www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Wybory 2018. PODSUMOWANIE 12 WYWIADÓW. Kabaret Zyska, Jaśkowiak nie odpowiada na pytania, a po Pucku wszystko spływa

18 września 2018

Wybory 2018. PODSUMOWANIE 12 WYWIADÓW. Kabaret Zyska, Jaśkowiak nie odpowiada na pytania, a po Pucku wszystko spływa

Wybory 2018 - Poznań - WTK - Głos Wielkopolski - wywiady - kandydaci - prezydent Poznania

To był prawdziwy maraton wywiadów. Kandydaci na prezydenta Poznania przez tydzień z kawałkiem zaprezentowali się w całej serii rozmów w WTK i w „Głosie Wielkopolskim”. Jak wypadli? Zapraszam na obszerne podsumowanie.

Jeśli już trzymamy się porównań sportowych, to był to swoisty tour, przy którym nawet wyczerpujący turniej Raw Air w skokach narciarskich to pikuś. Dziewięć dni. I 12 rozmów – po sześć w WTK i w „Głosie”.

Zdaje się, że wszyscy kandydaci dotarli do mety, z tym że… Wróć! Nie wszyscy. Włodzimierz Nowak zdążył zaprezentować się czytelnikom „Głosu”, ale w poniedziałek wieczorem już nie dotarł do naszego studia, nie dotarł też – jak się okazało – do komisji wyborczej z listami do rady miasta.

I w efekcie Włodzimierz Nowak odpada z prezydenckiego wyścigu. Kandydatem na prezydenta może być bowiem tylko ktoś, kto zarejestrował listy kandydatów na radnych przynajmniej w połowie okręgów (w przypadku Poznania – w trzech).

A jak się trzyma po tym maratonie pozostała szóstka? Każdy zameldował się na mecie mniej lub bardziej poobijany. Teraz pora na werdykt. Jeśli nie chce Wam się czytać przydługiej całości, to proponuję od razu przeskoczyć do kandydata, który Was interesuje:

DOROTA BONK-HAMMERMEISTER (Koalicja Prawo do Miasta)
JACEK JAŚKOWIAK (Koalicja Obywatelska)
TOMASZ LEWANDOWSKI (Lewica)
JAROSŁAW PUCEK (Dobro Miasta)
TADEUSZ ZYSK (Prawo i Sprawiedliwość)
WŁODZIMIERZ NOWAK (Poznań Odnowa)
WOJCIECH BRATKOWSKI (Poznań od Nowa Inicjatywa Społeczna)

Uprzedzam – miło nie będzie. Jak zresztą w żadnym wpisie na Poznań Spoza Kamery. Jako dziennikarze nie jesteśmy od tego, żeby komukolwiek słodzić i mówić, jak fajnie wypadł. Jeśli już, to od tego są rodzina i znajomi (no bo przecież nie sztabowcy – akurat oni też powinni wskazać kandydatowi, co robi źle).

Jesteśmy od tego, by tych wszystkich wywiadów i wywodów kandydatów dokładnie słuchać, wytykać nieścisłości i różne bzdury. Już na żywo na samej antenie – co robili Darek Milejczak i spółka – lub po zakończeniu wywiadu np. właśnie tutaj.

Oczywiście to, że ktoś wypadł nieźle, albo dla odmiany beznadziejnie, jeszcze o niczym nie świadczy. Kampania potrwa jeszcze miesiąc. Dyskusji i wywiadów będzie całe mnóstwo. Jednak te rozmowy, które już za nami, mówią co nieco o tym, jak medialnie radzą sobie poszczególni kandydaci.

DOROTA BONK-HAMMERMEISTER

Po niedawnej dyskusji w TVP Poznań pisałem, że Dorota Bonk-Hammermeister jest wręcz zbyt spokojna i za grzeczna, bo nie wtrąci się, nie przerwie, nie uderzy pięścią w stół.

Tak samo zaprezentowała się w studiu WTK. Tyle że to, co w debacie było jej słabością, podczas wywiadu stało się sporym atutem.



Jeśli miałbym wskazać, kto z kandydatów był najbardziej merytoryczny, opanowany i najmniej dał się wyprowadzić z równowagi pytaniami – to wskazałbym właśnie na DBH.

To wyglądało jak odpytywanie klasowej prymuski przy tablicy. Wiadomo, że będzie z tego piątka, a na koniec roku wysoka średnia i nagroda dyrektora. Ale to wcale nie oznacza, że tak samo będzie wymiatać np. na zawodach sportowych, ani że będzie duszą towarzystwa na szkolnej imprezie.

Kandydatka koalicji Prawo do Miasta ma bowiem jasno sprecyzowaną grupę docelową. I to do niej mówiła.

Słyszeliśmy więc o stawianiu na komunikację miejską i rowery, o zieleni, o czystym powietrzu. Żadnego lawirowania czy np. prób pozyskania głosów ludzi jeżdżących zawsze i wszędzie autem.

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z DOROTĄ BONK-HAMMERMEISTER W GŁOSIE WIELKOPOLSKIM

Mam jednak wrażenie, że Dorota Bonk-Hammermeister ma w tej kampanii jeden bardzo duży problem, i ten problem nazywa się Maciej Wudarski.

