www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2019. Poznańska gra o Senat. Trwa licytacja na najbardziej kontrowersyjnych kandydatów

17 sierpnia 2019

Wybory 2019. Poznańska gra o Senat. Trwa licytacja na najbardziej kontrowersyjnych kandydatów

Wybory 2019 - Poznań - Senat - Przemysław Alexandrowicz - Filip Kaczmarek - Waldemar Witkowski - Jacek Tomczak

W wyborach do Senatu obowiązuje zasada "zwycięzca bierze wszystko". To powinno skłaniać do stawiania na pewniaków. Tym razem w Poznaniu jest inaczej, partie szukają także wśród takich polityków, przy których nazwiskach nawet wiernym wyborcom może przynajmniej zadrżeć ręka.

Trwa wyborczy wyścig z czasem. Do 26 sierpnia rejestracja komitetów. Do 3 września - zgłaszanie list. A jeszcze - w międzyczasie - trzeba przecież zebrać kandydatów i poustawiać na tych listach.

Najwięcej emocji budzą oczywiście listy wyborcze do Sejmu. Już parę tygodni temu poznaliśmy "jedynki" PiS i Koalicji Obywatelskiej, zaraz poznamy PSL-u i Lewicy SLD, co rusz słychać jeszcze o jakichś ostatnich zakulisowych dyskusjach i przesunięciach.

Tymczasem w cieniu tych przepychanek trwa również wskazywanie kandydatów do Senatu.

Spełniony sen Kukiza

Przypomnijmy krótko, że wybory do Senatu - inaczej niż te do Sejmu - od niemal dekady odbywają się w Polsce w tak ukochanych przez Pawła Kukiza jednomandatowych okręgach wyborczych.

Cały kraj podzielony jest na 100 okręgów. I w każdym z nich obowiązuje zasada "zwycięzca bierze wszystko" - czyli konkretnie bierze mandat senatora.

Tak na marginesie, dotychczasowy skład Senatu całkowicie zaprzecza idealistycznym wizjom Kukiza, jakoby wprowadzenie JOW-ów wystarczyło do odpartyjnienia polskiej polityki:

- Senat 2011-2015: PO 63, PiS 31, PSL 2, plus 4 niezależnych
- Senat 2015-2019: PiS 61, PO 34, PSL 1, plus 4 niezależnych

Tak czy inaczej - zadanie w wyborach do Senatu teoretycznie jest banalnie proste. Nie ma żadnych przepychanek o miejsca na liście, systemów d'Hondta, progów wyborczych. Wystarczy zdobyć więcej głosów niż rywale.

Tyle teorii. W praktyce zwykle do Senatu dostają się kandydaci partyjni, spod szyldu tej partii, która na danym terenie ma największe poparcie. W Poznaniu i okolicach od lat są to politycy Platformy Obywatelskiej:

- w wyborach 2015 Jadwiga Rotnicka i Piotr Florek
- w wyborach 2011 Jadwiga Rotnicka i Marek Ziółkowski
- w wyborach 2007 Jadwiga Rotnicka i Marek Ziółkowski

Tak naprawdę ostatnim poznańskim senatorem spoza PO był Przemysław Alexandrowicz w latach 2005-2007. To była jednak zupełnie inna sytuacja niż dziś, obu senatorów wybierało się z jednej listy kandydatów (a nie - jak teraz - z dwóch osobnych), poza tym po wyborach miała być przecież koalicja PO-PiS.

Teraz tenże Alexandrowicz znów kandyduje do Senatu. Jeśli spojrzymy na niedawne manewry partii Kaczyńskiego z "łagodnymi twarzami" w Poznaniu - choćby z Tadeuszem Zyskiem w wyborach 2018 czy teraz z Jadwigą Emilewicz jako liderką listy do Sejmu - to jest to ruch niezrozumiały.

