www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2018. KO w radzie miasta. Filip Olszak i Paweł Sowa mogą stawiać piwo, ruchy miejskie utarły nosa Kretkowskiej

24 października 2018

Wybory 2018. KO w radzie miasta. Filip Olszak i Paweł Sowa mogą stawiać piwo, ruchy miejskie utarły nosa Kretkowskiej

Wybory 2018 - Poznań - rada miasta - Jacek Jaśkowiak - Grzegorz Ganowicz - Tomasz Wierzbicki - wyniki

Prezydent prezydentem, ale jego wiele jego propozycji przez pięć najbliższych lat będzie musiała jeszcze przyklepać (lub nie) rada miasta. A tu już co nieco się pozmieniało. Zapraszam na analizę wyników wyborów.

Jak nietrudno się domyślić – wybory do rady miasta także wygrała Koalicja Obywatelska. I w tym przypadku, podobnie jak w wyborach prezydenta, również był to nokaut.

Może 46,8 proc. Koalicji Obywatelskiej nie robi aż takiego wrażenia jak wynik Jacka Jaśkowiaka. Ale w praktyce oznacza to samo. Gdyby w radzie miasta istniało coś takiego jak większość konstytucyjna, to KO otarłaby się o nią, zdobywając 21 z 34 miejsc.



Koalicja Obywatelska 21 | Prawo i Sprawiedliwość 9 | Lewica 2 | Prawo do Miasta 2

CAŁĄ LISTĘ WSZYSTKICH RADNYCH NOWEJ RADY MIASTA ZNAJDZIECIE TUTAJ

No dobra, ale to wszystko już wiecie od poniedziałku z różnych portali informacyjnych, tak samo jak znacie nazwiska nowych radnych. Dlatego nie będę Was tym dodatkowo zanudzał.



Zamiast tego pogrzebałem w szczegółowych wynikach i wyszukałem kilka ciekawostek. Takich, których przynajmniej na pierwszy rzut oka nie widać, a które mogą być całkiem intrygujące.

Zarówno dla wyborców, jak i dla samych kandydatów, również w kontekście kolejnych wyborów w przyszłości.

Najwięcej głosów natrzaskał Jacek Jaśkowiak. To żadne zaskoczenie, zwłaszcza że kandydował na Grunwaldzie, gdzie jest stosunkowo dużo ludzi i dodatkowo poparcie dla PO (a teraz dla KO) należy do najwyższych w całym mieście.

Prezydent zdobył tu w wyborach do rady miasta 11,2 tys. głosów. To także najlepszy wynik procentowo – zagłosowało na niego aż 29,5 proc. wszystkich wyborców z całego okręgu.

Kolejni w tej procentowej statystyce są Grzegorz Ganowicz z 21,1 proc. głosów z okręgu (9,6 tys. głosów), Małgorzata Dudzic Biskupska z 20,1 proc. (6,5 tys. głosów, i tu muszę zwrócić honor, bo przed wyborami pisałem o pani radnej, że „szału nie ma”, jeśli chodzi o jej popularność), i wreszcie Mariusz Wiśniewski z 19,3 proc. (8,1 tys. głosów).

No dobra, a kto zdobył najwięcej głosów, nie będąc liderem listy? Mnóstwo ludzi wciąż głosuje z automatu na „jedynkę” na liście swojej ulubionej partii. Ale już zdobyć kilka tysięcy głosów z dalszego miejsca wcale nie jest tak łatwo.

Z tym najlepiej poradził sobie Konrad Zaradny, który – z trzeciego miejsca - zdobył aż 4,8 tys. głosów. Tyle samo miała Małgorzata Woźniak. I to dopiero z „szóstki”! Respect.

Z „dwójek” najlepsze wyniki zrobili Agnieszka Lewandowska (4,0 tys. głosów), Maria Lisiecka-Pawełczak (3,7 tys.), Łukasz Mikuła (3,4 tys.) i – wreszcie ktoś spoza KO – Ewa Jemielity (3,2 tys.). O Jemielity jeszcze coś więcej za chwilę.

Najmniej głosów zdobył Jędrzej Stefan Oksza-Płaczkowski. Kandydat z listy komitetu Dobro Miasta w okręgu nr 3 (Stare Miasto, Śródka, Chartowo) dostał zaledwie 26 głosów. To chyba nawet nie wszyscy z rodziny i znajomych zagłosowali… Współczuję, bo musi być trochę przykro.

Tym bardziej, że Jędrzej Stefan Oksza-Płaczkowski nie jest jakimś kompletnym „no name’em”. To były kustosz Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego, udziela się w Towarzystwie im. Hipolita Cegielskiego, startował też już w poprzednich wyborach.

