www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Gdzie są luki w głosowaniu korespondencyjnym? Analizujemy ustawę punkt po punkcie

8 kwietnia 2020

Wybory prezydenckie 2020. Gdzie są luki w głosowaniu korespondencyjnym? Analizujemy ustawę punkt po punkcie

#Wybory prezydenckie 2020  #Poznań  #głosowanie korespondencyjne  #Poczta Polska  #komisja wyborcza

Największą luką wydają się miliony niewykorzystanych kart do głosowania. Praktycznie nie do wychwycenia będzie, czy ktoś życzliwie nie "użyczył" swojego głosu, zwłaszcza że np. w Poznaniu jeden członek komisji będzie miał do zweryfikowania nawet kilka tysięcy głosów.

Coraz więcej wskazuje, że jednak 10 maja wydarzy się cud nad urną cud nad skrzynką pocztową i wybory prezydenckie jednak się odbędą. Oczywiście w zupełnie nowej i dość karykaturalnej formie.

To, co działo się w sprawie wyborów w ostatnich dniach, Szymon Hołownia porównał do "Antygony". Wicepremiera Jarosława Gowina obsadził nawet w roli tytułowej bohaterki.

Jeśli mamy pozostać w klimatach scenicznych, to mnie jednak te wydarzenia bardziej przywodziły na myśl francuską komedię "Le Diner des Cons", czyli "Kolacja dla głupca" (w wersji filmowej - "Kolacja dla palantów").



Jeśli ktoś widział, to wie, co mam na myśli. Jeśli ktoś nie widział - to krótko streszczę. Główny bohater po kłótni z żoną próbuje się dowiedzieć, z kim pojechała się przespać, i wymyśla w tym celu coraz to bardziej zawiłe intrygi. Jednak z każdą kolejną tylko coraz bardziej się pogrąża.

(i to wszystko - jakże symbolicznie do dzisiejszej sytuacji - w jednym wnętrzu i korzystając praktycznie tylko z telefonu)

Z tymi wyborami było podobnie. Najpierw PiS wymyślił głosowanie korespondencyjne dla ludzi 60+ lub w kwarantannie, potem zrobił wrzutkę, że jednak dla wszystkich. W międzyczasie wyskoczył jeszcze Gowin ze swoim absurdalnym pomysłem zmiany konstytucji.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory prezydenckie 2020. Kaczyński i Gowin prześcigają się w głupich pomysłach. Pięć ABSURDÓW projektu Gowina

Kiedy jednak projekt z głosowaniem korespondencyjnym niespodziewanie nie wszedł pod obrady...

Rządzący sięgnęli wówczas po stare, dobre, sprawdzone metody. Czyli zgłosili formalnie nowy projekt - tak na marginesie nie wiadomo, jak i kiedy posłowie się pod nim podpisali - i ruszył legislacyjny ekspres.

Pierwsze czytanie, komisja, drugie czytanie, trzecie, głosowanie. Cztery godziny i już po wszystkim.

Jest całe mnóstwo mądrzejszych ode mnie głów, prawników, politologów i innych specjalistów, którzy już powiedzieli co nieco, co sądzą o przeprowadzaniu wyborów w takiej formie i w takim trybie.

- Prof. Ryszard Piotrowski: To głosowanie, które ma zniweczyć prawo do głosowania
- Prof. Mikołaj Cześnik: Wybory korespondencyjne bardzo ryzykowne i trudne do przeprowadzenia
- Prof. Ewa Łętowska: Ten sposób pracy nad zmianą ustawy to są kpiny
- Prof. Maciej Gutowski: Byłbym zdziwiony, gdyby Sąd Najwyższy tych wyborów nie zakwestionował
- Prof. Jarosław Flis: Wyborów 10 maja na pewno nie będzie

Ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że rządzący chcą wykorzystać okazję i sparaliżowaną kampanię, by ułatwić zwycięstwo Andrzejowi Dudzie. Które w normalnych warunkach wcale nie byłoby takie pewne.

Dlatego chcą zrobić wybory za wszelką cenę. Już tu o tym pisałem jeszcze przed zawirowaniami z ostatniego tygodnia - nie będę się zatem powtarzał.

Proponuję jednak na moment zatkać nos, wyobrazić sobie, że te wybory faktycznie się odbywają. I przyjrzeć się ustawie - przepchniętej w ekspresowym tempie przez Sejm - i co w niej właściwie zapisano. Zwłaszcza że różnych wątpliwości już pojawiło się sporo.