Koalicja Prawo do Miasta przyjęła narrację, że prezydent Jacek Jaśkowiak częściowo zawiódł nadzieje ruchów miejskich, co DBH wyraźnie zaznaczyła w rozmowie z „Głosem”:

Nie jestem fanką Jacka Jaśkowiaka, ale nie oceniam wszystkiego negatywnie. Poznań w ostatnich latach ruszył do przodu, ale zmiany są zbyt wolne i niekonsekwentne

Dorota Bonk Hammermeister / źródło: Głos Wielkopolski



No i... kicha! Jak już DBH wskazuje, co konkretnie społecznicy zrobiliby lepiej, to wychodzi, że to niemal wyłącznie sprawy nadzorowane przez… ich człowieka Macieja Wudarskiego.

Konsekwentne uspokajanie ruchu? Wiceprezydent Wudarski. Budowa nowych tras tramwajowych? Wudarski. Drogi rowerowe? Wudarski. Czystsze powietrze w mieście? No, to wydział ochrony środowiska, nadzoruje go Wudarski. Więcej zieleni w mieście? Tak, to też Wudarski.

Zapytana wprost o ten dziwaczny paradoks, DBH bąknęła tylko, że Maciej Wudarski był tylko zastępcą Jacka Jaśkowiaka. I że „pewne kierunki wyznacza prezydent, pewne ograniczenia też”.

Jeśli faktycznie niedobry Jacek Jaśkowiak blokował świetne pomysły genialnego Macieja Wudarskiego, to pozostaje zapytać, dlaczego ten drugi wytrwał na stanowisku cztery lata i nie podał się do dymisji.

Można wręcz zapytać, co Wudarski w ogóle robił w tej ekipie, skoro – jak stwierdziła DBH w „Głosie” - ruchy miejskie poparły Jaśkowiaka tylko dlatego, że „nie było innej alternatywy”.

Tak generalnie DBH mówiąc o transporcie wyglądała tak, jakby czuła się niezbyt komfortowo w tym temacie, i najchętniej uciekłaby do innych kwestii.

Kiedy zaczęła mówić o edukacji – zabrzmiało to już znacznie bardziej przekonująco. Jej atutem jest to, że ma dwie córki w tym wieku, wie co się dzieje w szkołach, czego nie można powiedzieć np. o Jacku Jaśkowiaku czy o Tadeuszu Zysku.

Z jednej strony temat oświaty jest bardzo na czasie. Dzięki temu DBH może na tym sporo zyskać. Z drugiej strony – jej propozycje w kontekście reformy minister Anny Zalewskiej leżą jednak na jakimś totalnym marginesie.

Zdaje się, że od 1 września największą bolączką uczniów i ich rodziców jest nauka na dwie zmiany, po 9-10 lekcji dziennie, w przepełnionych szkołach i z przeładowanym programem. A nie hałas na szkolnych korytarzach.

Jeśli nawet DBH zostałaby prezydentem Poznania, to akurat tych problemów nie rozwiąże, choćby bardzo chciała. Tu decydujący głos ma minister edukacji.

Tak samo populistycznie brzmią apele Prawa do Miasta o zmiany na dworcu. Prezydent Poznania nie ma tam nic do gadania. Jacek Jaśkowiak też twierdził, że miasto może o to zabiegać, że spotka się z prezesem PKP itd., terefere. Dziś pewnie nie powtórzyłby tych słów.

Aha! Oczywiście nie zabrakło do DBH pytań o podziały wśród ruchów miejskich. Znów usłyszeliśmy, że nic takiego się nie dzieje, Joanna Jaśkowiak „poszła inną drogą”, nie zabrakło też szpili wbitej Włodzimierzowi Nowakowi.

Jednak najciekawsze było, gdy DBH w „Głosie” próbowała przekonywać, że żadnych podziałów nie było też… cztery lata temu!

Jeśli mówi pan o komitecie Anny Wachowskiej-Kucharskiej, to od początku było wiadomo, że z nami nie pójdzie, więc żadnego podziału nie było.

To teraz przypomnijmy, co o tej samej sprawie mówił Lech Mergler, wiceszef Prawa do Miasta, rok po tamtych wyborach:

Anna miała swoje odrębne cele – zaistnieć w wyborczej debacie. Musiała zatem kandydować na prezydenta. Kiedy więc już wybraliśmy Macieja [Wudarskiego] jako naszego kandydata – wspólny start stał się nierealny. Ale do końca próbowaliśmy się porozumieć.

Tacy to szczerzy i prostolinijni są przedstawiciele ruchów miejskich. Komu tu wierzyć? Przeciętny wyborca może po prostu uznać, że nikomu.

JACEK JAŚKOWIAK

Prezydent Jacek Jaśkowiak przyzwyczaił już, że w wywiadach zawsze palnie coś, co mu bardziej zaszkodzi niż pomoże. Tym razem w rozmowie z „Głosem” było inaczej.

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z JACKIEM JAŚKOWIAKIEM W GŁOSIE WIELKOPOLSKIM

Albo Jaśkowiak bardzo się pilnował, albo wywiad przeszedł jakąś mega wnikliwą autoryzację, bo był… po prostu nudny. Prezydent nie powiedział nic nowego ani kontrowersyjnego. To chyba pierwsza taka sytuacja odkąd objął stanowisko.

Ciekawiej było w WTK. Ta rozmowa była dla odmiany dość irytująca, bo prezydent najwyraźniej postanowił, że na zadawane pytania będzie odpowiadał nie na temat.



Czy faktycznie wywodzi się z ruchów miejskich?
- To dzięki naszym wspólnym działaniom ruchy miejskie miały możliwość realizacji swoich postulatów.

Ale co robił, i czy w ogóle coś, w ruchach miejskich poza kandydowaniem na prezydenta w wyborach 2010 – tego się nie dowiedzieliśmy. Mimo że prowadzący mocno o to dopytywał.

