www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Eurowybory 2019. Sześć wniosków po wynikach w Poznaniu. "Dinozaury" dały radę, Spurek twarzą Wiosny, sam Liroy nie wystarczył

28 maja 2019

Eurowybory 2019. Sześć wniosków po wynikach w Poznaniu. "Dinozaury" dały radę, Spurek twarzą Wiosny, sam Liroy nie wystarczył

Poznań - eurowybory 2019 - Parlament Europejski - Ewa Kopacz - Leszek Miller - Sylwia Spurek - Liroy

Mimo kpin, że na liście Koalicji Europejskiej znalazły się "dinozaury", to właśnie Ewa Kopacz i Leszek Miller pojadą do Parlamentu Europejskiego. Partii Wiosna opłaciła się kampania skupiona na Sylwii Spurek. Za to w przypadku Konfederacji i Kukiz'15 nie wystarczyło znane nazwisko na czele listy.

Już wszystko wiadomo, już mniej więcej od 24 godzin znamy ostateczne wyniki i dokładną listę nowych europosłów, którzy wkrótce wyjadą do Brukseli. To ostatecznie 27 ludzi PiS, 22 Koalicji Europejskiej i troje polityków Wiosny.



Jeśli myśleliście, że tytułowe sześć wniosków będzie dotyczyć ogólnie wyników wyborów, to muszę Was rozczarować. Takich analiz jest już od wczoraj w internecie całe mnóstwo. Jedni mówią, że KE powinna była iść bez PSL-u, inni, że z Biedroniem, i tak dalej.

Spokojnie - nie będę Was tym zanudzał. Zresztą pewne przemyślenia zawarłem już w tekście krótko po ogłoszeniu wyników eurowyborów. Teraz dla odmiany chciałbym się skupić na naszym lokalnym podwórku.

Już powszechnie wiadomo, że Wielkopolska nadal będzie miała pięcioro europosłów, a zostali nimi Ewa Kopacz, Leszek Miller (oboje KE), Zdzisław Kranodębski, Andżelika Możdżanowska (oboje PiS) i Sylwia Spurek (Wiosna).

Jednak gdy dokładnie wczytać się w wyniki, to można znaleźć ciekawostki, które na pierwszy rzut oka mogłyby umknąć. Kiedy ostatni raz na Leszka Millera zagłosowało tylu ludzi? Z czego wziął się mandat dla Sylwii Spurek?

I dlaczego Liroy, choć zdobył więcej głosów - 40 tys. - niż Janusz Korwin-Mikke czy Robert Winnicki, i tak nie wszedłby do Parlamentu Europejskiego, nawet gdyby Konfederacja przekroczyła próg? Zapraszam do lektury.

"Jedynki" i "dwójki" nie do przeskoczenia

Kto zgarnął mandaty europosłów? Wychodzi na to, że same "jedynki" (Kopacz, Krasnodębski, Spurek) i "dwójki" (Miller, Możdżanowska) z najlepszych list. Z dalszego miejsca nikt skutecznie nie zaatakował.

Co nie znaczy, że nie było takich prób. Przykładowo kandydaci Koalicji Europejskiej z drugiego szeregu - Michał Wawrykiewicz na "piątce" i Marcin Bosacki na "siódemce" - dwoili się i troili w kampanii.

To zresztą widać po ich wynikach, odpowiednio 35 tys. i 39 tys. głosów, jednak z byłymi premierami na czele listy po prostu nie mieli szans. Mało tego, nie miał szans nawet dotychczasowy europoseł Andrzej Grzyb z PSL, tak przecież popularny na wielkopolskiej wsi.

Także Szymon Szynkowski vel Sęk - mimo kampanii prowadzonej z przytupem i nawet z tweetupem - z "czwórki" zdobył niecałe 30 tys. głosów i został daleko w tyle za liderami listy.

Inna sprawa, że Szynkowski vel Sęk jest z Poznania i to tu w 2015 r. wymiatał w wyborach do Sejmu, a wcześniej do rady miasta. Tymczasem teraz PiS w samym Poznaniu dostał łomot i to też z pewnością przełożyło się na mniej głosów dla wiceministra.