ZOBACZ TAKŻE: Wybory 2019. Kaczyński z Gowinem chcą powalczyć o głosy w dużych miastach. W Poznaniu rzucają na pożarcie Jadwigę Emilewicz

Tak się bowiem składa, że Przemysław Alexandrowicz - dziś szef dziewięcioosobowego klubu PiS w poznańskiej radzie miasta - to chyba najbardziej konserwatywny polityk, jakiego moglibyśmy znaleźć w całym mieście.

Jest tak konserwatywny, że gdyby jakiś Lidl, Carrefour czy inna Biedronka nakręciły z nim reklamę w roli głównej, to sprzedaż konserw rybnych i innych takich przetworów zaraz skoczyłaby o jakieś 100 proc.

Lider radnych KO Marek Sternalski, komentując kandydaturę Alexandrowicza do Senatu, użył zresztą dość wymownego w świetle ostatnich wydarzeń porównania:

To polityczny, konserwatywny odpowiednik abp. Marka Jędraszewskiego, jeżeli chodzi o poglądy i sposób wyrażania się

Szef radnych Koalicji Obywatelskiej Marek Sternalski



Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to wystarczy przypomnieć, że to Alexandrowicz zbierał w radzie miasta podpisy pod protestem przeciw przedstawieniu "Golgota Picnic" na Festiwalu Malta.

Bronił dotacji konserwatorskich na ochronę kościelnych zabytków, gdy chcieli je odebrać radni lewicy, i podkreślał wówczas, że "twór pod nazwą PRL wobec Kościoła nie był żadnym drobnym złodziejaszkiem, tylko wielkim złodziejem". Marsze równości nazywał promocją dewiacji.

A nie dalej jak w lipcu, podczas ostatniej przed wakacjami sesji rady miasta, Alexandrowicz wygłosił półtoragodzinną (!) tyradę przeciw planom przyjęcia europejskiej karty równości w życiu lokalnym.

Mówił w jej kontekście m.in. o "miękkim totalitaryzmie" i o "inżynierii społecznej". Jego zdaniem nie powinno się też specjalnie zachęcać matek do powrotu na rynek pracy, bo wiele z nich chce siedzieć w domu i spokojnie wychowywać dzieci.



Tymi przykładami można by oczywiście sypać jeszcze dłużej.

I nagle polityk o takich dość radykalnie prawicowych poglądach zostaje kandydatem PiS do Senatu w Poznaniu. Czyli w mieście, w którym blisko 60 proc. wyborców głosuje na prezydenta Jacka Jaśkowiaka, a więc polityka o zupełnie innym światopoglądzie.

Przyznam, że jestem tym lekko skonsternowany, bo na Alexandrowicza może nie zagłosować nawet ta mniej radykalna część poznańskich wyborców PiS. Tu sukcesem będzie wynik w okolicach 25 proc., a nie powyżej 30 proc., o co walkę zapowiada poseł Tadeusz Dziuba.

Mission impossible Witkowskiego

Zadanie dla opozycji powinno być więc wyjątkowo proste. Znaleźć kogoś, kto dopełni formalności i jako "nie Aleksandrowicz" zbierze większość głosów, co da wyraźną wygraną i miejsce w Senacie.

Tyle że na razie - podobnie zresztą jak w całej Polsce - niewiele na taki deal wskazuje. Koalicja myśli o wystawieniu Marcina Bosackiego, byłego dziennikarza, ambasadora i niedawnego kandydata do Parlamentu Europejskiego (o nim za chwilę).

Tymczasem Lewica zastosowała metodę faktów dokonanych. I w kończącym się tygodniu przedstawiła... własnych 100 kandydatów do Senatu. Oczywiście, dla niepoznaki, ze słodkim zapewnieniem Włodzimierza Czarzastego, że "nikogo nie narzucamy".



Pikanterii dodaje fakt, że w Poznaniu tym potencjalnym kandydatem został Waldemar Witkowski, lider Unii Pracy, były wicewojewoda i były radny sejmiku. I na dzień dobry sam Witkowski oświadczył, że wystartuje, ale tylko jeśli poprze go - no właśnie - cała opozycja.

