www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2019. Wracamy do punktu wyjścia. Opozycja cały czas gra do tej samej bramki... ale już nie w jednym zespole

28 lipca 2019

Wybory 2019. Wracamy do punktu wyjścia. Opozycja cały czas gra do tej samej bramki... ale już nie w jednym zespole

Wybory 2019 - Poznań - Koalicja Obywatelska - PSL - SLD - Wiosna - Razem - PiS - Grzegorz Schetyna

Już nie pod wspólnym szyldem pójdzie opozycja do wyborów 2019. Wszystko wskazuje, że po nie do końca udanym eksperymencie z Koalicją Europejską jej liderzy grają teraz na scenariusz, w którym to nie PiS - mimo zwycięstwa w wyborach - utworzy rząd.

Wybaczcie, że wydarzenia na politycznej scenie komentuję tym razem ze sporym poślizgiem, ale trafił mi się akurat mały "maraton" dyżurów w Pulsie Dnia. A nie chciałem Wam dawać byle czego napisanego na kolanie i w środku nocy.

Czekałem też, jak zakończą się rozmowy Kukiz'15 z PSL i Bezpartyjnymi Samorządowcami, co symbolicznie domknęłoby ten tydzień zawirowań w opozycji. Jednak te negocjacje ślimaczą się niczym odczytywanie uzasadnienia wyroku w sprawie Amber Gold - więc czekać już za bardzo nie ma na co.

To nie zmienia faktu, że przez ostatnie dwa tygodnie wydarzyło się w polskiej polityce naprawdę dużo, może nawet więcej niż przez cały poprzedni rok:

- zaczął prezes Jarosław Kaczyński, podając "jedynki" PiS do Sejmu, liderką poznańskiej listy została minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz z Porozumienia Jarosława Gowina

- zaraz potem poznaliśmy "szóstkę Schetyny", czyli zarys programu Koalicji Obywatelskiej na wybory 2019

- zgodnie z przewidywaniami PSL ogłosił, że do Koalicji Obywatelskiej się nie przyłączy, z kolei Grzegorz Schetyna podał czarną polewkę Włodzimierzowi Czarzastemu i ogłosił skład koalicji bez SLD

- jeszcze tego samego dnia Czarzasty poinformował o rozmowach z Wiosną i z Razem (choć jest tajemnicą poliszynela, że toczyły się od dłuższego czasu), a już nazajutrz z Robertem Biedroniem i Adrianem Zandbergiem ogłosili powstanie wspólnego bloku lewicy

- aż w końcu mieliśmy skandaliczny atak na marsz równości w Białymstoku i wszystkie jego następstwa

No, działo się!

To teraz wyobraźmy sobie, że mamy do dyspozycji wehikuł czasu, zmieniacz czasu Hermiony Granger, niezwykłą szafę z filmu "Czas na miłość" albo jeszcze jakieś inne ustrojstwo, które pozwoliłoby nam się przenieść mniej więcej o rok wstecz.

To Koalicja Europejska była eksperymentem

Jest zatem lato 2018. Polacy rozpamiętują jeszcze katastrofalny występ piłkarskiej reprezentacji na mundialu, powoli rozkręca się też kampania przed wyborami samorządowymi...

A my stajemy na środku warszawskiego czy poznańskiego rynku i niczym ten koleś z serialu "Zdarzyło się jutro" mówimy ludziom, że wiemy, jak opozycja spróbuje pokonać PiS w wyborach 2019.

- No więc jak? - dociekają zainteresowani przechodnie, wśród których można dostrzec twarze prominentnych polityków opozycji, ale i obozu rządzącego.

- Pójdą osobno. To znaczy niezupełnie, bo Platforma z Nowoczesną, ale PSL wystartuje sam, a SLD dogada się z Biedroniem i z Razem. I tylko nie wiadomo, co z Kukizem.

Czy te wstrząsające informacje zdziwiłyby kogoś w zeszłe wakacje? No raczej nie. Przysłuchujący się po prostu wzruszyliby ramionami, rozległby się pomruk lekkiego rozczarowania, ktoś rzuciłby: - Phi! Nic nowego.

Może jakimś tam zaskoczeniem byłoby info o tym, że lewica się w końcu dogadała, i że nastąpiło to jednak szybciej niż lądowanie człowieka na Marsie 50. rocznica lądowania na Księżycu.

