www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory prezydenckie 2020. Maski opadły. Politycy PiS chcą reelekcji Andrzeja Dudy już 10 maja - i to za wszelką cenę

1 kwietnia 2020

Wybory prezydenckie 2020. Maski opadły. Politycy PiS chcą reelekcji Andrzeja Dudy już 10 maja - i to za wszelką cenę

#Wybory prezydenckie 2020  #Andrzej Duda  #kodeks wyborczy  #stan klęski żywiołowej  #Jarosław Kaczyński

Gdyby prezydent Andrzej Duda nie prowadził w sondażach - zapewne już dawno mielibyśmy ogłoszony stan klęski żywiołowej i przełożone wybory. Zaraz - dla odmiany - możemy mieć prezydenta, którego wygranej nie uznaje nawet połowa wyborców w kraju.

Dzisiaj miał tu wylądować zupełnie inny tekst. Zwykle na 1 kwietnia przygotowywałem listę rzeczy z całego minionego roku, które z pozoru brzmiały jak żart, tymczasem zdarzyły się zupełnie na serio.

[ PRIMA APRILIS 2019 | PRIMA APRILIS 2018 | PRIMA APRILIS 2017 | PRIMA APRILIS 2015 ]

Tym razem - wybaczcie - takiej listy na prima aprilis nie będzie. Do śmiechu nie jest nam z powodu epidemii, która sparaliżowała cały kraj...



...ale jest jeszcze inna wcale niewesoła sprawa, która powoduje, że gdybym nawet chciał zrobić listę takich "żartów na serio", to musiałaby wyglądać mniej więcej tak:

1. Zapewnienia Jarosława Kaczyńskiego, że "nie ma żadnych przesłanek", by wprowadzić stan klęski żywiołowej i przesunąć wybory.

2. Sugestie, że głosowanie korespondencyjne dla ludzi starszych lub objętych kwarantanną to tylko "sprawa techniczna", a nie poważna zmiana kodeksu wyborczego.

3. Nagła troska marszałek Elżbiety Witek i innych polityków PiS o przestrzeganie konstytucji i praw obywatelskich. (...)


Jeszcze tydzień temu pisałem tutaj, że za jakiś czas rządzący będą się bardzo wstydzić i wypierać, że tak upierali się przy organizacji wyborów prezydenckich w ogłoszonym terminie 10 maja.

ZOBACZ CAŁY TEKST: Wybory prezydenckie 2020. Przełożyć czy nie przełożyć? Oto jest pytanie... (na które prezes Kaczyński już zna odpowiedź)

Wygląda jednak na to, że wstydzą się już teraz, bo tylko to może wyjaśniać nagłą nocną akcję z ww. poprawką o głosowaniu korespondencyjnym, dorzuconą cichaczem do ustawy w zupełnie innej sprawie.



To było złamanie regulaminu Sejmu, który mówi, że nad zmianą jakichkolwiek kodeksów należy pracować co najmniej kilka tygodni. To było też jawne pogwałcenie cywilizowanych reguł wyborów w demokratycznych państwach.

Dlaczego to wszystko odbyło się w taki sposób, a nie przy podniesionej kurtynie, i to tuż przed wyborami?

Że to niby tylko "zmiana techniczna", proceduralna, więc można ją wprowadzić kilka tygodni przed wyborami w trwającej już kampanii? No litości! To może od razu idźmy o krok dalej i zróbmy głosowanie SMS-owe.

Jest jasne i oczywiste, że PiS chce wykorzystać sytuację z epidemią, żeby prezydent Andrzej Duda mógł pokonać uziemionych konkurentów i wygrać wybory - najlepiej już w I turze.

Z sondaży wynika nie tylko, że Duda zyskał trochę poparcia w ostatnich tygodniach (to akurat było do przewidzenia), ale też - jak pokazało badanie dla "Gazety Wyborczej" - że to jego wyborcy są najbardziej zdeterminowani i gotowi iść głosować nawet w środku epidemii.