Czy równolegle z mostem Lecha trzeba będzie zamknąć i przebudować most Chrobrego?
- Ja mogę obiecać poznaniakom tylko to, że będziemy dbali o bezpieczeństwo i realizować dalej ten front inwestycyjny.

Czyli jest problem z mostem Chrobrego?
- O wszystko trzeba dbać. Jeżeli remontujemy tak ważne obszary, jak Górny Taras Rataj...

Dlaczego Jaśkowiak nie zrealizował obietnic transportowych ze swojego programu wyborczego?
- Myśmy w tym czasie zrealizowali inwestycje [inne – przyp. SL] za 2 mld zł!

Ale dlaczego nie zrealizował tych obietnic z programu – wciąż nie wiemy. A nie, przepraszam, wiemy! Znowu mieliśmy zwalanie winy na poprzedników.

Proponując nowe inwestycje – należy wyciągnąć wnioski z przeszłości. To, co zastał śp. prezes [Paweł] Śledziejowski w spółce Poznańskie Inwestycje Miejskie, stan tych inwestycji, ich przygotowania, to wszystko, co gnębiło poznaniaków...

Prezydent Jacek Jaśkowiak / źródło: Otwarta Antena WTK



Prezydent zapomniał jednak dodać, że zanim Śledziejowski przejął stery, przez kilka miesięcy spółką „kierowała” Katarzyna Górecka. Wybrana już przez Jaśkowiaka. „Kierowała” w cudzysłowie – bo nie potrafiła nawet poinformować o stanie Kaponiery czy innych inwestycji i szybko wyleciała z roboty.

Zresztą w ogóle okazuje się, że za niezrealizowane obietnice Jacka Jaśkowiaka i różne wtopy jego ekipy odpowiadają wszyscy dookoła, tylko nie on sam. Zamiast 4 tys. mieszkań będzie tylko 1 tys. - bo poprzednicy źle przygotowali inwestycje i zostawili mieszkaniówkę w fatalnym stanie. Przedłużenie ul. Św. Wawrzyńca dopiero ruszy, bo trzeba było negocjować z firmą, która dorzuci się do inwestycji.

Prezydent stwierdził też w „Głosie”, że wcale nie antagonizuje kierowców z rowerzystami czy magistratu z Kościołem, tylko „to opozycja i media starają się narzucić taką narrację”.

Poza tym było jeszcze, jak zwykle w rozmowach z Jackiem Jaśkowiakiem, trochę innych kwiatków.

Prezydent nie chciał przyznać, że to Rafał Grupiński wywalił Tomasza Lipińskiego z list wyborczych (choć sam Grupiński to przyznał!), więc poszedł w inne tłumaczenie:

Uważam, że rada miasta potrzebuje wymiany osób, które zasiadają tam przez bardzo wiele lat.

Ha, ha, ha! Podkreślmy, że Tomasz Lipiński w radzie miasta zasiada od dwóch kadencji, czyli od ośmiu lat. Załóżmy odważnie, że osiem lat wyczerpuje definicję określenia „bardzo wiele lat”, więc...

Konsekwentnie Jacek Jaśkowiak powinien podziękować również np. Łukaszowi Mikule, Dominice Król (radni także od 2010 r.), już nie wspominając o takim dinozaurze jak szef klubu radnych Marek Sternalski (radny od 2006 r.)!

Jakoś nie słyszeliśmy, by Jaśkowiak postulował, aby i ich zabrakło na listach Koalicji Obywatelskiej.

Prezydent nie potrafił też odpowiedzieć na pytanie widza, kiedy Poznań uzyskał prawa miejskie, co raczej nie przysporzy mu wyborców wśród przywiązanych do historii i tradycji. Zwłaszcza w kontekście jego pamiętnej wpadki z rocznicą powstania wielkopolskiego. To akurat woda na młyn dla Tadeusza Zyska.

Jest tematem na osobną dyskusję, czy prezydent musi takie rzeczy pamiętać (moim zdaniem fajnie by było, ale jeszcze fajniej, jeśli zna ceny biletów komunikacji miejskiej, a tego też Jaśkowiakowi zdarzało się nie wiedzieć).

Jednak uderzyło mnie, że Jaśkowiak zamiast po prostu powiedzieć „nie wiem”, „nie pamiętam”, próbował udawać, że pamięta. Dlatego palnął, że niedawno mieliśmy 750-lecie (no rzeczywiście... w 2003 r.), po czym stwierdził, że „wolałby precyzyjnie nie odpowiadać”.

Jeśli prezydent nawet w tak oczywistej sytuacji woli lawirować, niż się do czegoś przyznać, to nie można z ufnością podchodzić do żadnych wypowiadanych przez niego słów.

Pod koniec Jacek Jaśkowiak wygłosił swoiste expose, co chciałby zrealizować w drugiej kadencji, i to akurat wyszło mu bardzo dobrze. Przemówienie brzmiało naprawdę przekonująco.

Przekonująco, jeśli ktoś przypadkiem nie słuchał wystąpień Jaśkowiaka podczas debat przed wyborami 2014, bo wówczas mówił to samo. Po prostu mnóstwa z tych rzeczy nie udało mu się zrealizować. Albo udało się na razie tylko częściowo.

TOMASZ LEWANDOWSKI

Tak właściwie Tomasz Lewandowski jest w najtrudniejszej sytuacji, jeśli chodzi o recenzowanie rządów Jacka Jaśkowiaka. Tak się bowiem składa, że nie tylko lewica współrządziła, ale też sam Lewandowski – w przeciwieństwie do DBH – był w tej ekipie jedną z najważniejszych osób.