Wówczas kandydował z list komitetu Teraz Wielkopolska Ryszarda Grobelnego. Ale jakoś nie ma szczęścia do wyborów, bo wówczas też zrobił jeden z najgorszych wyników w mieście, przy dużo niższej frekwencji miał… 10 głosów.

Filip Olszak powinien postawić piwo pięciu osobom. Tak do końca nie wiadomo którym, bo w sumie zagłosowało na niego 926 ludzi, dzięki czemu o CZTERY GŁOSY wyprzedził Jakuba Kucharczyka.

Zaraz powiecie, że przecież Olszak i tak nie wszedł do rady, więc o co chodzi? Tak, nie wszedł, ale… wejdzie! Liderką listy KO była tu bowiem Katarzyna Kierzek-Koperska.

Wszystko wskazuje, że zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami KKK zostanie wiceprezydentem, więc miejsce w radzie miasta przechwyci po niej kolejna osoba z listy z najlepszym wynikiem. Czyli właśnie Olszak, dotąd szef rady osiedla Św. Łazarz.

Kucharczyk może z kolei tylko żałować, że tuż przed godz. 21 nie namówił do głosowania jeszcze paru znajomych.

Do innego zaciętego pojedynku wewnątrz jednej partii doszło na Piątkowie. Pierwszą trójkę listy PiS tworzyli tam Rafał Leszczyński (Partia Porozumienie), Ewa Jemielity i Michał Boruczkowski.

Już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że przy popularności Jemielity oraz aktywności i plakatach Boruczkowskiego każdy z tej trójki zgarnie mnóstwo głosów. I tak się faktycznie stało.

Tymczasem w tym okręgu PiS wziął tylko jeden mandat. Zgarnęła go Ewa Jemielity z 3,2 tys. głosów. Boruczkowski i Leszczyński dostali po 2,5 tys. głosów.

Społecznicy utarli nosa Kretkowskiej. Dorota Bonk-Hammermeister dostała 1,9 tys. głosów i niespodziewanie wzięła mandat w trudnym okręgu obejmującym Jeżyce, Łazarz i Wildę. Trudnym, bo było tu do wzięcia tylko pięć, a nie sześć miejsc w radzie.

Z pewnością DBH pomógł fakt, że kandydowała na prezydenta, więc ludzie ją bardziej kojarzyli. Jednak jeszcze bardziej pomogła jej reszta kandydatów z listy. Arkadiusz Kluk dostał 610 głosów. Aleksandra Sołtysiak-Łuczak – 551.

Dzięki temu koalicja PdM załapała się tu na mandat z całkiem dużą przewagą ok. 600 głosów nad Lewicą. Tak, właśnie z tego powodu na lodzie została Katarzyna Kretkowska (2,5 tys. głosów), która zasiadała w radzie miasta od 24 lat i z którą tam często – np. o podejście do zrównoważonego transportu – żarli się właśnie społecznicy.

A Paweł Sowa wisi piwo co najmniej dwóm kolegom. Konkretnie Maciejowi Wudarskiemu i Pawłowi Głogowskiemu. Jasne, sam Sowa zrobił świetny wynik 1,6 tys. głosów, ale tu akurat losy ostatniego miejsca w radzie miasta ważyły się do samego końca.

Ostatecznie przypadło właśnie koalicji Prawo do Miasta. Ale nieco ponad 100 głosów mniej dla całej listy społeczników i zamiast Sowy mandat wziąłby Michał Boruczkowski z PiS. Dlatego tak duże znaczenie miały tu wyniki Wudarskiego (1 tys. głosów) i Głogowskiego (612 głosów z ostatniego miejsca!).

UPDATE: Początkowo to przeoczyłem, ale świetny wynik zrobiła tu też Dominika Zenka-Podlaszewska (716 głosów), zatem jej Sowa również wisi piwo ;)

To analogiczna sytuacja jak w wyborach 2014, gdy do rady dostał się Tomasz Wierzbicki, ale nie byłoby jego sukcesu bez świetnych wówczas wyników Lecha Merglera i Doroty Bonk-Hammermeister na tej samej liście.

A skoro już o tym mowa...

Największym pechowcem jest Tomasz Wierzbicki. Ale to było do przewidzenia. Już przy analizie nowych okręgów wyborczych zwracałem uwagę, że Wierzbicki i jego Świerczewo wpadną teraz do jednego worka z wielkimi Ratajami, gdzie głosują dziesiątki tysięcy ludzi.

Z góry było wiadomo, że tym razem Wierzbickiemu silne poparcie na Świerczewie nie wystarczy. Radny dwoił się, troił, prowadził intensywną kampanią i dostał ostatecznie 2,5 tys. głosów, czyli kilka razy więcej niż w poprzednich wyborach i więcej niż Dominika Król (2,1 tys.) czy Łukasz Kapustka (1,9 tys.).

