www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Przypominamy największych pechowców z poprzednich wyborów. Hoffmannowi zabrakło 33 głosów, Kretkowska potknęła się o próg

10 października 2019

Przypominamy największych pechowców z poprzednich wyborów. Hoffmannowi zabrakło 33 głosów, Kretkowska potknęła się o próg

Wybory 2019 - Poznań - Filip Kaczmarek - Andrzej Białas - Zbigniew Hoffmann - Katarzyna Kretkowska - pech

Dotąd tylko dwa razy jakiekolwiek wybory w Polsce odbywały się trzynastego. W listopadzie 1938 r. do Senatu i w czerwcu 2004 r. do Parlamentu Europejskiego. Czy tym razem ta data przyniesie komuś pecha? Zdarzali się już tacy, którym i bez tego zdarzał się w wyborach ogromny niefart.

Dziś zatem coś bardziej na luzie i na wesoło. Z tym że samym bohaterom historii, o których niżej przeczytacie, zwykle raczej nie było do śmiechu...

Tak to już jest w życiu. Jedni mają farta, gdy np. do ich sprawy w sądzie za każdym razem zostaje wylosowany ten sam sędzia, inni mogą przeklinać zły los, bo np. jako jedyni z całej wioski nie dorzucili się do wspólnego zwycięskiego kuponu w krajowej loterii.

Tak samo w polityce - niemal w każdych wyborach w Poznaniu zdarzał się komuś jakiś niefart.

Zebrałem takie różne historie z poznańskich wyborów z ostatnich 20 lat. Z góry zaznaczam, że brałem pod uwagę nie tylko te parlamentarne, ale też samorządowe czy do Parlamentu Europejskiego.

WYBORY SAMORZĄDOWE 2002
Kaczmarek nie wypchnął Kręglewskiego

Kojarzycie Filipa Kaczmarka? Jeszcze w latach 90. był posłem, dużo później przez 10 lat nawet europosłem, ale akurat w 2002 r. znalazł się na politycznym zakręcie.

Jako wiceprzewodniczący poznańskiej rady miasta... nie zdołał do niej wejść na kolejną kadencję. Kandydował na Grunwaldzie z listy powstałej niedługo wcześniej Platformy Obywatelskiej.

I mimo że tę listę otwierał - przegrał nieznacznie z Wojciechem Kręglewskim. Dokładnie o 123 głosy. Gdyby wtedy Kaczmarek zdołał wypchnąć Kręglewskiego z sali sesyjnej przy pl. Kolegiackim, to dziś nikt nie mówiłby o nieprzerwanym 29-letnim stażu tego drugiego w radzie miasta.

Jeszcze bliżej mandatu był wtedy Jerzy Borowski z SLD. Ten wewnętrzny wyścig na własnej liście przegrał z Agnieszką Pałac o... 23 głosy.



Niezwykle zacięta walka o miejsca w radzie miasta między różnymi ugrupowaniami była wówczas w okręgu nr 2:

KW SLD: 3487 głosów
KW PiS: 3486 głosów
KW PO: 3386 głosów

Po dwa mandaty wzięły tu SLD i PiS. Platformie pozostał tylko jeden. Ta różnica 100 głosów zdecydowała, że do rady miasta nie wszedł Marek Karczewski.

WYBORY SAMORZĄDOWE 2006
Zdecydował jeden głos w cieniu tragedii

Dziś Marek Sternalski to szef klubu radnych Koalicji Obywatelskiej w poznańskiej radzie miasta i bardzo wpływowa postać w lokalnej Platformie. Już nie każdy pamięta, w jakich okolicznościach ta jego samorządowa kariera się zaczęła, i że na początku wcale nie było tak lekko.

Kiedy w 2006 r. pierwszy raz próbował się dostać do rady miasta - to jako "dwójka" na liście dostał 1068 głosów. Minimalnie przegrał ze Sławomirem Hincem, który miał tych głosów 1147, i to on zdobył mandat.

Dopiero gdy latem 2009 r. zmarł wiceprezydent Maciej Frankiewicz, to właśnie Hinc został zastępcą prezydenta Ryszarda Grobelnego, a Sternalski wskoczył na jego miejsce w radzie miasta.

Mniej więcej w tym samym czasie do rady miasta na krótko dołączył też Grzegorz Steczkowski. W wyborach 2006 zgarnął 1039 głosów, to był dopiero czwarty wynik na liście PO, minimalnie za Maciejem Zawieją z 1125 głosami.

Tu jednak przestaje być wesoło. Latem 2009 r. Zawieja zginął w wypadku samochodowym. Za niego do rady miasta na końcówkę kadencji wszedł kolejny z najlepszym wynikiem, czyli właśnie Steczkowski...