Dlatego, gdyby wybory odbyły się w maju podczas epidemii, Andrzej Duda wygrałby w pierwszej turze z wynikiem 65 proc., Małgorzata Kidawa-Błońska otrzymałaby zaledwie 10 proc. (...) Gdyby wybory odbyły się po epidemii, to Duda w pierwszej turze otrzymałby „tylko” 44 proc. i w drugiej zmierzył się z Kidawą-Błońską (19 proc.).

źródło: Gazeta Wyborcza, 25 marca 2020 r.


To przy okazji pokazuje, jak niebezpiecznie daleko zaszliśmy, jeśli chodzi o polityczny spór i zacietrzewienie w naszym kraju. Część wyborców - i to zapewne nie tylko sympatyków PiS - chce się poświęcić i zaryzykować zdrowiem, a nawet życiem, dla zwycięstwa swojego faworyta!

Nie o wyborach... a jednak o wyborach

Tak czy inaczej - rządzący kompletnie pogubili się w narracji o wyborach prezydenckich.

Początkowo słyszeliśmy, że teraz o wyborach nie należy w ogóle rozmawiać, bo wszyscy mamy na głowie ważniejsze sprawy - z walką z koronawirusem na czele. I że to tylko ta totalna opozycja podnosi temat 10 maja.

Kiedy jednak przyszło co do czego... To przecież nie opozycja, nie żaden Fantomas, tylko grupa posłów PiS przypomniała o wyborach i zrobiła tę skandaliczną nocną wrzutkę w Sejmie.

Rządzący zdemaskowali się w ten sposób okrutnie. Pokazali, że o wyborach jednak myślą, i to bardzo intensywnie. A konkretnie - jak mimo wszystko i za wszelką cenę przeprowadzić je 10 maja.

Już zresztą ta narracja, że wybory dopiero za ponad miesiąc i nie ma co teraz o tym mówić, jest wyjątkową hipokryzją.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński nie dalej jak miesiąc temu w wywiadzie dla "Gazety Polskiej" mówił:

Wszystkie ręce na pokład! (...) Każdy, komu zależy na kontynuowaniu Dobrej Zmiany, na utrwaleniu jej dobrych dla milionów Polaków programów społecznych, musi pójść na wybory, namawiać innych, mobilizować, by i oni wybrali Andrzeja Dudę

Prezes PiS Jarosław Kaczyński / źródło: Gazeta Polska, 26 lutego 2020 r.



Teraz nagle okazuje się, że gdy okoliczności się zmieniły i 10 maja niemal pewne jest zwycięstwo Dudy... to powinny zejść na drugi plan i można je przeprowadzić niejako przy okazji walki z wirusem. Bez kampanii. Bez żadnej debaty. Bez spotkań z wyborcami.

Zupełnie jakby to były, kurna, jakieś podrzędne wybory do rady osiedla. (Z całym szacunkiem dla wszystkich rad osiedli). Takie, które 90 proc. mieszkańców i tak ma głęboko gdzieś. A nie takie, które de facto zdecydują, kto przez najbliższych kilka lat będzie rządził całym krajem.

Tymczasem wybory to nie tylko dzień głosowania. I o tym rządzący zdają się jakoś nie pamiętać. Tak samo jak np. igrzyska olimpijskie to nie tylko dzień startu, to również miesiące przygotowań, które - zupełnie jak kampania przed wyborami - decydują potem o wynikach rywalizacji.

Teraz mamy w tych wyborach prezydenckich jednego zawodnika, który może trenować dzień w dzień i na 10 maja będzie całkiem dobrze (choć też wcale nie optymalnie!) przygotowany.

I mamy całą resztę jego konkurentów, którzy przygotowywać się już niemal w żaden sposób nie mogą, a niektórzy nawet nie zdążyli wypełnić olimpijskiego minimum.

Teraz oni wszyscy - zamiast trenować - muszą siedzieć w domach i zgrzytać zębami, widząc dzień w dzień w telewizji, jak ich najtrudniejszy rywal - oczywiście pod pretekstem walki z koronawirusem... - szlifuje formę.

Jeśli nawet do tych zawodów 10 maja dojdzie - czy ich wyniki będzie można uznać za sprawiedliwe?

