jasny gwint! To się naprawdę mogło wydarzyć. I prawdopodobnie wydarzyłoby się, gdyby nie upór Jarosława Gowina, który mimo typowego dla siebie lawirowania koniec końców cel osiągnął - wybory w maju się nie odbyły.

Dzięki temu za granicą tylko przez chwilę pośmiano się z Polski i jej 0-procentowej frekwencji w wyborach.

Gdyby zaś te wybory naprawdę doszły do skutku, to świat obiegłyby obrazki rywali prezydenta zamkniętych na czas kampanii w domach, wyczerpanych ludzi w maseczkach całymi tygodniami liczących sterty głosów, wreszcie - obrazki kart wyborczych i innych elementów "pakietu Sasina" fruwających sobie po ulicach.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020. Specjaliści obnażają słabości wyborów pocztowych: prymitywna demokracja i Polska jak Titanic

I na tym tle wybory wyznaczone dziś na 28 czerwca jawią się jako 100-procentowo demokratyczne. Jeśli nawet nie do końca takie będą, choćby przez krótki czas na zebranie 100 tys. podpisów czy niebywałe zaangażowanie polityczne mediów publicznych, to mimo wszystko:

- już będzie można jako tako prowadzić kampanię i spotykać się z wyborcami
- wszystko zorganizuje i będzie nadzorować Państwowa Komisja Wyborcza
- żadna grupa wyborców nie zostanie z góry pozbawiona czynnego prawa wyborczego

Takie, zdawałoby się, oczywiste oczywistości. Minione tygodnie pokazały nam, że niekoniecznie.

Żenujące tłumaczenia i niezrozumiałe wolty

Muszę jeszcze słówko poświęcić marszałek Elżbiecie Witek. Ta 15-minutowa tyrada, jaką wygłosiła przed ogłoszeniem terminu wyborów, była zupełnie niepotrzebna, wyjątkowo nieelegancka i nie na miejscu.



Mam wrażenie, że część tego przemówienia powstała już 9 maja z myślą o orędziu, jakie Witek miała wygłosić w TVP po niespodziewanym przesunięciu wyborów na 23 maja. Jak pamiętamy - do złamania paktu Kaczyńskiego z Gowinem ostatecznie wtedy jednak nie doszło.

To dzisiejsze spychanie odpowiedzialności za wybory 10 maja, które rządzący próbowali przeprowadzić za wszelką cenę i korzystając z epidemii zapewnić reelekcję Andrzejowi Dudzie, jest naprawdę żenujące.

Marszałek Elżbieta Witek zaklina rzeczywistość, że głosowanie korespondencyjne było świetnie przygotowane i gdyby nie Senat, to wybory 10 maja odbyłyby się bez problemu.

Jednocześnie wicepremier Jacek Sasin mówi, że to nie on stał za decyzją o drukowaniu kart wyborczych - choć sam o tym opowiadał w TVN24. Jako winnych wydania 68,8 mln zł telewizja publiczna wskazuje więc... Platformę Obywatelską, a właściwie Rafała Trzaskowskiego, który ma czelność zgłosić się do wyborów, skoro zostały ogłoszone na nowo.


Dodajmy jeszcze premiera Mateusza Morawieckiego, który nagle twierdzi, że Poczta Polska bezpodstawnie powoływała się na niego żądając wydania spisów wyborców, bo jego decyzja o przygotowaniach do wyborów nie miała z tym przecież nic wspólnego.

Zresztą na niezbyt czyste intencje rządzących wskazuje zwlekanie z publikacją uchwały PKW, tak by wybory - najpóźniej 14 dni po jej publikacji - ogłosić już po przyjęciu przez Sejm i Senat ustawy, która z kolei dała możliwość manipulacji terminarzem - m.in. skrócenia czasu na zbieranie podpisów.

Ale i opozycja dorzuciła co nieco do tego zamieszania. I nie mam tu wcale na myśli rzekomego "przetrzymywania" ustawy przez Senat (już wyżej napisałem, co by było, gdyby te wybory 10 maja jednak się odbyły; jest oczywiste, że opozycja w Senacie starała się do tego nie dopuścić).

Mam na myśli raczej działania opozycji po 10 maja. Najpierw Borys Budka, Władysław Kosiniak-Kamysz i spółka podnieśli krzyk, że "dlaczego wybory się nie odbyły?", zamiast spokojnie wyjaśnić, że zastrzeżenia dotyczą trybu, w jakim nie doszły do skutku.


Trudno było też nie dostrzec tej potwornej niekonsekwencji, że 10 maja byłyby "zabójcze koperty", a już na przełomie maja i czerwca jest całkowicie bezpieczne zbieranie podpisów pod kandydaturą Trzaskowskiego.

Tym samym opozycja perfekcyjnie wpisała się w narrację PiS przedstawiającą ich jako awanturników, którym chodziło wyłącznie o zmianę kandydata, a na koniec była jeszcze kompletnie niezrozumiała wolta części senatorów z żądaniem zrobienia wyborów dopiero po 6 sierpnia.

To wszystko pokazuje towarzyszące tym wyborom emocje. Cała awantura o ich termin, paradoksalnie i wbrew zamiarom rządzących, przywróciła do życia kampanię wyborczą. Teraz rusza ta właściwa kampania. Krótka, bo zaledwie trzytygodniowa, ale i tak będzie się działo.