Wybory pocztowe na 11 stronach

Cała ustawa - jak na polskie standardy... - nie jest szczególnie długa. Liczy 11 stron. Jej przepisy, dotyczące procedury głosowania i liczenia głosów, można z grubsza podzielić na kilka etapów:

1. Doręczanie "pakietów wyborczych" wyborcom.
2. Samo oddawanie głosów przez wyborców.
3. Procedura przekazania głosów do komisji.
4. Weryfikacja oddanych głosów i ich liczenie.

Tak właśnie uporządkowałem poszczególne zapisy i przeanalizujmy je sobie teraz po kolei.

DORĘCZANIE PAKIETÓW WYBORCZYCH WYBORCOM

Jak już wiadomo - "operatorem wyznaczonym" zajmującym się obsługą wyborów ma być Poczta Polska. Przepisy mówią też wprost, że ów operator może zostać wybrany bez przetargu.

Art. 3.
1. Operator wyznaczony (...) zapewnia w przypadku głosowania w kraju, w terminie przypadającym od 7 dni do dnia przypadającego przed dniem głosowania, doręczenie pakietu wyborczego (...).


Czyli listonosze powinni dostarczyć blisko 30 mln pakietów wyborczych w ciągu niespełna tygodnia - od poniedziałku do soboty.

Co ciekawe, z góry założono, że części pakietów nie uda się dostarczyć w taki sposób, jest zatem osobny przepis o przekazaniu takich niedoręczonych pakietów do gminnej (miejskiej) komisji wyborczej.

Co z tymi, którzy są zameldowani zupełnie gdzie indziej, niż mieszkają? Albo nie są zameldowani w ogóle? Tak jak przy poprzednich wyborach - można się dopisać do spisu wyborcom. Jest jednak jedno "ale"...

Art. 4. Dopisanie do spisu wyborców (...) następuje na wniosek wyborcy wniesiony do urzędu gminy najpóźniej w dniu wejścia w życie ustawy.

Gdyby nie Senat - który zapewne będzie się zajmował ustawą przez cały miesiąc - wielu potencjalnych wyborców za chwilę obudziłoby się z ręką w nocniku. I w praktyce bez możliwości zagłosowania.

Zupełnie inną rzeczą jest to, czy nawet do pierwszych dni maja - najprawdopodobniej to wtedy ustawa wejdzie w życie - będzie w ogóle możliwość takiego dopisania się do spisu. Przypomnijmy, że urzędy w większości nie działają, a przez internet na stronie obywatel.gov.pl póki co - inaczej niż przed wyborami parlamentarnymi - dopisać się nie można.

Jest też inny zapis budzący wątpliwości. Jak mówi art. 15 - Poczta Polska ma dostać od urzędu cały spis wyborców.

Trudno sobie oczywiście wyobrazić inny sposób, by listonosze mogli dotrzeć z pakietami do wszystkich 30 mln uprawnionych do głosowania, ale zwracam uwagę, że w tym spisie poza adresami będą też inne wrażliwe dane typu PESEL.

Dodajmy, że Poczta Polska "w czasie wykonywania zadań, o których mowa w niniejszej ustawie" (czyli w praktyce - przez cały tydzień), będzie zwolniona z zajmowania się innymi przesyłkami i usługami.

UPDATE: Podczas dyskusji na Facebooku o tym tekście padło pytanie o wyborców głosujących za granicą. I wyszedł jeszcze jeden absurd.

Polacy za granicą powinni zgłosić chęć głosowania korespondencyjnego do konsulatu - najpóźniej dwa tygodnie przed wyborami. Tyle że przepisy wejdą w życie... prawdopodobnie zaledwie kilka dni przed wyborami (nawet jeśli te zostaną przesunięte na 17 maja).

Czyli albo wyborcy z zagranicy będą się zgłaszać na podstawie nieobowiązujących jeszcze przepisów, albo nie będą mogli zagłosować w I turze, zdążą dopiero na II turę - o ile do niej dojdzie.

