www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Specjaliści obnażają słabości wyborów pocztowych: prymitywna demokracja i Polska jak Titanic

3 maja 2020

Wybory prezydenckie 2020. Specjaliści obnażają słabości wyborów pocztowych: prymitywna demokracja i Polska jak Titanic

#Wybory prezydenckie 2020  #Senat  #PKW  #głosowanie korespondencyjne  #konstytucja  #prezydent

- Ta ustawa w istocie pozbawia obywateli prawa do wyboru prezydenta zgodnie ze standardem polskim i europejskim - podkreślał prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista, podczas dyskusji w Senacie o głosowaniu korespondencyjnym. Całą masę zastrzeżeń miała też reszta specjalistów.

- Z mojego punktu widzenia jest tyle zastrzeżeń, że obawiam się, iż w pełnym zakresie nie uda się przeprowadzić wolnych wyborów - przyznał Sylwester Marciniak, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, w Senacie podczas rozmowy z dziennikarzami.

To właśnie ten cytat odbił się najgłośniejszym echem. Ja jednak postanowiłem posłuchać, co szef PKW mówił na samym posiedzeniu senackich komisji, które zajmowały się projektem ustawy o "szczególnych zasadach przeprowadzania wyborów" na prezydenta.

To posiedzenie było 28 kwietnia, a więc już parę dni temu, jednak w żadnym większym medium nie było dłuższej relacji. Tymczasem padły tam z ust ekspertów bardzo ważne słowa.

"Co dalej? Czy przeprowadzamy wybory? W jaki sposób?"

Zaczęło się od akcentu humorystycznego. Sprawozdawca projektu poseł Krzysztof Sobolewski (przypomnijmy, że to jednocześnie pełnomocnik komitetu wyborczego Andrzeja Dudy...) ponaglał senatorów i podkreślał, że wybory muszą się odbyć w terminie, o którym mówi konstytucja:

- Wybierzmy pana prezyden... wybierzmy prezydenta w 2020 roku, jak najszybciej, aby można było zająć się najważniejszym tematem, czyli walką z epidemią.

Jego przejęzyczenie wzbudziło śmiech na sali. Jednak później było już poważnie. Z każdą minutą padały coraz cięższe zarzuty pod adresem ustawy i jej autorów.

Szef PKW Sylwester Marciniak wyraźnie unikał jednak wskazania wprost tych autorów. Mówił dużo o tym, że "konieczne jest współdziałanie wszystkich organów władzy i administracji publicznej", i że "sytuacja szczególna wymaga szczególnych rozwiązań".

- Dzisiaj jest 28 kwietnia. Termin [wyborów], wynikający z zarządzenia marszałka Sejmu, to 10 maja - przypomniał Marciniak. Podkreślał: - My chcemy przeprowadzić wybory. Ale, proszę państwa, określcie w końcu zasady. Inaczej tych wyborów nie da się przeprowadzić.

I wytykał, że na szybko zmieniano przepisy kilka razy, i że "teraz dyskutujemy dwa tygodnie przed wyborami".

Już po posiedzeniu głośnej wypowiedzi Marciniaka o wolnych wyborach widziałem w TVN24 rozmowę z wiceministrem aktywów państwowych Januszem Kowalskim. Wiceminister sugerował, że szef PKW miał na myśli... samorządowców, którzy nie chcą wydać Poczcie Polskiej spisu wyborców, i że jego zdaniem trudno o inną interpretację tych słów.



Serio? To posłuchajmy, co sędzia Marciniak mówił w Senacie właśnie o samorządowcach:

- Ja nawet nie mogę czytelnego komunikatu opracować, czy przeprowadzamy wybory, w jaki sposób, kogo obejmuje, czy jest głosowanie korespondencyjne dla wszystkich... Proszę państwa, otrzymujemy dziesiątki, setki telefonów, pism, również z administracji samorządowej: co dalej? Czy przygotowywać lokale wyborcze? Czy przygotowywać spisy [wyborców]?

