www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020 nie w maju, tylko później, czyli Kaczyński z Gowinem dogadali się przy zielonym stoliku

7 maja 2020

Wybory prezydenckie 2020 nie w maju, tylko później, czyli Kaczyński z Gowinem dogadali się przy zielonym stoliku

#Wybory prezydenckie 2020  #Jarosław Kaczyński  #Jarosław Gowin  #PiS  #Porozumienie  #PKW

Wyborów prezydenckich jednak nie będzie 10, 17 ani 23 maja. Tak przynajmniej ustalili liderzy Zjednoczonej Prawicy. Taki deal z pozoru pozwala na kampanię wyborczą i lepsze przygotowanie głosowania korespondencyjnego... ale wątpliwości prawnych i tak jest całe mnóstwo.

Już, już szykowałem się, by na gorąco opisać wrażenia po debacie prezydenckiej w TVP. Napisać co nieco o rozanielonym Dudzie, tym razem wyjątkowo poprawnej Kidawie, przaśnym Żółtku, pokrzykującym Tanajno, i oczywiście o długopisie Kosiniaka.

Tymczasem nagle - kurtyna! Wyborów nie będzie. To znaczy będą... ale się nie odbędą.

To chyba pierwsza w historii debata, której uczestnicy zaraz po wyjściu ze studia dowiedzieli się, że dyskutowali bez sensu. I na dobrą sprawę zmarnowali 70 minut z życia. Mogli w tym czasie iść na spacer, do kina, do pubu na piwo, czy nawet na zakupy do galerii handlowej.

Z pozoru bardzo dobre wyjście

Tak się bowiem złożyło, że w tym samym czasie przy zielonym stoliku usiedli Jarosław "Chcę Wyborów Jak Najszybciej" Kaczyński i Jarosław "Nie Chcę Wyborów w Maju, Ale Nie Chcę Rozpadu Rządu" Gowin. Tym razem udało im się dogadać.

Jednak lepszą puentą byłoby stwierdzenie, że oni nie tyle się dogadali, co wywrócili ten zielony stolik do góry nogami. Zrobił się na nim zbyt duży bałagan. Teraz plansza, a wraz z nią wszystkie pionki i karty do gry, wylądowały na podłodze.


- Wypracowaliśmy rozwiązanie, które jest dobre dla Polski, które gwarantuje bezpieczne, w pełni demokratyczne i transparentne wybory - zapewniał Jarosław Gowin dziś rano na konferencji.

Tak w dużym skrócie: wybory 10 maja niby dojdą do skutku, ale tylko na papierze, bo tak naprawdę oczywiście głosowanie nie dojdzie do skutku. I na tej podstawie Sąd Najwyższy je unieważni. A wtedy można rozpisać nowe.

Już wczoraj po południu pojawiły się pogłoski o tym planie. Przyznaję, że gdy pierwszy raz o tym usłyszałem, pomyślałem: eureka! Tak bardzo wszyscy skupialiśmy się na tym, jak zrobić, żeby wyborów nie robić, a nikt nie pomyślał o takim rozwiązaniu.

Tak na pierwszy rzut oka ten deal jest bowiem bardzo dobrym wyjściem. Zwróćmy uwagę, że jeśli wszystko potoczy się zgodnie z tym planem, to pozwala wybrnąć z dwóch największych problemów ostatnich tygodni:

- kandydaci dostaną dodatkowe 2-3 miesiące na prowadzenie kampanii; fakt, że w szczególnych warunkach, ale to i tak dużo lepsze niż wybory praktycznie bez żadnej kampanii

- znajdzie się też czas na przygotowanie głosowania korespondencyjnego, tak by miało możliwie najmniej luk i nie wykluczało żadnych grup wyborców - co byłoby nieuniknione w maju

Taki scenariusz będzie niemal tożsamy z ogłoszeniem stanu klęski żywiołowej, co byłoby opcją naturalną, ale z jakichś powodów rządzący bronili się przed nią jak tylko mogli. Minister Jadwiga Emilewicz straszyła wręcz cenzurą i wojskiem na ulicach.

