www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Eurowybory 2019. Kampania w Poznaniu już na ostatniej prostej - kandydaci zaczęli finisz debatą na UAM

20 maja 2019

Eurowybory 2019. Kampania w Poznaniu już na ostatniej prostej - kandydaci zaczęli finisz debatą na UAM

Poznań - eurowybory 2019 - Parlament Europejski - Unia Europejska - Wielkopolska - wybory

Ponad dwie godziny debatowali liderzy list do Parlamentu Europejskiego na UAM. Była premier Ewa Kopacz w ostrych słowach recenzowała rządy PiS, tymczasem w tle toczyła się walka Konfederacji z Kukizem oraz Wiosny z Lewicą Razem o najmłodszych wyborców.

Takie debaty na uniwersytecie mają już w Poznaniu swoją tradycję... i swoją specyfikę. To nie jest dyskusja w studiu, gdzie poza prowadzącym, kandydatami i operatorami kamer nie ma żywego ducha.

Może więc nie idzie z takiej debaty transmisja na całe miasto. Ani tym bardziej na cały kraj. Może więc nie jest to debata, o której jutro rano będą się rozpisywać gazety, a ludzie będą o niej mówić w tramwajach, ale...

Ale za to na widowni siedzi kilkaset osób. To już nie są sztabowcy, którzy będą oklaskiwać każde słowo swojego lidera, a za jego plecami będą trzymać karteczki typu "Prawo i Sprawiedliwość", "Wiosna Biedronia" czy "Koalicja Europejska - Przyszłość Polski".

Tu publiczność reaguje spontanicznie, każda głupia wypowiedź może wzbudzić śmiech, każda celna uwaga czy riposta - oklaski. Dodajmy, że przy tak młodej, studenckiej widowni kandydaci największych partii niekoniecznie mogą czuć się jak przed własną publicznością.

CAŁĄ DEBATĘ KANDYDATÓW DO EUROPARLAMENTU NA UAM MOŻECIE ZOBACZYĆ TUTAJ:



Kopacz bojowa jak nigdy dotąd

Znowu nie udało się zebrać na jednej dyskusji liderów wszystkich list. I to mimo wymownej nazwy "debata jedynek", którą podkreślali organizatorzy. Tym razem wyłamała się Konfederacja.

Jej lider na wielkopolskiej liście Piotr Liroy Marzec nie mógł przyjechać, jak usłyszeliśmy, ze względu na poselskie obowiązki. Zastąpiła go Aleksandra Rohde - "dziewiątka" na liście Konfederacji.

Zjawiła się za to była premier Ewa Kopacz. Dotąd była w tej kampanii... hmm, może niezupełnie jak yeti, bo jednak nie tylko o niej słyszeliśmy. Czasami ktoś ją mimo wszystko widział - np. na poznańskim rynku pod ratuszem czy na pikniku w parku Wilsona.

Jednak podczas debaty w TVP Poznań i Radiu Poznań jej krzesło pozostało puste. Jeśli zaś Kopacz brała udział w dyskusji radia TOK FM na MTP - to ewidentnie po wypiciu eliksiru wielosokowego. Wszyscy widzieli tam bowiem innego kandydata Koalicji Europejskiej - europosła Andrzeja Grzyba z PSL.

Może właśnie dlatego, że liderka listy KE była dotąd na takim debatowym głodzie, dziś wyglądała na najbardziej bojową ze wszystkich uczestników dyskusji. Momentami była jak spuszczony ze smyczy pitbull. Jak byk podczas corridy na widok różowej płachty.

Te wybory są przedbiegiem przed wyborami w październiku. Ci, którzy mają wiele kompleksów, tak naprawdę nie lubią Unii Europejskiej i teraz przed wyborami ją pokochali, to ci sami, którzy wyprowadzali flagi unijne z kancelarii premiera! Trudno tu uwierzyć w szczere intencje

Ewa Kopacz podczas debaty na UAM



Pod koniec debaty przytaczała też nazwiska takie jak Kaczyński, Macierewicz czy Rydzyk.

Taka ostra w słowach Ewa Kopacz nie była choćby podczas słynnej debaty przed wyborami 2015, gdy z Beatą Szydło jakby się umówiły, że specjalnie będą mówić nie na temat i postarają się nie odpowiadać na pytania.