No, nawet przy bardzo kreatywnym podejściu do interpretacji tych słów trudno nie odnieść wrażenia, że w oczach przewodniczącego PKW samorządowcy w całej zaistniałej sytuacji są raczej poszkodowanymi, a nie sprawcami.

Szef PKW wspomniał też - cytuję - "jeszcze nieszczęsny art. 102" ustawy o tarczy antykryzysowej 2.0. To ten przepis, który teoretycznie nakazuje samorządom wydanie poczcie spisu wyborców, ale tylko jeśli jest to konieczne do realizacji zadań związanych z organizacją wyborów.

- Namieszał wiele w tym zakresie. Większość osób nawet nie była zorientowana, że taki przepis obowiązuje od poprzedniego piątku - skwitował Marciniak. - Wskazaliśmy ewentualnie, jak należy rozumieć ten przepis.

Przewodniczący PKW przypomniał też coś, o czym mało kto pamięta, że gdyby koniec końców jednak ogłoszono któryś ze stanów nadzwyczajnych - np. klęski żywiołowej - to niemożliwe będą dalsze zmiany ordynacji wyborczej (art. 228 ust. 6 konstytucji).

Co ciekawe Marciniakowi wyrwało się też: - Szczególna sytuacja, mamy świadomość, co się dzieje na zewnątrz. Za moment mamy stan klęski żywiołowej - brak wody. Epidemia.

UPDATE: Gdy już szykowałem się do publikacji tego tekstu, "Dziennik Gazeta Prawna" zamieścił w internecie zajawkę jutrzejszego wywiadu z szefem PKW, który przeprowadzenie wyborów 10 maja uznaje za niemożliwe. I już wprost sugeruje wprowadzenie stanu nadzwyczajnego.

Mity wokół wyborów 10 maja

Jednak w Senacie projekt ustawy analizował nie tylko szef PKW. Już w poprzednim wpisie pisałem, że proponowany sposób przeprowadzenia wyborów eksperci zmasakrowali już pierwszego dnia...

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020. Ależ się zrobił prawny bajzel! Szef PKW i eksperci w Senacie zmasakrowali ustawę PiS

...ale drugiego dnia nastąpił ciąg dalszy. Szczególnie polecam stosunkowo krótkie, niespełna 10-minutowe wystąpienie konstytucjonalisty prof. Ryszarda Piotrowskiego, w którym po prostu zmiażdżył propozycje PiS.



Zarówno prof. Piotrowski, jak i prof. Sławomir Patyra (także konstytucjonalista), prof. Władysław Czapliński (specjalista prawa międzynarodowego), prof. Marcin Matczak (ekspert teorii prawa), a także Marek Jarentowski z biura legislacyjnego Senatu i rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar rozprawili się z różnymi mitami, jakie krążą wokół wyborów 10 maja.

MITY O POWSZECHNOŚCI WYBORÓW

- Sposób przygotowania wyborów powoduje cały szereg wątpliwości pod tym względem. Chciałbym, żebyśmy sobie uświadomili sobie, o jakiej skali mówimy - stwierdził rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Zwrócono uwagę na kilka przepisów, które mogą część wyborców wykluczyć z głosowania, m.in. zaledwie jeden dzień (!) na dopisanie się do spisu wyborców czy zapisy dot. Polaków za granicą. Te ostatnie prof. Patyra nazwał wręcz "pułapką na obywateli":

- Już na etapie powstawania tego projektu było oczywiste, że nie ma możliwości, by ten termin [zgłaszania się do konsula najpóźniej 14 dni przed wyborami] był dotrzymany.

Rzecznik praw obywatelskich przypomniał, że w wyborach parlamentarnych 2019 do spisu wyborców dopisało się lub skorzystało z zaświadczenia o prawie do głosowania (poza miejscem zamieszkania) ok. 340 tys. wyborców. Do tego doliczmy wspomnianych Polaków z zagranicy.