Promocja liderki listy opłaciła się Wiośnie

To, że ludzie i tak zagłosują na lidera listy - zwłaszcza w przypadku nowej partii i nowych nazwisk - najwyraźniej szybko pojęli działacze Wiosny. Ich kampania de facto opierała się na promocji jednej jedynej twarzy.

Tą twarzą była Sylwia Spurek. Co zresztą doskonale widać choćby na zdjęciu do tego tekstu. Przeprowadziła się na czas kampanii do Poznania. I pojawiała się praktycznie wszędzie, a już zwłaszcza tam, gdzie działo się coś w bliskich jej tematach.


Pojechała do Gniezna, gdy prezydent Tomasz Budasz próbował tam zakazać marszu równości. Zajrzała pod Wrześnię, gdzie mieszkańcom dokuczają fermy norek. Pod poznańską katedrę i pod sanktuarium w Licheniu zaraz po premierze filmu "Tylko nie mów nikomu" o pedofilii w Kościele.

Towarzyszył jej w tym wszystkim raz po raz Robert Biedroń, tak na wypadek, gdyby potencjalni wyborcy zapomnieli, do jakiej partii należy ta cała Spurek i kto ją namaścił na liderkę listy.

To ona jako przedstawicielka Wiosny przychodziła na każdą debatę. Nawet na taką zorganizowaną przez stowarzyszenie Otwarte Klatki. My, dziennikarze, mogliśmy się wyzłośliwiać, że każdą dyskusję zaczyna recytując z pamięci tę samą formułkę, ale dla ludzi, którzy spotkali ją w kampanii tylko raz, to raczej nie miało większego znaczenia.

To wszystko się opłaciło i zapewne przyczyniło do dobrego wyniku Wiosny w Wielkopolsce. Tutejsi wyborcy o lewicowych poglądach, idąc do lokalu wyborczego, na hasło Wiosna zapewne myśleli: Biedroń i Spurek. Zobaczcie tylko, jak rozłożyły się głosy na wielkopolskiej liście partii:



Sylwia Spurek i długo, długo nic. Liderka listy zgarnęła blisko 60 proc. wszystkich głosów na Wiosnę. Z pozostałych liderów jedynie Liroy bardziej zdominował własną listę - o nim za chwilę.

Teraz Sylwia Spurek, w nagrodę za tę aktywną kampanię i kilka tygodni bycia twarzą Wiosny w Wielkopolsce, znów będzie musiała się przeprowadzić - z Poznania do Brukseli.

Aha! Wyjaśnijmy jeszcze, skąd wziął się mandat dla Sylwii Spurek, bo przy skomplikowanej ordynacji do PE to nie takie oczywiste. Jej indywidualny wynik nie miał tu większego znaczenia.

Zadecydowało to, że cała Wiosna w Wielkopolsce miała relatywnie wysokie poparcie, tylko w Warszawie miała jeszcze wyższe. To dzięki temu jeden z trzech mandatów dla partii Biedronia trafił właśnie do naszego regionu.

Jeden Liroy to za mało

No dobrze, twarz twarzą, ale sama nie sięgnie po mandat europosła. Jej komitet musiał jeszcze przekroczyć w całym kraju próg 5 proc. i mieć w samej Wielkopolsce stosunkowo dobry wynik.

Tego właśnie zabrakło dwóm znanym liderom wielkopolskich list Konfederacji i Kukiz'15.

Jak wiadomo, oba komitety tak zaciekle walczyły między sobą o głosy, że ostatecznie... żaden nie przekroczył progu i nie wszedł do Parlamentu Europejskiego. Mimo że pierwsze wyniki z exit poll dawały Konfederacji 6,1 proc. i trzech europosłów.

- Największą naszą wygraną, największym osiągnięciem, nie jest dzisiejszy wynik. Dokonaliśmy jednej ważnej rzeczy: jedności. To jest najważniejsza rzecz - mówił Piotr Liroy Marzec podczas wieczoru wyborczego Konfederacji, gdy jeszcze wydawało się, że wchodzą do europarlamentu.

To musiało być paskudne uczucie dla przedstawicieli Konfederacji. Świętować cały wieczór, a po wstaniu rano dowiedzieć się, że jednak nic z tego nie będzie...



Gdyby nawet Konfederacja przekroczyła próg, to Liroy nie zgarnąłby mandatu, bo jego lista zrobiła w Wielkopolsce zbyt słaby wynik. Mimo że sam Liroy indywidualnie miał drugi najlepszy (!) wynik Konfederacji w całym kraju.