Przeprowadzenie wyborów "niedopuszczalne"

Politolog prof. Andrzej Stelmach, dziekan wydziału nauk politycznych i dziennikarstwa UAM, w rozmowie z "Głosem Wielkopolskim" mówi wprost: - Nie mamy warunków do prowadzenia kampanii politycznej na dużą skalę.

To samo zauważa Wojciech Hermeliński - jeszcze do niedawna szef Państwowej Komisji Wyborczej. Jego zdaniem przeprowadzenie wyborów w obecnej sytuacji jest "niedopuszczalne" i może "wywołać lawinę protestów wyborczych".



Czy prof. Stelmacha i sędziego Hermelińskiego politycy PiS też, jak to mają w zwyczaju, zaliczą teraz do szeregów "totalnej opozycji"? To może być nieco karkołomne zwłaszcza w przypadku Hermelińskiego, który w latach 90. był współpracownikiem braci Kaczyńskich, zaś do Trybunału Konstytucyjnego (na lata 2006-2015) trafił za pierwszych rządów PiS.

Już pomijam zmasowaną krytykę, jaka spadła na rządzących ze strony prawników za tryb, w jakim zmieniono kodeks wyborczy. Tym samym przybyło potencjalnych przyszłych argumentów do podważania wyników wyborów.

Zdaje się, że politycy PiS nieszczególnie się tym przejęli, bo do Sejmu wczoraj po południu trafiła kolejna taka wrzutka. Z głosowaniem korespondencyjnym już dla wszystkich (!)... i nie tylko.



To nic innego jak furtka do odebrania samorządom technicznej obsługi wyborów. Dotąd to właśnie prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie m.in. udostępniali lokale wyborcze i kompletowali komisje, prowadzili dla nich szkolenia itd. Mimo że formalnie to nie oni organizują wybory.

Mnóstwo samorządowców zdążyło już wcześniej uderzyć pięścią w stół i zapowiedzieć obstrukcję.

Kto mieczem wojuje... Kiedyś PiS wykorzystał fakt, że to rządowi urzędnicy technicznie odpowiadają za (nie)drukowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego, to teraz może się przejechać na tym, że to w dużej mierze samorządy od strony technicznej obsługują wybory.



Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak w poniedziałek wyliczał całą listę problemów, jakie w praktyce uniemożliwiają mu przygotowanie wyborów, i chyba naprawdę sądził, że podczas wideokonferencji przekonał rządzących:

- Mam nadzieję, że udało się przekonać premiera i ministra [spraw wewnętrznych] Kamińskiego do wycofania się z tej decyzji o wyborach. Jestem głęboko przekonany, że argumenty, które przedstawiliśmy, nie pozostaną bez echa.

Ha, ha, ha! Premier Morawiecki i minister Mariusz Kamiński może faktycznie pokiwali głowami, ale raczej nie ze zrozumieniem, tylko z myślą, co teraz z tym fantem zrobić i jak ten opór samorządów obejść.

Jeśli faktycznie nastąpi jakaś łapanka chętnych - mimo zagrożenia - do komisji wyborczych, i to z pominięciem samorządów, to oczywiście zrodzi dodatkowe pytania np. o uczciwość zasiadających w tych komisjach. A być może również o liczenie korespondencyjnych głosów.

Wybory prezydenckie to nie planszówka

Jestem przekonany, że gdyby Andrzej Duda nie przewodził w sondażach, tylko gonił i przed epidemią odrabiał straty - tak jak to było w 2015 r. - to już dawno mielibyśmy ogłoszony stan klęski żywiołowej.

Zresztą wyobraźmy sobie, co powiedzieliby poznańscy politycy PiS, gdyby chodziło np. o wybory prezydenta Poznania. Gdyby Jacek Jaśkowiak obecnymi codziennymi konferencjami podbijał sobie sondaże. A jego kontrkandydat z PiS nie mógłby nawet wyściubić nosa z domu.