Bodnar pytał również, co z bezdomnymi, i czy do pakietów wyborczych będą dołączane specjalne nakładki do głosowania, bo aż 1,8 mln wyborców to ludzie niewidomi i słabowidzący.

Co jeszcze? Ekspertów zastanawiała wzmianka o "pakietach niedostarczonych" wyborcom, a także cztery powody, które mogą spowodować nieważność głosów, m.in. nieczytelnie wypełnione oświadczenie o tajnym głosowaniu czy niezaklejona koperta z kartą do głosowania.

- Z tych czterech przypadków aż trzy są niezależne od wyborców - zauważył prof. Patyra. - Kwestia tego, czy dane są czytelne czy nie, jest uznaniowa. Co z osobami dotkniętymi dysgrafią? Co jeśli koperta odklei się w drodze z punktu A do punktu B?

Z kolei prof. Matczak stwierdził, że procedura głosowania korespondencyjnego jest dość skomplikowana, i że zmieniając przepisy na ostatnią chwilę nie zdąży się "nauczyć" wyborców, jak oddać ważny głos.

Przytoczono, że w 2011 r. - kiedy na przygotowanie i "poinstruowanie" ludzi było dużo więcej czasu - i tak aż 15 proc. głosów korespondencyjnych było nieważnych.

MITY O RÓWNOŚCI WYBORÓW

- Nie ma pewności, kto ile głosów odda w tych wyborach - stwierdził wprost prof. Sławomir Patyra.

Specjaliści zwracali uwagę, że np. w rodzinie o różnych poglądach politycznych jeden z domowników "przejmie" wszystkie pakiety, sam je wypełni i wrzuci do skrzynki. Zresztą o tzw. głosowaniu familijnym szerzej za chwilę - w kontekście tajności.

Jeszcze poważniejsze zarzuty dotyczyły rzekomej równości korzystających z biernego prawa wyborczego - czyli samych kandydatów. Eksperci przypominali, że wybory to nie tylko dzień głosowania, ale też m.in. cała poprzedzająca go kampania.

- Kampania wyborcza ma być prowadzona w uczciwej atmosferze, a dostęp do wolnych mediów powinien być zagwarantowany dla wszystkich kandydatów - wyliczał prof. Władysław Czapliński międzynarodowe standardy wolnych i demokratycznych wyborów

Tymczasem Marek Jarentowski z biura legislacyjnego Senatu skwitował, że wybory i kampania w Polsce toczą się obecnie "przy braku możliwości prowadzenia agitacji", przy zakazie zgromadzeń i dodatkowo przy "podporządkowaniu mediów publicznych".

- W sytuacji pandemii, przy takich ograniczeniach, niestety kampania wyborcza jest niemożliwa. To narusza zasadę równości szans - dodał prof. Matczak.

Jego zdaniem w takiej sytuacji przewagę zyskują osoby "na eksponowanych stanowiskach", i zaznaczył, że jest to kwestia apolityczna, bo np. w przypadku tych wyborów korzystają na tym zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i Małgorzata Kidawa-Błońska - jako wicemarszałek Sejmu.

MITY O TAJNOŚCI GŁOSOWANIA

To jedna z najczęściej podnoszonych wątpliwości. Do tzw. pakietu wyborczego będzie dołączone oświadczenie, że głosowaliśmy tajnie i osobiście, trzeba je wypełnić imieniem, nazwiskiem, nr. PESEL i włożyć do koperty zwrotnej.

Tu ważna uwaga. Jeśli wszystko przebiegłoby zgodnie z procedurą opisaną w ustawie, to teoretycznie nie ma możliwości, by ktoś sprawdził jak głosowaliśmy. Nasza koperta trafia bowiem ze skrzynki do miejskiej/gminnej komisji wyborczej, która:

1. Otwiera kopertę, wyjmuje z niej oświadczenie, sprawdza czy dane zgadzają się ze spisem wyborców.

2. Jeśli wszystko się zgadza - dopiero wtedy wyjmuje z koperty osobną, mniejszą kopertę z naszą kartą do głosowania w środku, i tę kopertę (wciąż zaklejoną!) wrzuca do urny.