Kaczyński jak w grze planszowej

Najnowszy deal to z pewnością lepsze wyjście niż ten cały cyrk z wyborami pocztowymi wprowadzanymi last minute, jeszcze głupszy pomysł z wyborami "mieszanymi" 23 maja, czy już najbardziej idiotyczna propozycja Gowina ze zmianą konstytucji i odłożeniem wyborów o dwa lata.

Wybory prezydenckie 2020. Kaczyński i Gowin prześcigają się w głupich pomysłach. Pięć ABSURDÓW projektu Gowina

Do planszówek nawiązałem przed chwilą nieprzypadkowo. Już od dawna mam wrażenie, że Jarosław Kaczyński traktuje całą politykę właśnie jak jakąś grę planszową, w której głównym celem jest wykiwanie przeciwnika najróżniejszymi sposobami.

Czasami - w razie wątpliwości - chwyta instrukcję. I wymyśla tak zawiłe, trudne do wyobrażenia rozwiązania, które na zdrowy rozum wydają się niedopuszczalne, tyle że instrukcja wprost ich nie zabrania albo w ogóle na ich temat milczy.

Tak było i tym razem. Potwierdzały to np. manewry z pytaniem Trybunału Konstytucyjnego, czy marszałek Elżbieta Witek może sobie przesunąć wybory z 10 maja na 23 maja, co uzasadniała tym, że... powinna mieć taką możliwość, skoro mogłaby to zrobić w razie stanu nadzwyczajnego.

Wybory prezydenckie 2020. Maski opadły. Politycy PiS chcą reelekcji Andrzeja Dudy już 10 maja - i to za wszelką cenę

Tym razem Jarosław Kaczyński - last minute - zdobył się jednak na szersze spojrzenie. Późno, bo późno, ale przestał mieć klapki na oczach i myśleć kategoriami: tylko tu i teraz, tylko Duda, tylko zwycięstwo.

Oczywiście nie zrobił tego sam z siebie. Tylko pod presją koalicjanta.

Wszystko wskazuje, że decydujący był tu upór Jarosława Gowina i przynajmniej kilkorga jego ludzi (teraz już nigdy nie dowiemy się, kto ile miał szabel), którzy okazali się silniejsi niż się mogło wydawać.

Dziś dominuje narracja, że Kaczyński forsując wybory w maju po prostu w tych wszystkich manewrach sam się zakiwał, ale... nie jestem tego pewien.

Były wicepremier Ludwik Dorn wyjaśniał kiedyś, że Kaczyński ZAWSZE ma w zanadrzu kilka różnych scenariuszy, i w zależności od okoliczności wdraża któryś z nich. Może i tutaj od początku brał pod uwagę rozwiązanie z "nieodbyłymi" wyborami i Sądem Najwyższym.

Jeżeli tak, to trudno jednak wyjaśnić, po co mu była ta cała kilkutygodniowa awantura. Moim zdaniem ona będzie miała swoje konsekwencje przede wszystkim dla Andrzeja Dudy i rządzących.


Jeśli w tych przesuniętych w czasie - a właściwie ogłoszonych na nowo - wyborach Andrzej Duda jednak przegra... To Kaczyński po wsze czasy będzie żałował chwili, w której wpuścił na listy wyborcze tylu kandydatów Porozumienia.

Cały szereg wątpliwości

Jednak pomijając oczywiste plusy (możliwość kampanii, czas na przygotowanie wyborów) tego dealu Kaczyńskiego z Gowinem, to trzeba dodać wprost, że jest to wyjście niezwykle karkołomne i budzące poważne wątpliwości.

Przede wszystkim mamy tu groźną sytuację bez precedensu. Rządzący właśnie uznali, że można tak po prostu nie zorganizować wyborów, i że w takiej sytuacji można je sobie ogłosić później.