SAMO ODDAWANIE GŁOSÓW PRZEZ WYBORCÓW

Jak już znajdziemy pakiet wyborczy w skrzynce... to trzeba jeszcze wiedzieć co z nim zrobić:

1. Zaznaczyć swój głos na karcie do głosowania (no, chyba że ktoś oddaje pustą kartę).
2. Kartę do głosowania włożyć do mniejszej koperty i zakleić.
3. Wypełnić oświadczenie o "osobistym i tajnym oddaniu głosu".
4. Wypełnione oświadczenie i mniejszą kopertę włożyć razem do większej koperty i też ją zakleić.
5. Zanieść tak przygotowaną przesyłkę do jednej z wyznaczonych skrzynek w okolicy.

Przepisy precyzują, że głosy należy wrzucać do skrzynek w godz. 6-20 (w sumie ciekawe, co się stanie z głosem, który zostanie wrzucony wcześniej - np. o 5.30?).

Dużo wątpliwości i kontrowersji wzbudził pierwotnie planowany zapis, że kto "niszczy, uszkadza, ukrywa, przerabia, podrabia lub kradnie" karty do głosowania - grozi mu kara nawet trzech lat więzienia.

Część wyborców, a nawet specjalistów, zinterpretowała to jako przymus do zagłosowania. Moim zdaniem było to tylko niefortunne sformułowanie niemal przeklejone z przepisu istniejącego już w kodeksie karnym. Koniec końców PiS przepis uchwalił w zupełnie innym brzmieniu:

Art. 18.
1. Kto kradnie kartę do głosowania lub oświadczenie (...) podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
2. Tej samej karze podlega, kto umieszcza w nadawczej skrzynce pocztowej (...) przerobioną lub podrobioną kartę do głosowania lub oświadczenie (...).


Tutaj właśnie - moim zdaniem - jest największa luka w całym tym głosowaniu korespondencyjnym. Zwróćmy uwagę, że mowa jest tu wyłącznie o "kradzieży" i "podrabianiu"... tymczasem nie ma nic o dobrowolnym udostępnianiu ani nawet o sprzedawaniu.

Załóżmy niezwykle optymistycznie, że frekwencja wyniosłaby 60 proc. To w dalszym ciągu ok. 12 mln - DWANAŚCIE MILIONÓW! - kart do głosowania, z których ludzie nie zamierzają skorzystać i nie bardzo jest kontrola nad tym, co się dalej z nimi dzieje.

To duża różnica w porównaniu z poprzednimi wyborami. Wówczas kartę do głosowania korespondencyjnego dostawali tylko ci, którzy faktycznie chcieli zagłosować, zaś zwykłe karty nie mogły opuszczać lokalu wyborczego i nie było możliwości, by ich komuś "użyczyć".

Oczywiście teoretycznie jest zabezpieczenie, żeby zapewnić, że nikt za nikogo głosu nie odda...

Art. 5.
1. Wyborca podpisuje oświadczenie [o osobistym i tajnym oddaniu głosu] i wpisuje, w miejscu do tego przeznaczonym, swoje imię i nazwisko oraz numer PESEL.


...ale w praktyce niezwykle trudno będzie to zweryfikować. Jak sprawdzić, czy ktoś wypełnił ten druczek osobiście, czy może jednak - skoro i tak nie chciał głosować - sprzedał komuś albo nawet oddał za darmo swój pakiet? I w bonusie dorzucił własny PESEL.

Jasne, trudno sobie wyobrazić całe ekipy chodzące po mieszkaniach i zbierające w ten sposób niewykorzystane głosy, czy choćby szukające ich przez internet. Zaraz ktoś by to zgłosił komu trzeba.

Jednak luka niewątpliwie jest. I przypuszczam, że znajdą się choćby pojedyncze osoby, które spróbują z niej skorzystać.

PROCEDURA PRZEKAZANIA GŁOSÓW DO KOMISJI

Tu znów do gry wkracza Poczta Polska. Ta część planu będzie jednak trudniejsza do realizacji, bo na zebranie i dostarczenie oddanych głosów do komisji będzie już nie tydzień, tylko trzy godziny.

Art. 14.
1. Koperty zwrotne są dostarczane przez operatora wyznaczonego do gminnej obwodowej komisji wyborczej w dniu wyborów sukcesywnie od rozpoczęcia głosowania do godziny 23.00.


Dalej czytamy, że minister właściwy do spraw aktywów państwowych - czyli Jacek Sasin - w osobnym rozporządzeniu określi m.in. szczegółowy tryb dostarczenia kopert do komisji, i że uwzględni przy tym "zapewnienie poszanowania zasad przeprowadzania wyborów oraz zapewnienie bezpieczeństwa tych przesyłek".