Za to gdybyśmy zaczęli opowiadać o Koalicji Europejskiej, o tym, że pod jednym szyldem do eurowyborów pójdą Grzegorz Schetyna, Włodzimierz Czarzasty i Władysław Kosiniak-Kamysz...

To co innego! Tu dopiero ludzie zrobiliby wielkie oczy, zaczęli dopytywać, jak do tego doszło i jak to w ogóle było możliwe.

Zatem wróciliśmy dziś do punktu wyjścia po eksperymencie opozycji z Koalicją Europejską. Czy to był udany eksperyment? Zdaje się, że nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, zresztą można było odnieść wrażenie, że u jej byłych już uczestników rozżalenie mieszało się z uczuciem pewnej ulgi.



Jeśli Schetyna, Kosiniak, Czarzasty i spółka serio myśleli po prostu o wygraniu wyborów - w sensie o zrobieniu w nich lepszego wyniku niż PiS - to taka szeroka koalicja była jedynym rozwiązaniem.

Praktycznie we wszystkich sondażach partia Jarosława Kaczyńskiego zgarnia obecnie po 40-45 proc. Zdarzały się i takie, w których ocierała się o 50 proc. Powiedzmy wprost - w tej sytuacji tylko szeroki blok całej opozycji miałby szansę nawiązać jakąkolwiek walkę.

ZOBACZ TAKŻE: Sprawdzamy, co by było, gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego były wyborami do Sejmu [SZCZEGÓŁOWA ANALIZA]

Znamienne, że o ile tuż po eurowyborach mnóstwo polityków opozycji i ekspertów kręciło nosem na uzyskane 38,5 proc., to zaraz po rozpadzie Koalicji Europejskiej zaczęło się podkreślanie, że w sumie to był bardzo wysoki wynik. Dałby zwycięstwo w niejednych wyborach.

Jednak z Koalicją Europejską był jeden zasadniczy problem. Jej uczestnicy zawiązali ją głównie po to, żeby odsunąć PiS od władzy (w żadnych innych okolicznościach taka koalicja przecież nigdy by nie powstała), tyle że jakoś nikt nie chciał tego wprost powiedzieć.

Zamiast tego było lawirowanie, że "łączą nas wspólne wartości", podpisywanie jakiejś deklaracji programowej złożonej z 10 TOTALNIE enigmatycznych punktów. Ba! Politycy KE próbowali nawet polemizować z Wiadomościami TVP, gdy te w swoim stylu dzień w dzień robiły materiały, że "totalna opozycja" nie ma programu.

To wszystko prowadziło do tego, że Koalicja - choć niby z tzw. premią za jedność - traciła część wyborców, których idea takiego szerokiego porozumienia nie przekonała. Najboleśniej odczuł to PSL na wsi.

Dlatego to ludowcy jako pierwsi zbuntowali się, już chwilę po eurowyborach zaczęli mówić o opuszczeniu Koalicji, co potem faktycznie nastąpiło. Tymczasem Schetyna - jak możemy przeczytać na łamach oko.press - boi się łatki "tęczowego Grzegorza". Zapewne dlatego podziękował też SLD i Wiośnie.

Teraz opozycja nie musi już udawać

Zaraz po wynikach eurowyborów Schetyna mówił: - To jest pierwsza połowa meczu. Wiemy, że wszystko jest przed nami.

Przyrównałem wtedy sytuację opozycji do Manchesteru United w finale piłkarskiej Ligi Mistrzów z 1999 r. I napisałem, że potrzebuje cudu, jak wtedy Man Utd, który niemal przez cały mecz przegrywał, ale w doliczonym czasie strzelił dwa gole i wygrał 2-1.

ZOBACZ CAŁY TEKST: Eurowybory 2019. Koalicja Europejska przegrywa z PiS do przerwy 0-1 i potrzebuje cudu jak kiedyś Manchester United

Dotąd jednak liderzy opozycji - stosując dalej tę analogię - nie znaleźli w swoich szeregach żadnego Sheringhama ani Solskjaera. Czyli piłkarzy, którzy wtedy weszli z ławki rezerwowych, I strzelili te dwie bramki.

Mało tego. Wszystko wskazuje, że Schetyna i spółka postanowili zamiast tego ściągnąć z boiska Davida Beckhama (dośrodkowywał w obu akcjach, po których padły gole) i Ryana Giggsa (to jego strzał dokopnął do bramki Sheringham).