3. Dopiero po takiej weryfikacji wyborców komisja otwiera urnę i dopiero wtedy otwiera koperty z kartami do głosowania (już bez żadnych danych, więc nie da się ich zidentyfikować), przystępując do liczenia głosów.

Mimo to sprawa tajności głosowania budzi mnóstwo emocji i zastrzeżeń, bo przecież nie można mieć 100-procentowej pewności, że wyżej opisana procedura nie zostanie w żaden sposób naruszona.

Doszło tu do ciekawego sporu. Szef PKW Sylwester Marciniak przekonywał, że takie głosowanie z podaniem danych "to nie jest, że tak powiem, nic nowego": - Mamy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2011 r., że głosowanie korespondencyjne zapewnia tajność głosowania.

- To wcale nie jest tak, że to głosowanie jest w gruncie rzeczy bez naruszenia tajności - zaprotestował prof. Ryszard Piotrowski. I przytoczył dokładny fragment ww. wyroku TK, w którym mowa, że "dla wyborcy tajność głosowania jest przywilejem, z którego może on skorzystać, choć nie ma takiego obowiązku"...

...natomiast "w sytuacji gdy wyborca decyduje się na głosowanie poza lokalem obwodowej komisji wyborczej, świadomie rezygnuje z tej gwarancji tajności głosowania stwarzanej przez państwo, przejmując jednocześnie obowiązek zorganizowania sobie we własnym zakresie odpowiednich warunków zapewniających tajność głosowania".

- Ale tutaj wszyscy są "zrezygnowani". Nie rezygnują z tajnego głosowania świadomie. To jest zupełnie inna sytuacja - podkreślał prof. Piotrowski.

Tu również podnoszona była kwestia "głosowania familijnego". Czyli takiego, gdy oddanie głosu odbywa się pod presją któregoś z pozostałych domowników, i o żadnej tajności nie ma wtedy mowy.

- Komisja Wenecka stwierdziła, że głosowanie musi mieć charakter indywidualny. Głosowanie "familijne", w którym jeden członek danej rodziny może nadzorować oddanie głosu przez pozostałych, narusza tajność wyborów i stanowi powszechny przypadek pogwałcenia prawa wyborczego - argumentował Marek Jarentowski z biura legislacyjnego Senatu.

MITY O NIEZALEŻNOŚCI WYBORÓW

- Mamy tu urządowienie wyborów - powiedział prof. Ryszard Piotrowski. Miał na myśli oczywiście to, że część uprawnień odebrano Państwowej Komisji Wyborczej, a przekazano rządowi i Poczcie Polskiej.

Specjaliści zwracali uwagę, że aż w dziewięciu punktach projektu ustawy mowa jest o przyszłych, nieznanych jeszcze rozporządzeniach różnych ministrów, które mają określić szczegóły głosowania.

- A zatem, tak naprawdę, ordynację wyborczą będą pisać ministrowie. To minister przejmuje kompetencje PKW - skwitował prof. Sławomir Patyra. Przypomniał, że rząd powinien wykonywać zadania "w zakresie niezastrzeżonym dla innych organów", tymczasem kodeks wyborczy realizację zadań związanych z organizacją wyborów oddaje PKW.

Prof. Patyra przyrównał to do sytuacji sprzed paru lat, gdy obok istniejącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji utworzono zupełnie nowe ciało - Radę Mediów Narodowych - i dodał, że tym razem również Państwowa Komisja Wyborcza może stać się taką "wydmuszką" pozbawioną realnego wpływu na cokolwiek.

Przedstawiciel biura legisjacyjnego Senatu przyznał, że są państwa, w których to rząd odpowiada za przeprowadzenie wyborów, ale "jest to do zaakceptowania" tylko w rozwiniętych i stabilnych demokracjach, w których administracja jest wolna od nacisków politycznych. A obywatele mają do niej wysokie zaufanie.

