www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Zobacz 10 powodów, dlaczego Jacek Jaśkowiak raczej wygra te wybory, i 10 powodów, dla których jednak może przegrać

30 sierpnia 2018

Zobacz 10 powodów, dlaczego Jacek Jaśkowiak raczej wygra te wybory, i 10 powodów, dla których jednak może przegrać

Wybory 2018 - Poznań - Jacek Jaśkowiak - Ryszard Grobelny - Jarosław Pucek - Tadeusz Zysk

Prezydent Jacek Jaśkowiak na razie jest faworytem wyborów w Poznaniu. Ale to nie sondaże i notowania u bukmacherów idą głosować. Zobaczmy, co przemawia za Jaśkowiakiem, a co wskazuje, że gospodarz urzędu przy pl. Kolegiackim jednak może się zmienić.

Przyznam, że trochę się dziwię, gdy słyszę proste porównania w stylu „Grobelny też miał wygrać i przegrał”. To były zupełnie inne okoliczności. Jasne, jest trochę punktów wspólnych (typu podobne sondaże), ale nawet w razie sensacji to nie będzie taka zwykła powtórka z wyborów 2014.

Sytuacja na starcie kampanii wyborczej jest bardziej skomplikowana. Zarówno jeśli chodzi o prezydenta Jacka Jaśkowiaka, jak i jego rywali, spróbujmy to dokładniej przeanalizować.

DLACZEGO JACEK JAŚKOWIAK RACZEJ WYGRA WYBORY?

Sondaże pokazują, że jest wyraźnym faworytem. Oczywiście sondaże nie wygrywają wyborów. Ale po pierwsze, dają jakiś wstępny ogląd nastrojów społecznych przed wyborami, a po drugie – w pewien sposób wpływają też na wyniki.

Prezydent Jacek Jaśkowiak wyraźnie prowadził dotąd w każdym badaniu. Na rok przed wyborami miał 37 proc. w sondażu dla „Gazety Wyborczej” i blisko 35 proc. w sondażu dla „Głosu Wielkopolskiego”. Za każdym razem jego przewaga nad drugim wynosiła aż kilkanaście pkt proc.

Jeszcze wyraźniej jego przewaga zaznaczyła się, gdy zaczął występować jako wspólny kandydat Koalicji Obywatelskiej, czyli PO i Nowoczesnej. Wówczas miał już ponad 40 proc. A w majowym sondażu IBRiS przebił nawet granicę 50 proc.

Jako prezydent jest najbardziej rozpoznawalnym politykiem w mieście. To oczywista oczywistość w przypadku w zasadzie każdego prezydenta, burmistrza czy wójta.

Tak samo w Poznaniu na ulicy, w tramwaju czy podczas różnych zgromadzeń można raz po raz usłyszeć „Jaśkowiak to”, „Jaśkowiak tamto”. Zapewne dla wielu ludzi, obok Schetyny, Tuska i paru innych ogólnopolskich nazwisk, to jedyny lokalny polityk, jakiego znają.

Kiedy przyjdzie co do czego – Jaśkowiak może być dla nich również jedynym znanym nazwiskiem na karcie do głosowania.

Rządzi dopiero od czterech lat (a nie np. od 16 lat). Możliwe, że nie pamiętacie, jak prezydent Ryszard Grobelny wyjaśniał przed czterema laty przyczyny swojej porażki. Zacytujmy więc fragment jego wywiadu dla „Gazety Wyborczej”. Jego zdaniem decydujący był „kamyczek, który ruszył lawinę”:

Myślę, że to była dyskusja o dwukadencyjności. Byłem główną twarzą tych, którzy nie chcieli ograniczeń. Uważam, że nie można wprowadzać dwukadencyjności, bo mieszkańcy, jak chcą, i tak mogą prezydenta wymienić. No i wymienili w Poznaniu

Ryszard Grobelny, wyp. z grudnia 2014 r., źródło: Gazeta Wyborcza Poznań



Z tym, że właśnie to przeważyło, można by polemizować. Ale fakt faktem, że wielu mu wtedy wypominało te 16-letnie rządy. Teraz sytuacja jest zgoła odmienna. Prezydent Jaśkowiak rządzi dopiero jedną kadencję, może wręcz używać tego argumentu, że cztery lata nie wystarczyły mu na wprowadzenie wszystkich zapowiadanych zmian.

I że potrzebuje do tego jeszcze jednej – tym razem już pięcioletniej – kadencji.

Tym razem nie obowiązuje zasada „wszyscy przeciwko prezydentowi”. Zacytujmy jeszcze jeden fragment z prezydenta Grobelnego:

Wszyscy moi kontrkandydaci mieli bardzo spójną kampanię. Był w tej kampanii tylko jeden wyznacznik - atak na mnie. Nie pokazywano żadnego programu pozytywnego

Ryszard Grobelny, wyp. z grudnia 2014 r., źródło: Gazeta Wyborcza Poznań



Taki np. Tomasz Lewandowski zadeklarował już przed I turą, że jeśli sam nie przejdzie do II tury, to gotów jest poprzeć każdego rywala Grobelnego! Ktokolwiek by nim nie był. Tak mocno zależało mu na zmianie przy pl. Kolegiackim. Dość powiedzieć, że politykę Grobelnego przez długi czas najłagodniej oceniał… Jacek Jaśkowiak.