Ale to wyżej wymieniona dwójka weszła do rady miasta. Wierzbicki nie wszedł – miał słabszą listę. Kiedy przed wyborami napisałem, że poza nim są na niej „no name’y”, Wierzbicki polemizował. Jednak koniec końców wyszło, że nie miał racji.

Tym razem Lidia Dudziak nie zdołała nikogo wciągnąć do rady. Radna Lidia Dudziak znana jest z tego, że zawsze kosi wszystkich na Łazarzu, w wyborach 2014 nie zaszkodziła jej nawet afera z osłami.

Zdobyła wtedy tyle głosów, że dzięki niej do rady miasta dostała się też ówczesna „dwójka” prof. Janusz Kapuściński, choć miał zaledwie… 371 głosów.

Tym razem PiS był tak pewny świetnego wyniku Dudziak, że zdecydował się na jeszcze inny manewr, wrzucając na „jedynkę” innego radnego Jana Sulanowskiego. Dudziak była „dwójką”.

Mimo to nie udało się zgarnąć dwóch mandatów. Dudziak zdobyła blisko 3 tys. głosów i do rady miasta weszła, ale nie wystarczyło tych głosów, by wciągnąć też Sulanowskiego, który zresztą miał niewiele gorszy wynik.

To, co nie udało się Lidii Dudziak, zrobił Michał Grześ. Radny Grześ wystawiony na „jedynce” w swoim okręgu to gwarancja rozbicia banku. Jego 5,3 tys. głosów okazało się najlepszym indywidualnym wynikiem ze wszystkich polityków PiS…

...i przy okazji pozwoliło wciągnąć do rady miasta Sarę Szynkowską vel Sęk, siostrę Szymona, dziś posła i wiceministra. Sama Szynkowska vel Sęk zdobyła 1,1 tys. głosów. To oczywiście nie jest złym wynikiem, ale też przy takiej frekwencji nie rewelacyjnym.

Dość powiedzieć, że więcej ugrali m.in. Beata Urbańska z Lewicy (1,4 tys. głosów) czy Krzysztof Bartosiak z Prawa do Miasta (też 1,4 tys.). Jednak to Sara Szynkowska vel Sęk była na zdecydowanie lepszej liście z silniejszym liderem i dzięki temu weszła.

Dodajmy, że z osób, które weszły do rady miasta – nie licząc tych, które dopiero potem wskoczą np. w miejsce Jacka Jaśkowiaka – to właśnie Szynkowska vel Sęk miała najsłabszy wynik.

Nazwisko Grobelny już niewiele daje. Jedną z osób, które zdobyły wyraźnie więcej głosów niż siostra wiceministra, jest też były prezydent Ryszard Grobelny. Ale jego wynik – 2,2 tys. głosów – też wcale na kolana nie rzuca.

Szczerze mówiąc sądziłem, że Grobelny ugra zdecydowanie więcej, mógł przecież swoim znanym i pamiętanym w całym mieście nazwiskiem narobić głosów i sięgnąć po jedyny mandat dla ekipy Jarosława Pucka.

Tak właśnie by się stało, gdyby zdobył o niespełna tysiąc głosów więcej, tak odrobinę ponad 3 tys. głosów. I umówmy się – taki wynik byłego prezydenta wcale nie byłby żadnym zaskoczeniem.

A jednak się nie udało. Grobelny wypadł nawet gorzej niż Wojciech Chudy, były szef rady osiedla Chartowo, a obecnie działacz Nowoczesnej, który z list Koalicji Obywatelskiej z drugiego miejsca zdobył 2,5 tys. głosów.

Co ciekawe, wysoki wynik - 1,2 tys. głosów - z drugiego miejsca zrobił za to wciąż skutecznie udający byłego prezydenta Ryszard F. Grobelny, były radny Platformy.

Klęska buntowników z SLD. Do najciekawszych transferów przed wyborami należało pozyskanie przez Jarosława Pucka paru znaczących polityków poznańskiego SLD. Tyle że te głośne medialnie transfery kompletnie nie przełożyły się na głosy.



Szef poznańskiego SLD Bartosz Kaczmarek? Dramat, 207 głosów, już więcej zdobyłby chyba inny Kaczmarek – były miejski radny Adrian. Inny były radny SLD Miron Perliński? 169 głosów. Nieco lepiej wypadł Marek Niedbała, ale umówmy się, jak na byłego posła to 886 głosów też szału nie robi.

Znane lokalne nazwiska tym razem nie wszędzie nie zagrały. Były szef prezydenckiego klubu w radzie miasta Wojciech Wośkowiak zgarnął 1,2 tys. głosów, niby nieźle, ale podobnie miał cztery lata temu przy znacznie niższej frekwencji.