Nic dziwnego, że zamiast krytykować własnego szefa, chętnie przyjmuje jego retorykę.



Jeśliby wierzyć Tomaszowi Lewandowskiemu na słowo, to trzeba by uznać, że postawiłby z 50 tys. mieszkań, wywóz śmieci byłby za symboliczną złotówkę, a nawet najuboższym poznaniakom żyłoby się szczęśliwiej niż w Danii czy w Norwegii… gdyby nie poprzednicy i ich ludzie w urzędzie.

Nie byliśmy przygotowani na zderzenie z całą machiną urzędniczą. (…) Trudno byłoby zmienić mentalność osób, które zajmowały kierownicze stanowiska i oczekiwać, że z dnia na dzień zmienią priorytety

Tomasz Lewandowski / źródło: Otwarta Antena WTK



Padło też nieśmiertelne wytłumaczenie, że może ten 1 tys. mieszkań to nie obiecane 3-4 tys., ale „to i tak więcej mieszkań niż budowało się za Ryszarda Grobelnego”. Z rozbrajającą szczerością Tomasz Lewandowski przyznaje też, że „tych ludzi [w ZKZL-u] wymieniliśmy o wiele za mało”.

Za to ci nowi, których zatrudniono, to już oczywiście nie jest żaden „dwór Lewandowskiego”. Takie porównania wiceprezydenta wręcz irytują. Przekonuje, że po prostu „otacza się ludźmi, do których kompetencji ma zaufanie”, tak jak każdy inny zrobiłby na jego miejscu.

Rzecz w tym, że Grobelny, Kruszyński, Pucek i spółka też otaczali się – w swoim mniemaniu – zaufanymi ludźmi, którzy najczęściej po prostu realizowali zupełnie inną politykę, niż życzyłaby sobie lewica. I wówczas Tomasz Lewandowski bez ogródek mówił o „dworze Grobelnego”.

Dobra, dwór dworem, ale przecież nie o tym była cała dyskusja z liderem poznańskiej lewicy.

Podczas inauguracji kampanii Tomasz Lewandowski podkreślał swoje doświadczenie w samorządzie. Podkreślmy, że to również doświadczenie medialne, co widać było na antenie. To właśnie Lewandowski i Pucek najsprawniej radzą sobie przed kamerą.

Kandydat Lewicy potrafił też skutecznie „sprzedać” w dyskusji swoje kluczowe postulaty. Sprytnie przeszedł od pytania o konkursy na stanowiska w urzędzie (notabene już nie uważa, jak cztery lata temu, że konkursy są konieczne zawsze i wszędzie) do sprawy niskich płac w magistracie.

Tak samo kiedy widz zapytał go, jak poprawić czystość w mieście, Tomasz Lewandowski nawiązał do swojego pomysłu na zachęcanie prywatnych firm do podwyżek płac w zamian za bonusy w miejskich przetargach.

To jednak brzmi jak Jacek Jaśkowiak przekonujący w poprzedniej kampanii, że zdoła się dogadać z Apsysem w sprawie rozbudowy ul. Milczańskiej. Tak się potem dogadał, że szeroka ul. Milczańska i tak powstała, a prezydent wyżebrał u Francuzów 700 tys. zł „rekompensaty” dla mieszkańców.

Cały czas Tomasz Lewandowski gadał też w tych wywiadach w WTK i w „Głosie” o Manchesterze. To trochę ryzykowne, biorąc pod uwagę, że chyba wielu ludziom Manchester kojarzy się z klubami piłkarskimi, a akurat Lewandowski przekonuje, że sport w mieście to nie tylko piłka nożna.

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z TOMASZEM LEWANDOWSKIM W GŁOSIE WIELKOPOLSKIM

Kandydat Lewicy zdążył się już zresztą ośmieszyć w tej kampanii, jako wiceprezydent od sportu pomylił Kocioł z Żyletą, czyli mniej więcej tak jakby Maciej Wudarski pomylił Solarisa z Pesą.

Inna sprawa, że Tomasz Lewandowski i bez tego chyba niespecjalnie mógłby liczyć na głosy ekipy z ul. Bułgarskiej. Aaa… i jeszcze jedno.

Dotąd nie posądzałem Tomasza Lewandowskiego o myślenie kategoriami spisku, tymczasem w obu wywiadach pozwolił sobie na tego rodzaju wywody:

- najpierw w „Głosie” zasugerował, że cała sprawa z firmą Orbsay Solutions, czyli miejskimi zleceniami dla znajomego, to jakaś zemsta w reakcji na to, że lewica zdołała utworzyć wspólny komitet,

- z kolei w WTK przekonywał, że Poznań nie dostaje kasy na halę lekkoatletyczną wyłącznie dlatego, że miastem rządzi prezydent z Platformy.

Spisek, spisek, spisek. Jezu, dobrze, że „Głos” nie zapytał go – jak Jarosława Pucka – o katastrofę smoleńską, bo kto wie, co byśmy tam jeszcze z ust Lewandowskiego usłyszeli.

Tak w ogóle to Tomasz Lewandowski stwierdził na koniec rozmowy, że poznański komitet Lewicy „to nie jest komitet partyjny”. Taaa, z SLD, Partią Razem, Zielonymi i kandydatem na prezydenta, który niemal pół życia spędził w Sojuszu. Choć trzeba docenić, że jako jedyni w kraju na lewicy potrafili się wszyscy dogadać.

JAROSŁAW PUCEK

Wywiady pokazały jasno, że Jarosław Pucek w tej kampanii po pierwsze będzie się kreował na kogoś, kto „mówi jak jest”, a po drugie - kompletnie spływają po nim wszystkie niewygodne sprawy.