Już nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłby się tamten mecz sprzed 20 lat, gdyby Alex Ferguson zdecydował się na takie właśnie zmiany. Tak samo - dla odmiany - już się nie dowiemy, jakie byłyby wyniki wyborów parlamentarnych 2019, gdyby zjednoczona opozycja poszła do nich pod jednym szyldem.

Teraz to już historia. Tej Koalicji Europejskiej, która grała w pierwszej połowie meczu, już nie ma. Zaraz będzie można ją powspominać co najwyżej na starych, wyblakłych zdjęciach w pamiątkowym albumie znalezionym gdzieś na strychu.

Po przerwie opozycja wychodzi na boisko w różnych koszulkach. Oczywiście nadal będzie grać do tej samej bramki... ale już nie w jednym zespole. To raczej nie będzie ułatwiać gry.



Z drugiej strony... Jeżeli wspólna Koalicja Europejska wymagała szukania wspólnego języka na siłę, co jak już napisałem zrażało niektórych wyborców, to teraz kampania z pewnością będzie wyglądała bardziej naturalnie.

Politycy PO i Nowoczesnej nie będą musieli udawać, że zależy im na liberalizacji przepisów antyaborcyjnych, szybkim wprowadzeniu związków partnerskich czy na twardym rozdziale państwa od Kościoła.

Politycy SLD, Wiosny czy Razem nie będą musieli udawać, że nie pamiętają, co ludzie Platformy zrobili (albo raczej czego nie zrobili) i jak głosowali w ww. sprawach. (Będzie musiała tak udawać jedynie Barbara Nowacka).

Szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz nie będzie już musiał pokrętnie mówić, że tęcza to barwy... ruchu spółdzielczego, zamiast tego może sobie spokojnie pisać oświadczenia o prowokacjach na marszach równości.

Czyli - mówiąc już krótko i wprost - każdy będzie mógł mówić do swoich wyborców to, co myśli, bez większych obaw, że jednocześnie zrazi do koalicji jakąś zupełnie inną grupę i straci jej głosy.

Wygrać wybory wcale nie znaczy rządzić

Czy taka opozycja może pokonać PiS? Jest scenariusz, w którym Kaczyński i spółka co prawda robią najlepszy wynik, ale brakuje im choćby paru posłów do większości bezwzględnej.

I wtedy - jak powiedziałby Donald Tusk - "panowie, policzmy głosy!". Może się okazać, że taką większość uzbiera np. Koalicja Obywatelska z Lewicą, czy nawet w szerszym sojuszu z PSL. I mimo że formalnie opozycja wybory przegra - to ona będzie w stanie utworzyć rząd.

Już nie takie koalicje w Polsce mieliśmy. Jak słusznie zauważył ostatnio Krzysztof Paszyk, poseł PSL, przed naszą kamerą: - Czym innym jest koalicja na wybory, a czym innym koalicja po wyborach.

Wszystko wskazuje, że teraz właśnie na taki scenariusz będzie grać opozycja, choć dużo tu będzie zależeć również od wyniku Kukiz'15, partii Wolność czy innych pozostałości po Konfederacji.

Pamiętajmy, że zdolność koalicyjna PiS jest niewielka, a im więcej partii wejdzie do Sejmu - tym mniejsze szanse Kaczyńskiego na dalsze samodzielne rządy. I - jak słusznie zauważył szef "Polityki" Jerzy Baczyński w ostatnim numerze - właśnie o to będzie się teraz toczyć gra.

Tak jeszcze a propos Kaczyńskiego... Cały czas mam z tyłu głowy, że on jednak do władzy doszedł, gdy nie podzielił, tylko zjednoczył pod wspólnym szyldem różne okołopisowskie partyjki, i to mimo że jedną z nich - Solidarną Polskę - tworzyli dawni uciekinierzy.

Dziś Jarosław Gowin jest wicepremierem, Zbigniew Ziobro ministrem sprawiedliwości, a Jacek Kurski - szefem TVP.

Dla opozycji ważnym testem będzie to, czy zdoła się dogadać w sprawie niewystawiania przeciwko sobie konkurencyjnych kandydatów do Senatu. Jeśli tak - to może być jakiś zalążek potencjalnej współpracy po wyborach. Jeśli nie - do takiej współpracy może później w ogóle nie być okazji.

Seweryn Lipoński / 28 lipca 2019