To wszystko brzmi wręcz jak jakaś prowokacja. Pomijam już fakt, że Witkowski nie jest szczególnie lubiany nawet przez część "swoich", czyli na poznańskiej lewicy. Ciekawe, co o tej kandydaturze sądzi np. Tomasz Lewandowski, niedawny kandydat tej samej lewicy na prezydenta Poznania...

Główny problem z Witkowskim polega jednak na tym, że o ile do sejmiku przez lata się dostawał, to już w wyborach na skalę kraju kompletnie mu nie idzie. Popatrzmy:

Wybory parlamentarne 2001: Witkowski startuje do Sejmu z "dwójki" na liście SLD-UP w pow. polskim, dostaje 4,4 tys. głosów, wchodzi 5 innych osób z listy

Wybory parlamentarne 2005: Witkowski startuje do Senatu z okręgu poznańskiego (Poznań + pow. poznański), dostaje 32,6 tys. głosów, co daje szósty wynik na 11 kandydatów (wchodzi tylko dwóch)

Wybory parlamentarne 2007: Witkowski startuje do Sejmu z "dwójki" na liście LiD w okręgu poznańskim, dostaje 6,8 tys. głosów, co jest trzecim wynikiem na liście, przeskakuje go z "trójki" Krystyna Łybacka i to ona zostaje posłanką

Wybory parlamentarne 2011: Witkowski startuje do Sejmu z "jedynki" na liście SLD w okręgu poznańskim, dostaje 3,9 tys. głosów, co jest trzecim wynikiem na liście, przeskakują go z "dwójki" Krystyna Łybacka i z "trójki" Marek Niedbała

Wybory parlamentarne 2015: Witkowski startuje do Sejmu z "jedynki" na liście Zjednoczonej Lewicy w okręgu poznańskim, dostaje 9,0 tys. głosów, co jest drugim wynikiem na liście, przeskakuje go z "trójki" Katarzyna Kretkowska

Wybory do europarlamentu 2019: Witkowski startuje z "jedynki" na liście Lewicy Razem w okręgu wielkopolskim, dostaje 7,1 tys. głosów i tym razem (w końcu!) jest to najlepszy wynik na liście, ale przy słabym wyniku całej listy szef Unii Pracy i tak jest lata świetlne od wejścia do PE


Oczywiście w międzyczasie były jeszcze wybory samorządowe w 2006, 2010 i 2014 r., kiedy Witkowski bez problemów dostawał się do sejmiku, ale też umówmy się - nazwiska rywali na liście lewicy i konkurencji były tam mniejszego kalibru. A i tak w 2018 r. Witkowski nie dał już rady.

Patrząc na to całe zestawienie, trudno zgodzić się z Witkowskim, że zwykle jest "wartością dodaną" dla listy.

Po prostu nie da się tak powiedzieć o kimś, kto jako lider tejże listy nie zgarnia jedynego zdobytego przez nią mandatu (i to dwukrotnie!), a nawet w latach świetności SLD-UP kandydując z drugiego miejsca nie bierze żadnego z pięciu (!) wywalczonych mandatów.

Filip Kaczmarek i afera, której ponoć nie było

Nic dziwnego, że poseł Rafał Grupiński, szef wielkopolskiej PO, kandydaturę Witkowskiego do Senatu kwituje śmiechem.

Nie wyobrażam sobie takiego scenariusza. On nie potrafił nawet z jedynki wejść do Sejmu, a co dopiero dostać się do Senatu

Szef wielkopolskiej PO Rafał Grupiński / źródło: Gazeta Wyborcza Poznań



Jednak tu nasuwa się pytanie, kogo w zanadrzu ma Koalicja, skoro już na wstępie tak demonizuje kandydaturę Witkowskiego?