Mamy tu szereg potencjalnych pytań. Czy punktualnie o godz. 20 skrzynki zostaną - jak na komendę - zamknięte, głosy z nich wyjęte, a pracownicy Poczty Polskiej od razu zawiozą je do komisji?

Tak byłoby najprościej, jednak użycie zwrotu "sukcesywnie" może sugerować, że technicznie będzie to trudne do wykonania "na raz". Może odbędzie się to w kilku turach. Jeśli tak - gdzie trafią głosy dopiero oczekujące na przewiezienie i kto będzie miał do nich dostęp?

Idźmy dalej. Jeśli ktoś dostarczy głos o godz. 20.05 - zapewne tak jak w przypadku zwykłych wyborów ten głos już nie będzie się liczył.

Co jednak jeśli głosy z którejś skrzynki - gdy np. pocztowcom zepsuje się samochód - trafi do komisji dopiero po godz. 23? Zostaną policzone czy nie? Jeżeli nie - to z jakiej paki? Przecież to nie głosujący zawinili.

Zupełnie osobna procedura będzie dotyczyć ludzi przebywających w kwarantannie. Jak wiadomo - oni nie wyjdą z domu do skrzynki i nie wrzucą do niej głosu. To samo dotyczy m.in. pacjentów szpitali, domów pomocy społecznej, wyborców z aresztów i więzień.

Tu sposób odbioru od nich przesyłki ma określić - cóż za zaskoczenie... - minister Sasin w osobnym rozporządzeniu. Mając przy tym na względzie "ochronę zdrowia osób odbierających i przekazujących te przesyłki".

WERYFIKACJA ODDANYCH GŁOSÓW I ICH LICZENIE

Zajmie się tym jedna jedyna komisja wyborcza w mieście lub całej gminie. Ma liczyć od 9 osób (gminy poniżej 50 tys. mieszkańców) do 45 osób (miasta powyżej 200 tys. mieszkańców).

Tu uspokójmy podejrzliwych, że na etapie liczenia głosów mogłoby dojść do jakichś fałszerstw: w skład komisji będą wchodzić przedstawiciele poszczególnych komitetów wyborczych.

Znalazł się też zapis pozwalający ominąć wspomniany limit 45 osób np. w dużym mieście takim jak Poznań:

Art. 10. (...)
11. W szczególnie uzasadnionych przypadkach komisarz wyborczy, mając na względzie sprawność i skuteczność pracy komisji, może powołać w skład gminnej obwodowej komisji większą liczbę osób niż określona w ust. 5.


Całkiem możliwe, że komisje będą z tego korzystać, bo roboty szykuje się sporo. Zobaczcie sami.

Do komisji wyborczej wieczorem zaczną zjeżdżać głosy z całej gminy lub całego miasta. Jeśli mówimy o Poznaniu - w przeprowadzanych tradycyjnie wyborach prezydenckich frekwencja wynosiła 200-300 tys. ludzi.

Załóżmy nawet, że do komisji trafi 200 tys. kopert. Komisja z każdą z nich musi po kolei wykonać szereg czynności:

- otworzyć kopertę
- sprawdzić, czy w środku jest oświadczenie
- zweryfikować, czy taki wyborca jest w spisie
- sprawdzić, czy zgadza się jego PESEL
- odhaczyć w spisie, że już policzono jego głos
- sprawdzić, czy mniejsza koperta jest zaklejona
- na koniec wrzucić tę mniejszą kopertę do urny

Ile może potrwać taka weryfikacja pojedynczego głosu? Załóżmy, że pół minuty. Jeśli w poznańskiej komisji będzie 45 osób, to na łebka przypadnie - uwaga, uwaga - ponad 4 tys. takich głosów!

Czyli szybko licząc - już sama weryfikacja głosów i wrzucanie ich do urny zajmie przy dobrej sprawności 2 tys. minut. Czyli ponad 30 godzin. A w praktyce nawet więcej, bo przecież ludzie z tej komisji nie będą pracować non stop, muszą jeszcze jeść i spać.

A później trzeba jeszcze policzyć głosy z urny. Zrobić protokół. I wysłać je do okręgowej komisji.