Zgarnął 40 tys. głosów, czyli więcej, niż choćby Janusz Korwin-Mikke, Robert Winnicki czy Grzegorz Braun. Tak swoją drogą ciekawe, czy wśród tych 40 tys. głosujących na Liroya faktycznie był Peja.

Żadnych rozkmin a propos mandatów nie musiał za to robić Marek Jurek. Już w wynikach exit poll Kukiz'15 był pod progiem i tu akurat wszystko sprawdziło się co do joty.

Tu ciekawostka. Gdyby Kukiz'15 przekroczył próg, to prawdopodobnie Jurek pozostałby europosłem, bo jego lista w Wielkopolsce była jedną z lepszych list Kukiza (4,3 proc. głosów w okręgu). Sam Jurek dostał blisko 30 tys. głosów.

Spadochroniarze i "dinozaury" dali radę

Tym razem do Parlamentu Europejskiego nie dostał się nikt związany z Poznaniem. Jedynie Andżelika Możdżanowska faktycznie jest mieszkanką regionu. Cała reszta nowych europosłów to tzw. spadochroniarze, których partie rzuciły akurat do tego okręgu.

I wszystko wskazuje, że był to zabieg skuteczny, bo ludzie chętnie zagłosowali na te znane nazwiska - choćby byłych premierów - kompletnie niezwiązane z Wielkopolską.

Przypomnijcie sobie, ile było kpin i żartów, że na listach Koalicji Europejskiej są polityczne "dinozaury". I co? Ewa Kopacz zdobyła ponad 250 tys. głosów. Jeszcze bardziej znamienny przykład to Leszek Miller, który dostał 79 tys. głosów i jest to jego najlepszy wynik od 2001 r., gdy zaraz potem został premierem.

Kiedy Miller triumfalnie wracał do Sejmu w 2011 r. - dostał "tylko" 18 tys. głosów (choć oczywiście okręgi sejmowe są dużo mniejsze niż te do PE, więc trudno tak wprost porównywać te wyniki).


Także wyborcy PiS lojalnie zagłosowali na Zdzisława Krasnodębskiego. Jego 164 tys. głosów także robi wrażenie. Dodajmy, że to akurat nie zdarzyło się pierwszy raz, bo przecież w poprzednich eurowyborach najlepszy wynik w regionie - ponad 80 tys. głosów - zrobił inny spadochroniarz Ryszard Czarnecki.

To kolejny dowód, że podział Polski na okręgi w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest totalnie sztuczny, i należałoby pomyśleć nad jego zmianą. Kandydaci przywiezieni "w teczce" przez miesiąc udają, że bardzo się interesują sprawami miasta i regionu, a zaraz po głosowaniu zwijają manatki. Zwycięzcy do Brukseli. Przegrani - do Warszawy albo do własnych miejscowości.

Do wyborów Razem z Witkowskim to nie był szczęśliwy wybór

Szczerze mówiąc myślałem, że gdy Robert Biedroń odpali w końcu swoją partię, to nastąpi masowy exodus działaczy z innych lewicowych ugrupowań.

Faktycznie część do niego przeszła. Ale wielu zostało np. w Partii Razem, którą krótko potem Adrian Zandberg wplątał w sojusz z Unią Pracy i Ruchem Sprawiedliwości Społecznej, a lokalnym liderem tej dziwacznej koalicji został nieszczególnie w tych kręgach lubiany Waldemar Witkowski.

Jeden z poznańskich działaczy Razem napisał wtedy do mnie, że właśnie z tego powodu odchodzi z partii. Pozostali musieli np. w facebookowych dyskusjach lawirować, by z jednej strony dystansować się od Witkowskiego, z drugiej jednak nie mogli się przecież od niego odciąć.

Szef Unii Pracy przekonywał, że jest "wartością dodaną", zdobył ostatecznie 7 tys. głosów. To był i tak najlepszy wynik listy Lewicy Razem - która w całym kraju wypadła słabiutko.

Słyszeliśmy, że to ta koalicja jest "jedyną prawdziwą lewicą", ale wyborców jakoś to nie przekonało. Oczywiście to nie Witkowski czy nawet sam Zandberg byli tu problemem. Podstawowym problemem Lewicy Razem był Robert Biedroń i jego nowa partia.