Z nieoficjalnych przecieków wynika, że tym kandydatem (i zarazem w tej sytuacji - umówmy się - niemal pewnym senatorem) ma być Marcin Bosacki, wieloletni dziennikarz "Gazety Wyborczej", a potem m.in. ambasador Polski w Kanadzie.

Jego doświadczenie w czystej polityce jest jednak skąpe. Sprowadza się w zasadzie do tego, że jako nastolatek - pod koniec PRL - działał w szkolnych kołach oporu społecznego, w latach 2010-2013 był rzecznikiem ministra spraw zagranicznych, a ostatnio kandydował do europarlamentu.

Jeśli zestawić to z dotychczasowymi poznańskimi senatorami - Jadwigą Rotnicką (17 lat w radzie miasta i 12 lat w Senacie) czy Piotrem Florkiem (cztery lata w sejmiku, rok w radzie miasta w Koninie, osiem lat jako wojewoda, cztery lata w Senacie) - to Bosacki jest w czynnej polityce wręcz debiutantem.

Z pewnością nie można za to tak nazwać potencjalnego kandydata KO w powiecie poznańskim. Jeśli sprawdzą się pogłoski, że do Senatu ma kandydować Filip Kaczmarek (były poznański radny, poseł, europoseł), to będzie jego wielki powrót na scenę polityczną.

Z tej sceny - a konkretnie z funkcji szefa poznańskiej Platformy - zmiotła go w 2015 r. tzw. afera mieszkaniowa ujawniona przez "Głos Wielkopolski".

(Tutaj Filip Kaczmarek - jeśli przypadkiem będzie czytał ten tekst - zakrzyknie: - Nie było żadnej afery!)

Podkreślmy, że prokuratura już kilka razy badała sprawę i faktycznie dochodziła do wniosku, że nie było żadnego złamania prawa. To jednak nie oznacza z automatu, że "nie było afery", jest przecież w polityce mnóstwo przykładów, gdzie wszystko niby było lege artis, ale wątpliwe od strony etycznej.

Tu finał był taki, że miasto za spory i cenny 137-metrowy lokal na Jeżycach dostało ledwie ułamek jego wartości, a mieszkanie ostatecznie trafiło w ręce polityka. Polityka, który potem podkreślał, że kupno mieszkania to była jego prywatna sprawa i że zapłacił jego równowartość (w postaci innego mniejszego lokalu plus gotówka).

Tyle że - no właśnie - już nie miastu, a swojemu partyjnemu koledze, który wcześniej lokal wykupił od miasta z przysługującą mu wysoką bonifikatą. I to mimo że nigdy w nim nawet nie zamieszkał.

Możemy rzecz jasna naiwnie zakładać, że Kaczmarek nie miał pojęcia o tych manewrach wokół lokalu przy ul. Krasińskiego i nie wiedział, w jaki sposób jego partyjny kolega wszedł w posiadanie 137-metrowego mieszkania.

Czy było to wszystko etyczne, i czy rzeczywiście - jak sugeruje Kaczmarek - "nie było żadnej afery", to już oceńcie sami.

Zupełnie inna sprawa, że w nie tak dalekiej przeszłości politycy ze znacznie większymi aferami na koncie nie tylko startowali w wyborach, ale nawet zajmowali potem stanowiska w kancelarii premiera czy koordynatora służb specjalnych.

Nowe szaty Jacka Tomczaka

Tak czy inaczej Filip Kaczmarek już teraz jest jednym z wygranych tych wyborów. Jeśli nawet sam nie wejdzie do Senatu, to przynajmniej na pociechę wskoczy do sejmiku w miejsce Joanny Jaśkowiak, która jako liderka poznańskiej listy Koalicji niemal na pewno dostanie się do Sejmu.