MITY WOKÓŁ STANU KLĘSKI ŻYWIOŁOWEJ

Przypomnijmy, że zgodnie z konstytucją wybory można (a nawet trzeba!) przełożyć tylko wtedy, gdy zostanie ogłoszony któryś z trzech tzw. stanów nadzwyczajnych. Czyli wojenny, wyjątkowy lub klęski żywiołowej. To jedyna możliwość.

Art. 288.
1. W sytuacjach szczególnych zagrożeń, jeżeli zwykłe środki konstytucyjne są niewystarczające, może zostać wprowadzony odpowiedni stan nadzwyczajny: stan wojenny, stan wyjątkowy lub stan klęski żywiołowej. (...)

7. W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie może być skrócona kadencja Sejmu, przeprowadzane referendum ogólnokrajowe, nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu.


Politycy PiS przekonują od tygodni, że "nie ma przesłanek", by taki stan wprowadzić. Tymczasem - zamiast stanu klęski żywiołowej - mamy już wprowadzony stan epidemii i to wystarczy.

Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar przypomniał jednak, że de facto wprowadzono już wiele rzeczy przewidzianych właśnie w stanach wyjątkowych, np. specjalne uprawnienia dla władz czy ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi. To, co mamy obecnie, nazwał "hybrydowym stanem nadzwyczajnym".

Jeszcze ciekawiej było dalej. Prof. Ryszard Piotrowski i prof. Marcin Matczak wysnuli wniosek, że przesłanki do wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego jednak są, a najlepszym dowodem jest... nic innego jak właśnie projekt ustawy "o szczególnych zasadach" wyborów prezydenckich.

- To właśnie ta ustawa ilustruje niezbędność wprowadzenia stanu klęski żywiołowej! Wyraźnie z tej ustawy wynika, że środki konstytucyjne standardowe są niewystarczające - uzasadniał prof. Piotrowski. - I to jest dobra strona tej ustawy - skwitował.

- Stan nadzwyczajny ogłasza się, kiedy zwykłe środki konstytucyjne są niewystarczające, a ta ustawa już w tytule mówi, że jest niezwykła i że zawiodły zwykłe środki konstytucyjne - wtórował mu prof. Matczak, dodając, że sytuację w wyborami w Polsce można by porównać do Titanica:

- Na Titanicu po zderzeniu z górą lodową nie organizowano wyborów nowego kapitana. Pozwolono temu, który jest, skupić się na akcji ratowania ludzi, a nie na organizowaniu wyborów, ponieważ akurat przypadałby termin wyboru nowego kapitana.



Kontynuując tę metaforę prof. Matczak podkreślał, że "jeżeli wali się wokół świat, a kraj jest zamknięty, to nie da się normalnie wybrać prezydenta z wielu powodów". I podkreślał, że dla takiej sytuacji konstytucja przewidziała właśnie art. 228 ust. 7, czyli stan klęski żywiołowej.

MITY WOKÓŁ SAMEJ USTAWY O WYBORACH POCZTOWYCH

Zostawiłem to na koniec, bo z punktu widzenia wyborcy to sprawy dość abstrakcyjne, ale chyba najwięcej zastrzeżeń dotyczyło właśnie samego sposobu zmiany przepisów wyborczych.

Tu obszerną wyliczankę zrobił Marek Jarentowski, czyli przedstawiciel biura legislacyjnego Senatu, który mówił wprost o "instrumentalizacji prawa wyborczego" i punktował po kolei:

- projekt uchwalono w Sejmie w zaledwie cztery godziny
- nie odbyła się nad nim nawet dyskusja w żadnej komisji
- towarzyszyły temu wątpliwości dot. podpisów posłów
- nie uwzględniono roli Senatu ani prezydenta i ich czasu na decyzję

- Mieliśmy tu do czynienia z projektem nawet nie pilnym, tylko superpilnym - kpił prof. Sławomir Patyra, przypominając, że nawet tzw. tryb pilny w Sejmie nie może dotyczyć zmian w kodeksie wyborczym.