...który w dodatku jeszcze inną kandydatkę Magdalenę Rewers wyprzedził o JEDEN GŁOS. I to ten jeden głos po trzech latach zadecydował o tym, komu przypadł mandat po Zawiei.

WYBORY SAMORZĄDOWE 2010
Grobelnemu zabrakło do większości, Białasowi do mandatu

Za jednego z pechowców wyborów samorządowych 2010 można uznać Ryszarda Grobelnego...

Zaraz, zaraz, zapytacie, jak to?! Przecież zdecydowanie wygrał i pozostał prezydentem! No tak - ale mógł to zrobić i pozamiatać już w I turze. A nie dopiero w II turze.

Za pierwszym podejściem na Grobelnego zagłosowało 81,3 tys. ze 164,3 tys. głosujących. Procentowo to było 49,5 proc.



Gdyby prezydent zmobilizował wtedy jeszcze dokładnie 1583 ludzi, by oddali na niego głos, to przekroczyłby 50 proc. i nie byłaby konieczna żadna dogrywka z Grzegorzem Ganowiczem. Którą Grobelny, rzecz jasna, zdecydowanie wygrał.

Tak czy inaczej zwycięstwo w I turze wyborów jest czymś, czego do dziś brakuje w jego politycznym CV, a taki wpis ma już od zeszłego roku nieszczególnie przez niego lubiany i poważany Jacek Jaśkowiak.

Do rady miasta nie zdołał wówczas wejść ruch My-Poznaniacy. Społecznicy uzyskali łącznie 9,7 proc. głosów, jednak okazało się, że w żadnym z okręgów ich wynik nie wystarczył do zdobycia choćby jednego mandatu.

Ze wszystkich kandydatów My-Poznaniaków najbliżej dokonania tej sztuki był Andrzej Białas. Dziś już świętej pamięci. Zdobył ponad 1,4 tys. głosów, lista społeczników w jego okręgu wyprzedziła SLD, ale... zabrakło jej dokładnie 300 głosów, by wydrzeć PO jeden z trzech mandatów.

Z kolei w innym okręgu, obejmującym Stare Miasto, blisko wejścia do rady miasta z listy PO był Marcin Pilarczyk. Jego 711 głosów to było o 66 za mało, by wyprzedzić Marię Nowicką.

WYBORY PARLAMENTARNE 2011
Hoffmann nie obdzwonił kumpli

To już był absolutny hit. Patrząc na wyniki wyborów do Sejmu w 2011 r., można by pomyśleć, że Zbigniew Hoffmann rano w dniu wyborów stłukł lustro w łazience, po wyjściu z domu przeszedł pod drabiną, a tuż przed lokalem wyborczym zabiegł mu drogę czarny kot.

Dzisiejszy wojewoda, kandydujący wówczas z "dwójki" na poznańskiej liście, zdobył 9 164 głosy i o... 33 głosy przegrał z wszechobecnym na plakatach Tomaszem Górskim.



Powtórzmy: przy wynikach rzędu blisko 10 tys. głosów Hoffmann przegrał o 33 głosy. Wystarczyło, by parę godzin przed końcem głosowania zmobilizował paru kumpli, a każdy z nich zadzwoniłby do jeszcze paru kumpli...

Jednak co się odwlecze - to nie uciecze. Trzy lata później Zbigniew Hoffmann został radnym sejmiku. Co prawda w wyborach 2015 szału nie było, do parlamentu znów się nie dostał, ale w tym roku raczej przełamie tę złą passę - jest liderem listy PiS w Koninie.

WYBORY SAMORZĄDOWE 2014
Szef klubu prezydenckiego na aucie

W cieniu sensacji, jaką była trudna wcześniej do wyobrażenia szansa Jacka Jaśkowiaka na pokonanie Ryszarda Grobelnego, i w cieniu potężnej awarii systemu do liczenia głosów...

Trwały przez cały powyborczy poniedziałek nerwowe dociekania, kto się dostał, a kto nie dostał do rady miasta.

Tu największym pechowcem okazał się Wojciech Wośkowiak. Szef klubu prezydenckiego w radzie miasta, który w tych wyborach poniósł dotkliwe straty, co prawda dostał blisko 1,2 tys. głosów. To było ponad 7 proc. wszystkich głosów w okręgu.

Tyle że cała lista nie zdobyła na Łazarzu mandatu. Zabrakło jej niespełna 200 głosów. Gdyby je miała, Wośkowiak przejąłby mandat zdobyty przez PiS, który dzięki świetnemu rezultatowi Lidii Dudziak przypadł Januszowi Kapuścińskiemu z... 341 głosami. Ot, paradoksy metody d'Hondta.