Kiedy dziś padały pytania z widowni, jeden z pytających Kopacz zaznaczył: - Odpowiedź typu "żeby nie wygrał PiS" nie będzie satysfakcjonująca!

I dostał za to głośne oklaski. A była premier... i tak po paru zdaniach zaczęła jechać po rządzących, choć już nie tak wprost, mówiła jednak m.in. o izolowaniu Polski w Unii Europejskiej i kiepskiej dyplomacji.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najciekawsze? To, że Zdzisław Krasnodębski - lider listy PiS - w ogóle się do tych wszystkich słów krytyki nie odnosił. Tak jakby ich nawet nie słyszał.

Krasnodębski łagodny przy Konfederacji

Prof. Krasnodębski sprawiał zresztą wrażenie, jakby nie do końca się zorientował, gdzie jest. Może to przez te uniwersyteckie mury... Dziś zaprezentował się zdecydowanie bardziej jako wykładowca akademicki niż kandydat w eurowyborach.

Można było odnieść wrażenie, że każda jego wypowiedź to wstęp do jakiegoś dłuższego wykładu, na którym szerzej będzie mowa o specyfice pracy w Parlamencie Europejskim... chrrr... i o negatywnych skutkach mobilności, przez co Bułgaria w 2050 r. będzie miała dwa razy mniej mieszkańców... chrrr...

- No niestety nie mam czasu tego rozwijać - skwitował Krasnodębski. - Chętnie przyjadę kiedyś na wykład, by o tym opowiedzieć.



No dobrze... nie było aż tak źle. Mimo wszystko Krasnodębski raz po raz umiał ocknąć widownię jakimś kontrowersyjnym bon motem. Tu i ówdzie wtrącił coś o "propagandzie prounijnej", o "ekstremizmie centrum", innym razem wspomniał, że w Brukseli nie czuje się bezpiecznie.

Tak jakby chciał przypomnieć, żeby przypadkiem nie głosowali na niego ci, którzy popierają dalszą integrację europejską! Dziś wypalił też, że Unia Europejska jest "związkiem narodów", dochodząc do wniosku: - Nigdy nie będzie jednej europejskiej sfery publicznej. Bo nie ma jednego narodu.

Jeśli jednak Ewa Kopacz była dziś spuszczonym ze smyczy pitbullem, to Zdzisław Krasnodębski tak ogólnie był co najwyżej uśpionym psem Puszkiem z Zakazanego Korytarza, któremu ktoś właśnie zagrał na flecie kołysankę.

Z roli naczelnego eurosceptyka tej debaty i w ogóle tej kampanii skutecznie wypychają go natomiast kandydaci Konfederacji i Kukiz'15. Przy nich Krasnodębski jest wręcz euroentuzjastą.

Przedstawicielka Konfederacji Aleksandra Rohde nie omieszkała podkreślić, że korzyści z obecności Polski w UE jest "bardzo mało", mimo wszystko dwie zdołała wskazać. Usprawnienie handlu i program Erasmus.

Minusy? Kandydatka Konfederacji zaczęła wyliczać: biurokracja, utrata suwerenności, ogólnie "państwo Europa"... - Minusów jest sporo. Cała lista - podkreśliła.

- To konkretnie! - krzyknął ktoś z widowni. Wtedy Rohde dorzuciła jeszcze fakt, że Polska musi dostosowywać swoje prawo do unijnego, wspomniała także głośną w ostatnich miesiącach dyrektywę nazywaną potocznie ACTA 2.

Kompletnie nie poradziła sobie za to z przytaczanymi przez widownię cytatami innych przedstawicieli Konfederacji. Na przykład Kai Godek, która stwierdziła, że "teraz geje chcą adoptować dzieci, by je molestować i gwałcić".

- My jesteśmy wszyscy połączeni... od centrum do skrajnej prawicy. Umiemy się dogadać - lawirowała Aleksandra Rohde. Jednak w końcu dała za wygraną: - Podyskutowałabym z Kają Godek. Nie zgadzam się z tym.

A "nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej", czyli tzw. piątka Konfederacji, jaką ogłosił inny jej kandydat Sławomir Mentzen?