ZOBACZ TAKŻE: A to ci psikus! Jaśkowiak jednak liderem listy Koalicji Obywatelskiej, ale nie Jacek, tylko Joanna

Jak już mówimy o powiecie poznańskim, to krążą też pogłoski, że o wystawieniu własnego kandydata na senatora myśli tam PSL Koalicja Polska, czyli PSL w - egzotycznym niczym zwierzęta w pawilonie zmiennocieplnych w poznańskim Starym Zoo - sojuszu z Kukiz'15.

Tym kandydatem ponoć miałby być Jacek Tomczak. Znany szerokiej poznańskiej publiczności z KPN, ZChN, Przymierza Prawicy, PiS, Polski Plus, PJN, PO... kurrrrna, gdzie on nie był?... i teraz wreszcie z PSL. Dziś został już oficjalnie przedstawiony jako kandydat na senatora.

Tu jednak największym problemem nie jest nawet tak częsta zmiana barw. Takich kameleonów w polskiej polityce mamy trochę więcej, wystarczy przypomnieć Ryszarda Czarneckiego, któremu nie przeszkodziło to w zdobyciu 84 tys. głosów w Wielkopolsce w eurowyborach 2014.

Sprawą, która powoduje, że Tomczak mógłby - delikatnie mówiąc - nie porwać tłumów poznańskich wyborców, jest jego światopogląd. Zdecydowanie bliżej mu pod tym względem do wspomnianego Przemysława Alexandrowicza niż do obecnych czołowych działaczy Koalicji Obywatelskiej.

Przypomnijmy, że Jacek Tomczak m.in. jako jedyny poseł PO głosował za wprowadzeniem recept na tabletkę "dzień po", potem popierał prace nad projektami zaostrzającymi ustawę antyaborcyjną, wyrażał też głośno wątpliwości w sprawie finansowania przez Poznań zabiegów in vitro.



Z partii wyleciał dopiero na początku 2018 r. - po słynnym głosowaniu, w którym niespodziewanie to posłowie opozycji przyczynili się do odrzucenia projektu Ratujmy Kobiety, łagodzącego przepisy antyaborcyjne.

Teraz zaś - po, przyznajmy, odrażającym incydencie z drag queen podcinającą gardło kukle z wizerunkiem abp. Jędraszewskiego - Tomczak napisał na Facebooku, że "środowisko LGBT sięgnęło dna".

Aha! Podobno Tomczak całkiem poważnie był też rozważany jako lider poznańskiej listy PSL Koalicji Polskiej do Sejmu. Tyle że byłaby to misja straceńcza - ludowcy od lat nie wprowadzili do Sejmu żadnego poznańskiego posła.

Tej misji, już po raz kolejny, podjął się zatem Wojciech Jankowiak. To zatem zwiększa prawdopodobieństwo, że Tomczak faktycznie postawił jednak na start do Senatu, choć dziś PSL nie ogłosił jeszcze swoich kandydatów na senatorów.

Gdyby się jakimś cudem jednak zdarzyło, że Koalicja Obywatelska poparłaby Jacka Tomczaka na senatora, to bardzo chciałbym usłyszeć w tej sprawie komentarz Barbary Nowackiej.

--

Dodajmy, że z Poznania do Senatu chce jeszcze startować - jako kandydat niezależny - Paweł Bugajny, szef Wielkopolskiego Klubu Kapitału oraz prezes firmy deweloperskiej Trust.

Kampanię w internecie prowadzi głównie na Facebooku, jego fanpage ma niecałe 750 polubień, a na Twitterze obserwuje go... 16 osób. Szału zatem nie ma.

Jakikolwiek będzie finał tych wszystkich rozmów i propozycji - tegoroczne wybory do Senatu nie tylko w Poznaniu mogą koniec końców przypominać II turę wyborów prezydenckich.

Czyli, przy wszystkich zastrzeżeniach i kontrowersjach, zwolennicy tej czy innej opcji politycznej zatykają nos i głosują na "mniejsze zło", żeby przypadkiem nie wygrał ten jeszcze gorszy.

Seweryn Lipoński / 17 sierpnia 2019