Co gdyby marszałek Witek - tak hipotetycznie - nie zarządziła ich po raz drugi? Co jeśli kiedyś, za ileś lat, jakaś inna władza w obawie przed przegraną spróbuje w podobny sposób przesuwać sobie wybory - może nawet w nieskończoność?

Idźmy dalej. Jednym z większych kuriozów jest to, że dwaj liderzy obozu rządzącego przy zielonym stoliku nie tylko ustalają tryb przeprowadzenia wyborów - to w obecnej, wyjątkowej sytuacji jeszcze dałoby się zrozumieć - ale wręcz z góry przewidują... przyszłe decyzje Sądu Najwyższego.

Zacytujmy raz jeszcze:

"Po upływie 10 maja 2020 r. oraz przewidywanym stwierdzeniu przez Sąd Najwyższy nieważności wyborów, wobec ich nieodbycia, Marszałek Sejmu RP ogłosi nowe wybory prezydenckie w pierwszym możliwym terminie"

To teraz pytanie. Co gdyby Sąd Najwyższy zrobił teraz wszystkim psikusa i po niedzieli np. uznał, że wybory jednak się odbyły, a wybór prezydenta jest ważny? Albo - co bardziej prawdopodobne - umył ręce i stwierdził, że nie może orzec o nieważności czegoś, czego nie było?

Jest też całe mnóstwo drobniejszych niewiadomych. Jeśli wybory będą rozpisane od nowa, to co ze "starymi" kandydatami, którzy zgłosili się za pierwszym razem? Czy będą musieli ponownie zbierać podpisy?

Teoretycznie deal Kaczyńskiego z Gowinem zakłada, że nie, ale niby z jakiej paki? Przepisy są tu dość jednoznaczne. Nowe wybory - cała machina rusza od zera.

Co z potencjalnymi protestami wyborczymi? Tu w ogóle sytuacja może być postawiona na głowie. Zaraz się okaże, że wyborcy w skargach wyborczych nie chcą unieważnienia wyborów, tylko wręcz przeciwnie - uznania ich za ważne.

I wreszcie - co z wydrukowanymi już kartami wyborczymi? Co ze wszystkimi pozostałymi kosztami? Wicepremier Jacek Sasin zasugerował nawet, że później będzie można wykorzystać te same karty, co jednak budzi śmiech na sali.


Pierwsze komentarze prawników mówią same za siebie. Zdaje się jednak, że w obecnej sytuacji i przy trudnym do zrozumienia oporze rządzących wobec stanu nadzwyczajnego, znalezienie innego rozwiązania niebudzącego wątpliwości prawnych - mogłoby się okazać po prostu niemożliwe.

Tak z czysto politycznego punktu widzenia - Kaczyński w ostatniej chwili spacyfikował Gowina. Ale ma to swoją cenę. Jednocześnie musiał dać po hamulcach, odpuścił forsowanie wyborów w maju, i uniknął czołowego zderzenia z własnym sojusznikiem.

Kto wie, być może uniknął w ten sposób powtórki z 2007 r., gdy z równie wielkim zacietrzewieniem brnął w sztucznie wykreowaną aferę (?) gruntową także wymierzoną w koalicjanta. Wówczas doprowadziło to do przyspieszonych wyborów i upadku jego rządu.

Teraz chyba się zorientował, że dalszy upór grozi nie tylko upadkiem rządu, ale też nieuznawaniem prezydenta już nie tylko przez pół Polski, ale również na arenie międzynarodowej.

Sytuacja, w której liderzy obozu rządzącego decydują sobie o przyszłych orzeczeniach Sądu Najwyższego i na tej podstawie o nowym terminie wyborów, z całą pewnością nie jest zdrowia. Jest wręcz bardzo niezdrowa.

A wiecie, co jest, kurna, zarazem najzabawniejsze i najstraszniejsze? To, że mimo wszystko wygląda to na jedno z najrozsądniejszych rozwiązań, które wchodziły w grę. To tylko pokazuje, jak daleko zabrnęli rządzący, niemal do ostatniej chwili forsując korzystny dla Dudy termin wyborów.