Zacznijmy od tego drugiego.

To Pucek urządził osiedle kontenerów dla tzw. trudnych lokatorów? Tak, to on, ale przecież było tam tylko 10 osób, a wszyscy ich wcześniejsi sąsiedzi byli dzięki temu osiedlu o wiele szczęśliwsi.

Były prezydent Ryszard Grobelny wspiera Pucka w kampanii? No wspiera, ale kandydatem jest Jarosław Pucek, a znajomych i przyjaciół nie będzie się wstydził ani chował ich do szafy.

Czy jako prezydent nie będzie uległy np. wobec Kościoła czy wobec kibiców? „Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć”. Tak, Pucek jest kibicem Lecha, praktykującym katolikiem, a jeśli to komuś przeszkadza, to już jego problem.

Jakub Pyżalski jest jego klientem? Ależ skąd, nie on, tylko jego firma Family House. Poza tym Pyżalski i jego kłopoty z prawem to było dawno i nieprawda, a zresztą Pucek przecież „nie prowadzi kroniki towarzyskiej i karnej” swoich zleceniodawców.

To wszystko dla części wyborców z pewnością brzmi wręcz arogancko. Ale dla wielu innych – zwłaszcza tych o prawicowych przekonaniach - zapewne całkiem atrakcyjnie. Przychodzi twardy, pewny siebie gość, ma gdzieś jakieś niewygodne pytania, po prostu robi swoje i prowadzi kampanię.

Jeśli tak dalej pójdzie - to około 21 października Jarosław Pucek będzie miał na szeroko pojętej lewicy elektorat negatywny jeszcze większy niż kandydat PiS-u. Tyle że chyba niespecjalnie się tym przejmuje.

Trudno się dziwić, bo Jarosław Pucek celuje raczej w lukę, jak zrobiła się pomiędzy Jackiem Jaśkowiakiem a właśnie Tadeuszem Zyskiem. To raczej – nazwijmy to – centroprawica. To do nich puszcza oko, podkreślając (dwa razy!) w WTK, jak ważna jest dla niego rodzina.

Trzeba przyznać, że mówienie wszem i wobec, że nie będzie się ścigał na odjechane obietnice wyborcze, to dość odważna decyzja. Jako jeden z dwóch - jeszcze obok Wojciecha Bratkowskiego - Pucek nie obiecuje rychłego zbudowania nowych tras tramwajowych. Nie zamierza też budować tysięcy mieszkań komunalnych.

Zadziwia Jarosław Pucek, mówiąc o transporcie, o stawianiu na komunikację miejską i budowie dróg rowerowych. Musi sobie zdawać, jakie to ryzykowne w kontekście tego, jaką politykę transportową prowadził prezydent Grobelny, choćby w końcówce swoich rządów.

(Znowu ten Grobelny... no ale jak tu uniknąć tego tematu, skoro Pucek w „Głosie” przyznał wręcz, że to właśnie były prezydent de facto namówił go do rozważenia startu?)

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z JAROSŁAWEM PUCKIEM W GŁOSIE WIELKOPOLSKIM

Tak w ogóle z każdym kolejnym wystąpieniem medialnym Pucka mam coraz większe wrażenie, że to taka poznańska wersja Patryka Jakiego. Jest strasznie pewny siebie, zaczepny, momentami wręcz bezczelny. Jedzie po konkurentach ile wlezie. Strzela ostrymi zarzutami niczym z karabinu maszynowego. Do tego próbuje roztaczać wokół siebie aurę „co złego, to nie ja”.

To wszystko może na swój sposób imponować. Zwłaszcza młodszym wyborcom. Jednak gdy się na spokojnie przyjrzeć temu, co Jarosław Pucek mówi, to raz po raz można znaleźć strzały mocno przestrzelone.

Prosty przykład z wywiadu w WTK. Były szef ZKZL stwierdził, że przez ostrą antyrządową retorykę Jacka Jaśkowiaka miasta nie ma na liście inwestycji dofinansowanych przez PKP Polskie Linie Kolejowe, jeśli chodzi o budowę wiaduktów.

Jak jest naprawdę? Przecież PKP PLK sama informowała ostatnio o zaplanowanej budowie takich obiektów na ul. Lutyckiej i Golęcińskiej. Kolej dorzuci miastu na te inwestycje 14 mln zł.

Oczywiście przy okazji wyszło na jaw, że tych inwestycji mogło być jeszcze więcej, tylko miasto wycofało się z kilku kolejnych. Jednak zarzut, że Poznania w ogóle nie ma na liście dofinansowanej z PKP PLK, jest chybiony.

Prawdopodobnie Jarosław Pucek wie, że mało który z wyborców będzie tak szczegółowo analizował jego wypowiedzi. Dlatego strzela momentami na oślep. Którymś z pocisków Jaśkowiak i tak oberwie.

Aha! Nie można nie wspomnieć o końcowym przemówieniu Pucka. Pierwsza klasa. Takie w amerykańskim stylu, prosto do wyborców, niczym John F. Kennedy, czy – toutes proportions gardees – niczym Jacek Jaśkowiak przed czterema laty w Meskalinie (z tą różnicą, że tam nie było zbyt wielu wyborców, którzy mogliby to widzieć).

TADEUSZ ZYSK

Zaraz po dyskusji w „Lustrach” w TVP Poznań kpiłem, że Tadeusz Zysk chyba nie dojechał do studia, tak był niewidoczny.

Tym razem Zysk do studia dotarł. Jak już zaczął mówić, to okazało się, że trudno to przeoczyć… choć niekoniecznie z korzyścią dla niego samego.