Wytykał też, że Sejm powinien ROZPATRZYĆ projekt w trzech czytaniach, czyli powinna się odbyć dyskusja z dopuszczeniem głosów opozycji. I dodał, że tak pojmowana demokracja - w której większość sejmowa to po prostu maszynka do głosowania - to "demokracja prymitywna":

- Dzisiaj ustawodawca powinien tworzyć prawo w sposób stabilny, a nie ad hoc, nie pisze się ustaw dla kogoś, albo przeciwko komuś. Tu w ciągu kilkunastu dni pojawiły się aż trzy nowelizacje.

Rzecznik praw obywatelskich przypominał, że zgodnie z orzecznictwem TK nie powinno się robić istotnych zmian w przepisach wyborczych na pół roku przed głosowaniem, a zgodnie ze standardami OBWE - nawet rok.

MITY WOKÓŁ KONSEKWENCJI TAKICH WYBORÓW

- Władza posiada legitymację wtedy, gdy rządzeni są przekonani, że rządzący mają prawo nimi rządzić - przypomniał Marek Jarentowski z biura legislacyjnego Senatu.

Podkreślał, że obywatele nie mogą mieć "obiektywnych wątpliwości", że wynik wyborów oddaje ich rzeczywistą wolę, a nie jest "wynikiem takich modyfikacji procedury wyborczej lub terminu wyborów, które miałyby na celu ułatwienie osiągnięcia oczekiwanego wyniku wyborów".

- Ta ustawa pozbawia obywateli prawa do prezydenta legitymowanego - dodał prof. Piotrowski. - Tworzy taką sytuację, że ten prezydent będzie prezydentem o wątpliwej legitymacji. I na forum wewnętrznym, i - co gorsza - na forum międzynarodowym. Będzie można podważać ustawy, na których będzie złożony jego podpis.

Specjalista prawa międzynarodowego prof. Władysław Czapliński: - Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby zlekceważyć zobowiązania międzynarodowe. Procedury wyborcze są bardzo istotnym elementem praworządności. Jestem dziwnie przekonany, że Komisja Europejska post factum zacznie oceniać to, co się wydarzyło w Polsce.


Tak to właśnie wyglądało podczas omawiania projektu w Senacie. Z chęcią przytoczyłbym dla równowagi opinie ekspertów, którzy - np. w Sejmie - broniliby tych propozycji, tyle że takich opinii tam nie było. I w ogóle żadnych - bo posłowie przepchnęli zmiany w zaledwie kilka godzin.

Jutro dalszy ciąg dyskusji w Senacie. Jednak już po tym, co do tej pory usłyszeliśmy, autorzy tych zapisów o "szczególnych zasadach" wyborów prezydenckich w naprawdę cywilizowanym, demokratycznym państwie spaliliby się ze wstydu i musieliby się natychmiast podać do dymisji.

Jesteśmy jednak w Polsce, w której prezydencki minister Paweł Mucha w "Kawie na ławę" zaklina rzeczywistość i przekonuje, że wybory mimo wszystkich opisanych absurdów będą powszechne, równe i tajne.


Specjaliści, którzy to kwestionują, niemal z miejsca są zaliczani do zwolenników "totalnej opozycji", taką etykietkę dostali już prof. Matczak, rzecznik Bodnar, a nawet były pierwszy prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz, za chwilę to samo zapewne spotka prof. Piotrowskiego czy prof. Patyrę.

A wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński w rozmowie z PAP poucza OBWE, jak powinny wyglądać wolne i demokratyczne wybory, bo jej opinia w tej sprawie jest "jednostronna".

To wszystko dzieje się w dniach, w których obchodzimy 16-lecie Polski w Unii Europejskiej i rocznicę uchwalenia konstytucji 3 maja, wyjątkowo to symboliczne i wyjątkowo smutne.