Z "dwójki" niecałe 3 tys. głosów zgarnęła Anna Wachowska-Kucharska. I muszę jej poświęcić osobno parę zdań. To już trzecie nieudane dla niej wybory w ciągu nieco ponad pół roku. Najpierw nie dostała się do rady miasta, potem do rady osiedla, teraz do Parlamentu Europejskiego.

Z ciekawości sprawdziłem, że na AWK mało kto zagłosował nawet w jej "bastionie", czyli w lokalu wyborczym przy ul. Boranta. To tam jako kandydatka na prezydenta w wyborach 2014 dostała nawet więcej głosów niż ówczesny prezydent Ryszard Grobelny.

Tym razem szału nie było - ledwie po kilkanaście głosów. To oczywiście przede wszystkim efekt słabiutkiego komitetu. Zresztą nie pierwszy raz AWK stawia na złego konia, bo np. w wyborach do rady miasta w 2014 i 2018 r. indywidualnie robiła świetne wyniki, ale ze słabych list i nigdy nie została radną.

Można się wyzłośliwiać, że te trzy przegrane w ciągu siedmiu miesięcy wybory to swoisty hat-trick porażek, można też po prostu współczuć pecha i złej intuicji politycznej.

Poznań wciąż ostatnią wioską Galów opierającą się Kaczyńskiemu

Wszystko wskazuje, że gdy PiS umacnia się w całym kraju i robi lepszy wyborczy wynik niż ktokolwiek w ostatnim 30-leciu, to akurat w Poznaniu jest dokładnie na odwrót. Tu radykalizują się antypisowskie nastroje.

Już w wyborach 2015 było znamienne, że w mieście wyraźnie wygrała PO z 35,8 proc. poparcia, a aż 14,4 proc. zgarnęła Nowoczesna. To była łącznie połowa głosów! Na dziesięciu poznańskich posłów tylko trzech to rządzący - reszta należy do krajowej opozycji.

Taką tendencję pogłębiły wybory samorządowe 2018, gdy prezydent Jacek Jaśkowiak jako wspólny kandydat Platformy i Nowoczesnej wygrał już w I turze z poparciem na poziomie 56 proc. , a do rady miasta Koalicja Obywatelska zgarnęła 46,8 proc. głosów.



Teraz Koalicję Europejską w poszerzonym składzie poparło w eurowyborach aż 54,2 proc. poznaniaków. Na PiS zagłosowało zaledwie 24,4 proc. A przecież jest jeszcze Wiosna, też mocno przeciwna obecnym rządom, która właśnie w Poznaniu miała jeden z najlepszych wyników w kraju, bo 10,9 proc.

Radna PiS Lidia Dudziak komentując te wyniki powiedziała coś w stylu, że w Poznaniu działają jakieś inne siły. No, no, no, aż chciałoby się zacytować Jarosława Kaczyńskiego, gdy w 2007 r. mówił, że "inni szatani są tu czynni", i że to właśnie oni inspirują strajk pielęgniarek.

Samorządy dużych miast to cały czas instytucje niezależne od rządzącego PiS. Mimo że różne zakusy już były, np. pomysł przed wyborami 2018, by ograniczenie do dwóch kadencji działało wstecz (to akurat nie dotknęłoby Jacka Jaśkowiaka).

Albo furtka, jaką miała być możliwość odwołania prezydenta miasta, jeśli izba obrachunkowa stwierdzi "niegospodarność". Te propozycję ostatecznie zawetował prezydent Andrzej Duda. Z tych dwóch kadencji wstecz PiS wycofał się sam.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz. To nie jest tak, że wyborców PiS w Poznaniu ubywa, bo poparcie dla partii Kaczyńskiego co wybory jest tu bardzo podobne: 22,1 proc. (prezydenckie 2015 - I tura), 24,1 proc. (do Sejmu 2015), 21,3 proc. (prezydenta miasta 2018), 22,0 proc. (do rady miasta 2018), i teraz 24,4 proc. (do europarlamentu 2019).

Przybywa za to, sądząc po wynikach partii opozycyjnych, poznaniaków będących zdeklarowanymi przeciwnikami rządów PiS.

Seweryn Lipoński / 28 maja 2019