Już po jego rozmowie z „Głosem”, opublikowanej w czwartek, było wiadomo, że będzie wesoło. Kandydat PiS na prezydenta Poznania stwierdził tam m.in., że tramwaje jeżdżą puste, bo mało kto chce do nich wsiadać, a pieniądze na drogie inwestycje się znajdą, bo „przecież mieszkańcy płacą podatki”.

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z TADEUSZEM ZYSKIEM W GŁOSIE WIELKOPOLSKIM

Rozmowa w WTK zaczęła się jednak od spraw krajowych. To dla Tadeusza Zyska bardzo niewygodny temat, zresztą szybko podkreślił, że jest bezpartyjny. I zaczął dociekać, czy ma jakieś znaczenie jego opinia np. o zmianach w Sądzie Najwyższym czy Trybunale Konstytucyjnym, skoro on chce być po prostu prezydentem Poznania. No niestety ma.

Tu nawet nie zdążyło dojść do żadnego knock-downu. Tadeusz Zysk nie wszedł jeszcze na dobre na ring, a już przy tym wychodzeniu sam zaplątał się w liny, i spektakularnie się wyrżnął jeszcze przed pierwszym gongiem.

Na pytanie, czy rządzący, w tym prezydent Andrzej Duda, łamią konstytucję, Zysk odparł, że tak właściwie „konstytucję łamią wszyscy”, dodając później, że „prawo łamał też poprzedni rząd”. Czyli, jak rozumiem, ten obecny łamie również.

Prowadzący rozmowę Darek Milejczak przytoczył konkretne sprawy, w których prezydent Duda jest oskarżany o łamanie konstytucji, i zapytał, czy zdaniem Zyska faktycznie tak było.

Kandydat PiS zaczął lawirować, że nie jest prawnikiem, nie zna się, ale w końcu stwierdził, że jego zdaniem „w większości przypadków” łamania konstytucji nie było. Czyli w niektórych jednak było.

No, no, no. Jeśli Tadeusz Dziuba to oglądał – pewnie nie był zachwycony. Poseł Bartłomiej Wróblewski pewnie kipiał ze złości, że to nie on siedzi w studiu, bo z jego zdolnościami kluczenia – zwłaszcza w tych tematach – poradziłby sobie nieporównanie lepiej.

Tak naprawdę Tadeusz Zysk powinien się cieszyć, że w Warszawie w kablówce nie ma WTK, i że z pewnością nie oglądał tego prezes Jarosław Kaczyński.

Kiedy rozmowa skupiła się już na poznańskich sprawach – Zysk trochę odzyskał rezon. Zaczął jednak mówić o premetrze, przez co szybko wjechał temat tych nieszczęsnych tramwajów.

Kandydat PiS nie tylko potwierdził, że jego zdaniem jeżdżą puste, ale też dodał, że „tramwaj wolno jedzie i trudno przewidzieć, kiedy dojedzie”. Dlatego Poznań powinien zbudować premetro.

To nic, że 1,5 mld zł to niemal połowa rocznego budżetu Poznania, przecież w Warszawie to była podobna proporcja i jakoś metro zbudowali.

Podpuszczony przez jedną z dzwoniących telewidzek Zysk zaczął też pomstować na bilety 10-minutowe. Stwierdził też, że jego zdaniem smog bierze się w większości ze spalin samochodowych, a nie z ogrzewania mieszkań nie tym, czym należy.

Jasny gwint!

Już przy kilku okazjach Tadeusz Zysk podkreślał, że dużo czyta, i w ten sposób przychodzą mu do głowy różne pomysły.

Jeśli chodzi o sam Poznań, to mam wrażenie, że Zysk pomylił jednak książki i zamiast takich o Poznaniu sięgnął przez przypadek po jakieś „Przygody Sindbada żeglarza”, czy jakiegoś innego Tomka Sawyera. I zamiast mówić o faktycznych słabościach miasta, których znalazłby bez liku, woli mówić o jakichś wyimaginowanych problemach z zupełnie innych części świata.

Dlatego słyszeliśmy już o nowym placu zabaw w parku przy Warcie, że jest niepotrzebny i dzieci się tam nie bawią (!), teraz Zysk mówi o tramwajach, że mało kto nimi jeździ (!!), i jeszcze dodaje, że „trudno przewidzieć, kiedy dojadą” (!!!).

Poznaniacy dojeżdżający na co dzień do roboty tramwajami i autobusami – w tym i ja – długo zbierali szczęki z podłogi. Sporo szydery przetoczyła się przez Twittera.


Politycy PiS przekonują, że Zysk mówi prawdę, bo poza godzinami szczytu tramwaje bywają puste. Przepraszam, ale tak samo można by stwierdzić, że poza szczytem wiele ulic też jest raczej pustawych, więc najwyraźniej za mało ludzi jeździ samochodami.

Jeśli Tadeusz Zysk tak lubi czytać o mieście, to polecam, by w PiS podsunęli mu plan transportowy aglomeracji poznańskiej z 2014 r. Z bardzo szczegółowych badań wynikało dość jasno, że mniej więcej połowa ludzi jeździ po Poznaniu komunikacją miejską, a połowa samochodem.

Zaraz po tej lekturze Zysk przestałby się dziwić, że na ulicach są korki, a jednocześnie w tramwajach jest pełno pasażerów. To nie żadna „bilokacja”, jak zasugerował, tylko po prostu te proporcje rozkładają się mniej więcej po równo.