Jednak i na listach PiS nie każdy miał farta. Taki Krzysztof Grzybowski, choć dostał 1,3 tys. głosów, do rady miasta nie wszedł. Bo przegrał wewnątrz własnej listy z Arturem Różańskim.

Dodajmy, że Grzybowski mógł przeżywać swoiste deja vu, bo również po wyborach cztery lata wcześniej był tylko pierwszy w "poczekalni". Dołączył do rady miasta dopiero rok później - gdy Tadeusz Dziuba dostał się do Sejmu.

Tym razem, w 2014 r., Grzybowski nie zamierzał jednak czekać i dość niespodziewanie przyjął posadę asystenta nowego wiceprezydenta Macieja Wudarskiego. To był zarazem - przynajmniej do dziś - koniec jego politycznej kariery.

WYBORY PARLAMENTARNE 2015
Policzek dla Kretkowskiej

Tu jedyny w tym zestawieniu przypadek, kiedy nie tylko kandydatka, ale i cała lista zadanie wykonała.

Tyle że Katarzyna Kretkowska - podobnie jak inni kandydaci Zjednoczonej Lewicy w całym kraju - spektakularnie wyrżnęła się o próg wyborczy, który w przypadku koalicji wynosił 8 proc., i którego lewicy nie udało się przekroczyć.

Kretkowska kandydowała dopiero z "trójki", zdołała jednak zdobyć ponad 9 tys. głosów i przeskoczyć nie tylko ponoszącego klęskę w każdych wyborach parlamentarnych Waldemara Witkowskiego, ale też posła Marka Niedbałę.



I wszystko na nic. Do przekroczenia progu Zjednoczonej Lewicy w całym kraju zabrakło niespełna 70 tys. głosów. Mandat posłanki, który normalnie przypadłby Kretkowskiej, przechwyciła w Poznaniu PO.

Dodatkowym policzkiem dla Kretkowskiej musiał być fakt, że tenże mandat zdobył - z piątym wynikiem na liście Platformy - Jacek Tomczak, czyli były działacz PiS i jeden z najbardziej konserwatywnych polityków PO.

Jego poglądy na sprawy światopoglądowe - delikatnie mówiąc - dość mocno różnią się od tych Kretkowskiej. To było zarazem symboliczne. Zamiast Kretkowskiej wchodzi Tomczak, zamiast lewicy w Sejmie jest bezwzględna większość dla PiS.

WYBORY SAMORZĄDOWE 2018
Załatwił ich pan d'Hondt

- Załatwił mnie pan d'Hondt - żartował Jan Sulanowski, były już radny PiS, zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów. I nie on jeden mógł tak powiedzieć.

Do rady miasta poza Sulanowskim nie weszła też zasiadająca w niej od lat Kretkowska (oboje zdobyli po blisko 2,5 tys. głosów), były prezydent Ryszard Grobelny (blisko 2,2 tys. głosów), dotychczasowi radni Tomasz Wierzbicki i Michał Boruczkowski (po prawie 2,5 tys. głosów).

Ponownie porażkę poniosła też Anna Wachowska-Kucharska. Jej przypadek jest szczególny, bo co wybory samorządowe dostawała mnóstwo głosów, a i tak za każdym razem okazywało się, że to za mało, by zostać radną:

Wybory 2010. Z listy komitetu My-Poznaniacy AWK dostaje 1054 głosy (4,1 proc. wszystkich głosów z całego okręgu) i nie wchodzi do rady.

Wybory 2014. Z listy własnego komitetu AWK dostaje 1125 głosów (4,7 proc. wszystkich głosów z całego okręgu) i nie wchodzi do rady.

Wybory 2018. Z listy komitetu Lewica AWK dostaje 2464 głosów (to już 5,4 proc. wszystkich głosów z okręgu!) i nie wchodzi do rady.


Teraz, za trzy dni (choć będzie to nie piątek, tylko niedziela trzynastego), do listy pechowców dopiszemy zapewne jakieś kolejne nazwiska. Zwłaszcza że na niektórych listach wewnętrzna rywalizacja jest naprawdę zacięta.

Decydować może - jak kiedyś w przypadku Hoffmanna - nawet kilkadziesiąt głosów. Komuś zabraknie do koleżanki czy kolegi z listy. Albo ktoś się ucieszy, że jest posłem, a tu w poniedziałek rano się okaże, że jego partia jednak nie przekroczyła progu...

W tym kontekście zwyczajne "good luck", które z angielska pewnie kandydaci słyszeli już nie raz i nie dwa, nabiera przed niedzielą dodatkowego znaczenia.

Seweryn Lipoński / 10 października 2019