Napisałem "głosy z urny", ale tak naprawdę będą to głosy z wielu urn, bo przecież do jednej 200 tys. głosów się nie zmieści. Zgodnie z ustawą komisja ma zatem oszacować, ile urn będzie potrzebnych. A gdyby jednak okazało się, że to za mało...

Art. 14. (...)
3. (...) W przypadku wypełnienia urn w trakcie głosowania, komisja niezwłocznie informuje wójta, burmistrza lub prezydenta miasta (...) o konieczności dostarczenia kolejnych urn.


KIEDY GŁOS BĘDZIE NIEWAŻNY?

- jeśli mniejsza koperta (ta na kartę do głosowania) będzie niezaklejona
- jeśli wewnątrz dużej koperty nie będzie oświadczenia o osobistym głosowaniu
- jeśli to oświadczenie co prawda będzie, ale nieczytelne, albo z błędnymi danymi
- jeśli okaże się, że tego konkretnego wyborcy nie ma w spisie wyborców
- jeśli koperta tego konkretnego wyborcy już wcześniej dotarła i została wrzucona do urny

Oczywiście głos będzie nieważny również w sytuacji, gdy na karcie do głosowania postawimy krzyżyk przy więcej niż jednym kandydacie, nie postawimy go w ogóle albo nie wrzucimy do koperty karty do głosowania.

Tu zwracają uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze, autorzy tych przepisów sami dostrzegli, że może dojść do prób jakichś nadużyć czy podrabiania kopert - zapewne stąd przepis o nieważności głosu, gdyby do komisji jakimś cudem dotarły dwie koperty od tego samego wyborcy.

Dodajmy jeszcze, że komisja - już po otwarciu urny - ma też sprawdzać autentyczność oznaczenia (zapewne pieczęci Państwowej Komisji Wyborczej), które zostanie zamieszczone na wszystkich kartach do głosowania.

Po drugie - nie ma żadnej wzmianki o niezaklejonej dużej kopercie. Przepis o tym, że głos jest nieważny, jeśli niezaklejona jest mała koperta (ta na kartę do głosowania), ma oczywiście zapobiec próbom podmiany samej karty z głosem lub ingerowania w jej treść.

Ale co jeśli ktoś zechciałby np. otworzyć tylko dużą kopertę i podmienić w niej całą mniejszą kopertę z kartą do głosowania w środku? Na przykład na taką, którą dostał od znajomego, który nie głosuje, i sam ją wypełnił...

Tu wracamy do wspomnianej przez mnie luki, braku kontroli nad tym, co dzieje się z niewykorzystanymi kartami do głosowania.

Oczywiście to dość karkołomny scenariusz. Oszustem otwierającym dużą kopertę i podmieniającym mniejszą kopertę z głosem tak de facto musiałby być sam listonosz lub inny pracownik poczty.

--

Jeszcze na koniec warto zaznaczyć, że politycy PiS zabezpieczyli wszystko na wypadek, gdyby przeprowadzenie takich wyborów próbowały utrudnić samorządy. Jak wiadomo - były takie zapowiedzi.

Przepisy mówią na przykład, że siedzibę dla miejskiej czy gminnej komisji wyborczej udostępnia lokalny samorząd, ale gdyby tego nie zrobił...

Art. 12. (...)
4. W przypadku, gdy wójt, burmistrz lub prezydent miasta nie wskaże odpowiedniego lokalu w terminie (...) komisarz wyborczy ustala siedzibę gminnej obwodowej komisji wyborczej w lokalu wskazanym przez właściwego wojewodę.


Nowa ustawa rozwiązuje też wszystkie powołane wcześniej obwodowe komisje wyborcze. Czyli te, które pierwotnie miały siedzieć w lokalach wyborczych. Zresztą to raczej formalność, bo wątpię, czy gdziekolwiek w Polsce udało się takie komisje skompletować.

I wreszcie - niemal na samym końcu ustawy - perełka. Możliwość zmiany daty wyborów. Z tym że tak, że nowy termin "musi odpowiadać terminom przeprowadzenia wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej określonym w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej".

Czyli jednak - gdy pojawiło się ryzyko, że nowe przepisy wejdą w życie last minute i potrzeba więcej czasu - jednak dało się coś przesunąć. Zapewne o tydzień - na 17 maja. Eureka.

Już i tak długa lista pretekstów, które mogą posłużyć do zaskarżenia wyborów i podważania ich wyniku, właśnie wydłużyła się o kolejną pozycję.