Założę się, że szef poznańskiego PiS Szymon Szynkowski vel Sęk i spółka jako pierwsi krzyczeliby, że z powodu nierównej rywalizacji wybory trzeba przełożyć! (oczywiście przy abstrakcyjnym założeniu, że taka możliwość zależałaby od samego Jaśkowiaka, a nie od rządu)

Forsując wybory 10 maja rządzący zachowują się, jakby grali z kimś w chińczyka bliżej niezidentyfikowaną prostą planszówkę, w której wygrywa ten, kto pierwszy dotrze do mety. Tyle że w samym środku rozgrywki do pokoju wpadł kot i powywracał wszystko na planszy.

Teraz pionek spod szyldu PiS szczęśliwie wylądował na polu bardzo blisko mety. Pozostałe pionki potoczyły się poza planszę, nikt nie pamięta, w których miejscach stały, niektóre w ogóle wpadły gdzieś pod szafę i nie można ich znaleźć.



W zasadzie grę należałoby zacząć od początku. Jednak politycy PiS oponują: - Niby dlaczego? Trzymajmy się instrukcji, tam nie ma nic o zwierzętach przerywających grę, więc musimy grać dalej i dokończyć.

Zwycięstwo odniesione w taki sposób i w takich okolicznościach byłoby przedmiotem kpin i żartów.

Tyle że w wyborach prezydenckich nie chodzi o żadną planszówkę. Tu mamy realne zagrożenie, że zaraz będziemy mieli prezydenta, którego wygranej nie uznaje - lekko licząc - może nawet połowa kraju.

Zdaje się, że to charakterystyczne dla państw w Afryce, czasem w Azji, czy - rzadziej - w Ameryce Południowej, a nie w cywilizowanej Europie Zachodniej, w której podobno uczyliśmy co niektórych jeść widelcem.

To byłaby niezwykle groźna nowość w naszej polityce. Przez ostatnich pięć lat padło wiele ostrych, często skrajnie krytycznych słów pod adresem Dudy, Kaczyńskiego i spółki, jednak nikt nie kwestionował ich wyborczego zwycięstwa.

Zastanawiałbym się na miejscu prezydenta, czy warto walczyć o taki mandat, który od początku będzie zainfekowany tym koronawirusem. Bo wygrać wybory, nawet w pierwszej turze, przy frekwencji 30 proc. to nie jest wielki sukces

Były prezydent Aleksander Kwaśniewski / źródło: Gazeta Wyborcza



I jeszcze jedno. Politycy PiS na wszelkie zarzuty o autorytarne zapędy dotąd odpowiadali z satysfakcją: przecież są wolne wybory, tu i ówdzie opozycja coś w nich wygrywa, to najlepszy dowód, że nie ma i nie będzie żadnej dyktatury.

Tak było przy okazji wyborów samorządowych 2018, kiedy Kaczyński i spółka ponieśli klęskę w największych miastach, tak było w wyborach parlamentarnych 2019, gdy jakoś - choć z wielkim trudem i zgrzytając zębami - przełknęli nawet utratę Senatu.

Dopiero kiedy zaczął się im palić grunt pod nogami, a na horyzoncie pojawiło się ryzyko utraty pałacu prezydenckiego (czyli - przy obecnym układzie sił - de facto utraty realnej władzy), porzucili pozory i chcą na siłę 10 maja przeprowadzić wybory.

- Przeniesienie wyborów wbrew konstytucyjnemu porządkowi tylko dlatego, że ktoś może w tym upatrywać swój polityczny zysk, jest deliktem konstytucyjnym - podkreśliła marszałek Sejmu Elżbieta Witek w telewizyjnym orędziu.



Ktoś bardzo przytomnie zapytał, czy takim deliktem nie jest bronienie się rękami i nogami przed wprowadzeniem stanu nadzwyczajnego i NIEPRZENIESIENIE wyborów tylko dlatego, że ktoś może w tym dostrzegać swój polityczny interes.

Maski opadły. Ta ekipa już od sporu o Trybunał Konstytucyjny w listopadzie 2015 r. zachowywała się tak zuchwale, jakby zdobytej władzy nie planowała oddać nigdy, a teraz - korzystając z niespodziewanych okoliczności - właśnie próbuje się przy niej za wszelką cenę utrzymać.

Ocenią to wyborcy. I historia.