- Dla nas ważny jest Bóg, ojczyzna, honor, rodzina... Ta wypowiedź jest bardzo mocna. To nie powinno być tak mocne - mówiła kandydatka Konfederacji. Na jej usprawiedliwienie można dodać, że podczas jednej z poprzednich debat podobne kłopoty z podobnymi cytatami miał sam Liroy.

Jednak ze wszystkich jej wystąpień najlepiej zapamiętamy chyba hasło "Bóg, honor, ojczyzna", powtarzane kilka razy, niekiedy jeszcze z dodatkiem "rodziny".

Spurek lepsza niż Witkowski

To teraz coś z zupełnie innej beczki. A raczej - z przeciwnej strony sceny politycznej.

Kiedy zaczęła mówić Sylwia Spurek, to przez dobre pół minuty myślałem, że jej głos leci z... playbacku. I że ktoś puścił taśmę z jej początkowym przemówieniem z debaty na politechnice.

Liderka wielkopolskiej listy Wiosny Biedronia mówiła bowiem DOKŁADNIE TO SAMO: - "Europa dla ciebie". To jest hasło Wiosny Roberta Biedronia w tych wyborach do Parlamentu Europejskiego, dlatego że my chcemy rozwiązywać realne problemy Polaków dzięki Unii i dzięki jej funduszom.

Dla przypomnienia zobaczcie, co napisałem o jej wstępnej wypowiedzi kilka tygodni temu, zaraz po wspomnianej debacie na politechnice:

- "Europa dla ciebie". To jest hasło Wiosny w tych wyborach. Bo chcemy dzięki UE, dzięki jej funduszom, zmieniać życie Polaków - zaczęła Spurek. Kandydatka Wiosny wyglądała jak prymuska z podstawówki, która nauczyła się na pamięć wiersza na konkurs recytatorski, i bardzo uważa, żeby nie pomylić choćby jednego słowa.

Jest jednak pewien postęp. Tym razem Spurek po paru zdaniach się opamiętała i przestała recytować z pamięci. Zaczęła mówić od siebie: o prawach kobiet, o ochronie środowiska.

Potem całkiem umiejętnie korzystała z pytań, zwłaszcza tych zadawanych przez widownię, aby wyeksponować kluczowe postulaty Wiosny. Co zamierza zrobić dla regionu? Przytoczyła, że 40 proc. gmin w Wielkopolsce nie ma gabinetu ginekologicznego, więc postara się to zmienić.

Kiedy padło pytanie o hodowlę zwierząt, to opowiedziała o fermach norek pod Wrześnią (które zresztą odwiedziła w trakcie kampanii), a przy okazji wspomniała, że jest weganką.

Jeśli wsłuchać się w szczegółowo w to, co mówiła Sylwia Spurek, to była w tym jednak pewna sprzeczność.

Z jednej strony kolejny raz stwierdziła, że Bruksela za mało uwagi poświęcała dotąd polityce społecznej i "człowiekowi", z drugiej strony zapytana o plusy obecności Polski w UE... przytoczyła właśnie "spójność w wymiarze społecznym" i zaczęła sypać przykładami przepisów przeciwko dyskryminacji.

To jej prawdziwy konik, mogłaby pewnie o tym mówić długimi godzinami, więc przez moment zapachniało przydługim wykładem zupełnie jak przy Krasnodębskim. Nie zdążyła przez to - może celowo? - wymienić żadnych minusów UE.

Aha! Kandydatka Wiosny jako jedyna ostro wyraziła się o przytaczanych już wypowiedziach przedstawicieli Konfederacji: - Rasizm i homofobia to nie poglądy, tylko wykluczenie, a w skrajnych przypadkach mowa nienawiści.

ZOBACZ DZIAŁ SPECJALNY O EUROWYBORACH 2019 W POZNANIU: KANDYDACI, WYWIADY, SONDAŻE

Jeszcze parę słów o dwóch weteranach polityki. Waldemar Witkowski i Marek Jurek zasiedli dziś przy tym samym stoliku, choć zwłaszcza pod względem światopoglądowym różni ich niemal wszystko, co zresztą dało się zauważyć w debacie.

Jeśli jednak Waldemar Witkowski walczy o wyborców z Wiosną... to przerżnął to starcie spektakularnie. Mimo że na wstępie odważnie podkreślił, że trzy środowiska tworzące Lewicę Razem to "partie naprawdę lewicowe".