Metro w Warszawie? Kandydat PiS zapomniał dodać, że samą pierwszą linię budowano przez 25 lat. Bilety 10-minutowe? Karta PEKA, którą Zysk „sobie wziął”, to nie żaden ekskluzywny rarytas, bo jeździ z nią zdecydowana większość pasażerów i została wprowadzona m.in. właśnie po to, by nikt nie drżał, że przekroczy czas na bilecie.

Dodajmy, że samochody – wbrew twierdzeniom Zyska – odpowiadają za ok. 10 proc. zanieczyszczeń w powietrzu, a większość to jednak efekt ogrzewania mieszkań nie tym, czym trzeba. Tak wynika z raportu Polskiego Alarmu Smogowego.

UPDATE: Zwracam honor. Z informacji Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska wynika, że w samym Poznaniu zanieczyszczenia ze spalin samochodowych to jednak aż 40 proc. To wciąż nie jest większość, ale fakt faktem, że w tej sprawie to akurat ja wykazałem się kompromitującą niewiedzą.

Już nie będę się rozwodził nad tym, że kandydat PiS na prezydenta Poznania obiecał powołanie osobnego wiceprezydenta wyłącznie do spraw seniorów (maksymalnie może być czterech wiceprezydentów – ciekawe ile roboty będą wtedy mieli pozostali trzej?) a Unię Europejską przyrównał do PZPR.

Stwierdził, że „to nieprawda, że Poznań dopłaca do oświaty”, skoro dostaje subwencję z budżetu państwa. Zapomniał jednak dodać, że subwencja pokrywa tylko ok. 2/3 kosztów i resztę jednak musi dorzucić samo miasto.

Zupełnie w tym wszystkim utonęły ciekawe pomysły, jak budowa wiaduktów, kładek nad Wartą czy wreszcie powrót do idei łączenia sił poznańskich uniwersytetów.

Zwróćmy jednak uwagę na telefony widzów. Jeśli nawet założymy, że to była jakaś zorganizowana akcja sympatyków PiS (a takie sugestie szybko się pojawiły), to i tak dowód na to, że tzw. twardy elektorat tej partii zawsze będzie stał murem za swoim kandydatem. Ktokolwiek by nim nie był i czegokolwiek by nie mówił.

To akurat jest bardzo dobra wiadomość dla Tadeusza Zyska. I bardzo zła wiadomość np. dla Jarosława Pucka.

WŁODZIMIERZ NOWAK

Zacznijmy od tego, że Włodzimierz Nowak w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim” oznajmił:

Realny cel na wybory?
- Po pierwsze, wygrać wybory samorządowe i wprowadzić zespół do rady miasta.


Ha, ha, ha, ha, ha!

Myślałem przez niemal cały poniedziałek, że już nic śmieszniejszego wokół kandydatury Włodzimierza Nowaka się nie wydarzy, a jednak.

Zaproszony na wieczór do naszego studia Nowak około dwie godziny przed programem poinformował, że go nie będzie, w dodatku zrobił to… przysyłając wiadomość na Facebooku.



Dzisiaj znamy już oczywiście sytuację trochę lepiej. Wiemy, że nie zdołał zarejestrować list do rady miasta, a to warunek konieczny, by kandydować na prezydenta.

To jednak Włodzimierza Nowaka w żaden sposób nie tłumaczy. Jeśli już doszło do takiej sytuacji, to należało o tym wprost poinformować, zamiast ściemniać, że „jeszcze nie weźmie udziału” w rozmowie (tak nam napisał)…

Zwłaszcza gdy chwilę wcześniej udzielił równie obszernego wywiadu w „Głosie Wielkopolskim”.

ZOBACZ CAŁY WYWIAD Z WŁODZIMIERZEM NOWAKIEM W GŁOSIE WIELKOPOLSKIM

Tak notabene – we wtorek Nowak miał rozesłać oświadczenie. I wyjaśnić mediom, co się właściwie stało, ale tego oświadczenia cały czas się nie doczekaliśmy. Tak samo jak wcześniej konferencji, którą zapowiadał już 2-3 tyg. temu, i na której miał ogłosić swój start.

Tak się nie zachowuje poważny kandydat. Może i lepiej, że Nowaka ostatecznie w tym wyborczym wyścigu zabraknie, bo jeszcze zapomniałby zarezerwować lokal na własny wieczór wyborczy.

A jeśliby go jednak jakimś cudem zarezerwował – to pewnie i tak nie zdołałby sam na ten wieczór dotrzeć.


Totalny chaos. Totalne nieogarnięcie i totalne zamieszanie. Jeśli historia o tym, że Włodzimierz Nowak nie zarejestrował list, bo ktoś z jego sztabu akurat w ostatnim dniu rejestracji (!!!) wywiózł kartki z wymaganymi podpisami poza Poznań

Jeśli ta historia jest prawdziwa, to jest to doskonała puenta tego, co przez tych kilka tygodni działo się wokół hipotetycznej kandydatury Włodzimierza Nowaka.

WOJCIECH BRATKOWSKI

Już mieliśmy w przeszłości paru ludzi, którzy będąc radnymi osiedlowymi postanowili kandydować na prezydenta Poznania, choć zwykle były to jednak postaci odrobinę mniej anonimowe niż on.

Poznaniacy spoza Naramowic mogli kojarzyć Annę Wachowską-Kucharską. Poznaniacy spoza Wildy mogą kojarzyć Dorotę Bonk-Hammermeister. Ha! Już nawet ten Włodzimierz Nowak, w porównaniu z Bratkowskim, byłby jednak bardziej znany i medialny.