Na Winogradach Marcin Zaremba nabił 1,8 tys. głosów dla PiS, ale to było za mało na drugi mandat, więc nie wszedł do rady miasta. Były wiceprezydent Tomasz Kayser i wyrzucony z PO Tomasz Lipiński mieli być tu siłą napędową komitetu Jarosława Pucka, tymczasem dostali odpowiednio 798 i 616 głosów.

To samo na Grunwaldzie. Już chyba mało kto pamięta, że miejskimi radnymi byli Grzegorz Steczkowski (626 głosów) i Sławomir Smól (259 głosów), no chyba że ludzie tak źle ich wspominają.

Jeszcze gorzej wypadł Lech Mergler. Jeden z najbardziej znanych społeczników, wiceszef Prawa do Miasta, dostał… 274 głosy. Tym samym niemal przebił swój „wyczyn” sprzed paru lat, gdy nie zdołał się dostać nawet do rady osiedla.

Ryzykowny manewr Tomasza Lewandowskiego się opłacił. Lider poznańskiej lewicy chyba jako pierwszy z historii, kandydując na prezydenta, startował jednocześnie do rady miasta z innego miejsca na liście niż pierwsze.

To wszystko w sytuacji, w której jakiekolwiek mandaty dla Lewicy były wielką niewiadomą. Jednak manewr się opłacił. Pierwszy na liście Henryk Kania zrobił, co do niego należało, i zebrał głosy oddane na lidera – łącznie 1,4 tys.

Jako „dwójka” Tomasz Lewandowski dorzucił 2,2 tys. Dzięki temu lista Lewicy zgarnęła pewnie trochę więcej głosów niż z samym Lewandowskim na czele i udało się wydrzeć czwarty mandat w tym okręgu Koalicji Obywatelskiej.

Fatalny duet niedoszłych prezydentów. Nie wszyscy kandydaci na prezydenta wypadli tak dobrze w wyścigu do rady miasta. O wynikach Jacka Jaśkowiaka, Doroty Bonk-Hammermeister i Tomasza Lewandowskiego już pisałem. Tadeusz Zysk i Jarosław Pucek do rady miasta nie startowali.

Kiepsko poszło natomiast Przemysławowi Hincowi i Wojciechowi Bratkowskiemu. Jako kandydaci na radnych zgarnęli odpowiednio 867 i 718 głosów.

Anna Wachowska-Kucharska zawsze stawia na złą listę. Jeśli największym pechowcem tych wyborów jest Tomasz Wierzbicki, to największym pechowcem poznańskich wyborów w całej ostatniej dekadzie jest Anna Wachowska-Kucharska. No zobaczcie sami:

Wybory 2010. Z listy komitetu My-Poznaniacy AWK dostaje 1054 głosy (4,1 proc. wszystkich głosów z całego okręgu) i nie wchodzi do rady.

Wybory 2014. Z listy własnego komitetu AWK dostaje 1125 głosów (4,7 proc. wszystkich głosów z całego okręgu) i nie wchodzi do rady.

Wybory 2018. Z listy komitetu Lewica AWK dostaje 2464 głosów (to już 5,4 proc. wszystkich głosów z okręgu!) i nie wchodzi do rady.


Jasny gwint… To już chyba jakieś fatum. Zdaje się, że nawet gdyby AWK była „jedynką” na liście Koalicji Obywatelskiej, albo - jeszcze lepiej - na krajowej liście Viktora Orbana w wyborach do węgierskiego parlamentu, to i tak ta lista nie zdobyłaby żadnego mandatu.

Farciarze z Koalicji Obywatelskiej. Tomasz Stachowiak, Grzegorz Jura i wspomniany już na początku Filip Olszak. To oni prawdopodobnie wskoczą do rady miasta, przejmując mandat po prezydencie Jacku Jaśkowiaku i jego zastępcach, jako kolejni z listy z największą liczbą głosów.

Tak więc za Jaśkowiaka do rady miasta wskoczy Stachowiak, za Mariusza Wiśniewskiego wskoczy Grzegorz Jura (notabene – dokładnie tak samo było cztery lata temu), a za Katarzynę Kierzek-Koperską wskoczy Filip Olszak.

Jest jeszcze możliwość, że do ekipy Jacka Jaśkowiaka jako wiceprezydent ponownie dołączy Tomasz Lewandowski, choć według najnowszych doniesień to nic pewnego. Jeśli tak się stanie – w radzie miasta zastąpi go Henryk Kania. To także byłaby powtórka identycznej sytuacji z 2016 r.

Seweryn Lipoński / 24 października 2018