Całkiem zgrabnie wbił też szpilę Ewie Kopacz, spoglądając na byłą premier przy temacie ochrony środowiska i mówiąc, że "rządy tu siedzących osób nic w tej sprawie nie zrobiły".

Tyle że na tym oratorskie popisy Witkowskiego się dziś skończyły. Później powtarzał już tylko jak automat te same slogany.

Nieważne, czego dotyczyło pytanie, Witkowski i tak zaczynał nawijać o "wielkich korporacjach", o "jednolitych płacach", o "jednolitych podatkach", o "równym traktowaniu pracowników".

Te korporacje to Witkowski odmieniał dziś przez wszystkie przypadki. Tak często i gęsto, że jeszcze trochę, a PWN zaproponowałby mu osobny rozdział w "Słowniku poprawnej polszczyzny".

Zdarzyło mu się do tego kilka specyficznych wypowiedzi. Na przykład apel, by Polacy nie chwalili się zbudowanymi już autostradami (bo są za drogie), albo że sprzeciwia się złemu traktowaniu zwierząt, więc "klatki powinny być większe" (dla porównania liderka Wiosny oznajmiła, że chce zakazu chowu w klatkach i hodowli na futra).

Do krytyków UE przemówił Jurek

Dla odmiany Marek Jurek wypadł zdecydowanie lepiej niż wspomniana już kandydatka Konfederacji. Zdecydowanie było widać, kto tu jest wytrawnym politykiem i byłym marszałkiem Sejmu, a kto - nikomu niczego nie ujmując - ma 25 lat i polityki dopiero się uczy.

Lider listy Kukiz'15 zaczął z grubej rury. Na dzień dobry stwierdził, że Polska nie może się godzić na narzucanie tego i owego przez Brukselę, później drwił z sytuacji, że podatki miałby ustalać "parlament wybrany 1000 km od nas".

Mówił o "establishmencie europejskim". Mówił o "eurokonformizmie polityków". Mówił o obronie narodowej waluty i o tym, że ze strony Kukiz'15 nie będzie zgody na wprowadzenie euro nie tylko przez ileś lat, ale po prostu nigdy.

Jechał równo po Fransie Timmermansie, czyli wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zajmującym się m.in. kwestią polskiej praworządności, i przy okazji także po Donaldzie Tusku.

No generalnie - mówił o tym wszystkim, co mniej lub bardziej zagorzali krytycy Unii Europejskiej chcieliby usłyszeć z ust polityka, na którego można w tych eurowyborach zagłosować.

Dla miłośników teorii spiskowych dorzucił jeszcze co nieco o ACTA 2: - Teraz internet wielu ludzi drażni i próbuje się to ograniczać.

Dostał oklaski, gdy mówił, że trwająca już od jakiegoś czasu procedura w sprawie naruszenia przez Polskę praworządności "nie ma nic wspólnego z rządami prawa".

Kilka wpadek Jurkowi też się jednak przydarzyło. Jak choćby dość infantylne próby podkreślania swoich związków z regionem ("tutaj się ożeniłem, tu na Piątkowie - kilometr stąd - ochrzciliśmy naszą córkę"), czy wytknięcie przez Krasnodębskiego, że przecież lider listy Kukiz'15 do PE dostał się pięć lat temu z listy... PiS.



Kto wie jednak, czy koniec końców - z punktu widzenia walki o konkretne grupy wyborców - to właśnie Marek Jurek nie ugrał w tej debacie najwięcej. Zwłaszcza w obecnej sytuacji sondażowej.

Przypomnijmy, że Kukiz'15 z Konfederacją walczą na śmierć i życie, kto przekroczy próg wyborczy. Szanse na to, że przekroczą jedni i drudzy, wydają się niewielkie.

Szanse, że ktokolwiek z nich złapie mandat akurat w Wielkopolsce, już w ogóle są iluzoryczne. Jednak w pierwszej kolejności kandydaci Konfederacji i Kukiza walczą przecież o jak najwyższy ogólnopolski wynik swojego ugrupowania.

Zostało sześć dni. Do ciszy wyborczej - zaledwie cztery. Możliwe, że po niemrawej kampanii czeka nas bardzo zacięta końcówka, bo przy obecnych notowaniach niewiadomych jest naprawdę sporo.

Seweryn Lipoński / 20 maja 2019