Ale rozpoznawalność to oczywiście nie wszystko. Jeśli wziąć pod uwagę, że występ w Otwartej Antenie był dla Bratkowskiego właściwie debiutem w takiej roli, to wypadł całkiem przyzwoicie.



To znaczy, że nie palnął żadnej głupoty, nie dał się złapać na jakiejś kompromitującej niewiedzy. To rzecz jasna zdecydowanie za mało, by porwać tłumy. Po prostu Wojciech Bratkowski nie dał się na dzień dobry sprowadzić do roli jakiegoś ekscentrycznego outsidera wyborów.

Musimy jednak powiedzieć sobie otwarcie, że porwać tłumy, czy choćby większą grupę ludzi, będzie mu piekielnie ciężko. Idzie do wyborów z głównym postulatem… zmiany statutu Poznania.

To oczywiście bardzo szczytna idea. Trzeba jednak od razu postawić pytania:

- ilu poznaniaków w ogóle wie, że jest coś takiego jak statut miasta?

- ilu poznaniaków mniej więcej orientuje się, co jest w tym statucie zapisane obecnie?

- czy Wojciech Bratkowski pamięta, że ok. 65 proc. poznaniaków nawet raz na cztery lata nie chce się ruszyć z chaty, by iść na wybory, a co dopiero angażować się w jakieś szerokie konsultacje na temat statutu miasta?

Kandydat przekonuje, że władze miasta obecnie opracowują zmiany w statucie miasta w zaciszu gabinetów i bez wiedzy mieszkańców. Szkopuł w tym, że to nie do końca prawda. A właściwie – w ogóle nieprawda.

Zmiany w statucie przygotowuje rada miasta, czyli – było nie było – reprezentacja mieszkańców, a robi to na otwartych posiedzeniach komisji. Każdy może tam przyjść. Tyle że tłumów mieszkańców gotowych do dyskusji o statucie miasta jakoś nie widać...

To nie jest też tak, że pomysły na zmiany w statucie są owiane jakąś tajemnicą. Przeciwnie. Pisały o tym gazety, pamiętam również, jak sam jakiś czas temu robiłem cały materiał o różnych propozycjach zwiększenia roli mieszkańców we władzy.



Zresztą w ogóle braki w wiedzy o mieście mogą być poważnym minusem kandydata ze Strzeszyna.

Dziś podczas nagrywania wypowiedzi do materiału, i później także podczas Otwartej Anteny, przekonywał np., że Poznań nie ma szczegółowego planu przyszłych inwestycji transportowych.

Tyle że… jest całkowicie inaczej. Miejscy radni w 2014 r. uchwalili - wspomniany już przy okazji Tadeusza Zyska - plan transportowy aglomeracji poznańskiej. Jasne, znalazło się tam kilka „kwiatków”, np. autorzy przekonywali, że lepszy od trasy tramwajowej na Naramowice będzie tzw. system BRT.

Co dziwnie wpisywało się w tej sprawie w narrację ówczesnych władz miasta.

Jednak po prostu nie da się postawić zarzutu, że ten plan nie jest szczegółowy, ani też – co zasugerował Bratkowski – że badania ruchu były robione po łebkach.

Fakt faktem, że wyniki tych badań mają już pięć lat i nie są najświeższe, ale dane były zbierane na najróżniejsze możliwe sposoby.

Pomiary napełnienia autobusów i tramwajów w różnych dniach i godzinach, pomiary ruchu drogowego, przeprowadzanie ankiet na przystankach, w mieszkaniach, a nawet wśród uczniów w szkołach, do tego ankiety przeprowadzane przez telefon.

Już sam fakt, że przeprowadzenie tych badań i opracowanie planu pochłonęło blisko 2 mln zł, o czymś świadczy. Podsumowanie wyników tych badań miało blisko 200 stron!

A już sugerowanie, że ten plan nie wskazuje konkretnych inwestycji transportowych do zrobienia w kolejnych latach, jest po prostu jakąś herezją. Tak się bowiem składa, że wskazuje nawet konkretne lata, kiedy np. ta czy inna trasa powinna zostać zbudowana.

Mamy więc szybki autobus lub tramwaj na Naramowice do 2020 r., tak samo tramwaj na ul. Ratajczaka, tramwaj na ul. Młyńskiej i Solnej powinien powstać do 2025 r., a przedłużenie trasy do stacji Poznań Junikowo czy tramwaj na os. Kopernika to powinien być horyzont po 2025 r.

Oczywiście inna sprawa, czy ten plan transportowy jest przez władze miasta przestrzegany (bo w wielu punktach nie jest), ale trudno negować samo jego istnienie.

Początkowo nieco irytująca wydała mi się postawa Bratkowskiego, że nie będzie mówił o żadnych konkretach np. w sprawie statutu miasta czy właśnie inwestycji komunikacyjnych, bo o tym już mają zadecydować mieszkańcy i eksperci.

Podczas wizyty w studiu sprecyzował jednak kilka swoich pomysłów. Zatem nie jest tak źle, jak się mogło wydawać. Tak czy inaczej zapowiedzi, że nie będzie składał żadnych spektakularnych obietnic, w przypadku tak mało znanego kandydata mogą sprawić, że mimo wszystko podzieli los Pawła Tanajno.

Nie pamiętacie Pawła Tanajno? No więc właśnie.



Uff, chyba wszystkim przyda się teraz chwila oddechu, także samym kandydatom.

A na przełomie września i października - czyli niespełna miesiąc przed wyborami - zapewne zacznie się już seria prezydenckich debat. Tam też będzie się działo. Śledźcie uważnie!

Seweryn Lipoński / 18 września 2018