Teraz sam Jaśkowiak jest w innej sytuacji. Na razie ma czworo rywali (jeśli wierzyć różnym pogłoskom – ostatecznie będzie ich sześcioro). Z tego dwoje – Tomasz Lewandowski i Dorota Bonk-Hammermeister – to bardziej jego sprzymierzeńcy niż krytycy.

Z zagorzałych krytyków Jaśkowiaka na razie są Jarosław Pucek i Tadeusz Zysk. Prawdopodobnie ostrym recenzentem Jaśkowiaka będzie też kandydat Kukiz’15 i - być może - kandydat komitetu Poznań Odnowa. Jakby nie patrzeć, jest to dużo mniejsza siła rażenia niż w wyborach 2014, kiedy urzędującego prezydenta krytykowała jak jeden mąż, zawsze i wszędzie, cała szóstka jego rywali.

Kampania jest krótka i trudno się wypromować. Już w jednym tekście zwracałem na to uwagę. Kampania – licząc od początku września – potrwa zaledwie siedem tygodni. Poprzednio było to 11 tygodni.

Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby Jacek Jaśkowiak w 2014 r. miał miesiąc czasu mniej na kampanię, to prawdopodobnie nie wygrałby wyborów. Po prostu nie zdążyłby odpowiednio podbić własnej rozpoznawalności. Ta jeszcze na początku września wynosiła ledwie kilka procent.

Tym razem to rywale Jaśkowiaka muszą się martwić o rozpoznawalność. Ilu poznaniaków kojarzy dziś Tadeusza Zyska, Jarosława Pucka, Tomasza Lewandowskiego czy Dorotę Bonk-Hammermeister? A czasu, by dać się poznać, jest naprawdę niewiele.

Największe wtopy Jacek Jaśkowiak zaliczał 2-3 lata temu. Afery mailowe i mobbingowe w urzędzie, fatalny sposób poszerzenia strefy tempo 30 w centrum miasta, absencja na rocznicy powstania wielkopolskiego czy wreszcie ucieczka prezydenta przed dziennikarzami po korytarzach urzędu przy pl. Kolegiackim



To wszystko – gdyby miało miejsce tuż przed wyborami – mogłoby podkopać Jackowi Jaśkowiakowi nawet najlepsze notowania. Jest tajemnicą poliszynela, że poznańska PO zupełnie poważnie rozważała wówczas wystawienie na wybory 2018 innego kandydata, np. Mariusza Wiśniewskiego.

Ale to już było dawno temu. I mało kto będzie o tym pamiętał przy urnie wyborczej. Jasne, prezydent zalicza raz po raz kolejne mniej lub bardziej spektakularne wpadki, ale raczej uda mu się uniknąć ich kumulacji.

Zupełnie inaczej niż poprzednikowi. Znów ten Grobelny! Zdawało się dwa lata przed wyborami, tuż po Euro 2012, że reelekcję ma praktycznie pewną. Tyle że potem była rozkopana Kaponiera, zamieszanie z PEKĄ, awantura wokół spektaklu Golgota Picnic, kłopoty wokół dworca...

Sprzyja mu partyjny szyld Platformy Obywatelskiej. Co by nie mówić o PO – akurat w Poznaniu to wciąż partia ciesząca się największym poparcie.

Przypomnijmy tylko, że nawet w tak nieudanych wyborach 2015 Platforma zgarnęła w Poznaniu blisko 35 proc. głosów, podczas gdy zwycięski w kraju PiS – tylko 24 proc.

Szyld PO niewątpliwie pomógł Jaśkowiakowi wygrać wyścig o fotel prezydenta Poznania. Zwłaszcza w I turze. Teraz wciąż Jaśkowiak trzyma się szyldu Platformy. A to oznacza, że żaden z jego potencjalnych rywali nie skorzysta z tak dużej „premii” za partyjne barwy.

Spacyfikował potencjalnego rywala z Nowoczesnej. Jak już jesteśmy przy partyjnych szyldach - to takim potencjalnie groźnym rywalem z mocnym partyjnym szyldem mógłby być kandydat Nowoczesnej.

Mógłby być, ale nie będzie, bo Nowoczesna weszła w porozumienie z Platformą. Dlatego Jaśkowiak to ich wspólny kandydat na prezydenta Poznania.



Oczywiście trudno przewidzieć, ile mógłby ugrać kandydat Nowoczesnej i czy miałby w ogóle szanse np. na wejście do II tury, ale świetny wynik w wyborach 2015 (w samym Poznaniu niemal najwyższy w kraju – 15 proc.!) wskazywał, że partia miała tu spory potencjał.

Potwierdził to zresztą sondaż dla „Głosu”, w grudniu 2017 r., w którym Joanna Schmidt uzyskała aż 14,8 proc.

Kontekst ogólnopolski jest wielką bronią Jaśkowiaka. Polityczni rywale Jacka Jaśkowiaka zżymają się, że prezydent zamiast skupić się na rządzeniu miastem, chodzi na demonstracje i ostro krytykuje rządy PiS.

Tyle że… to właśnie jego polityczne paliwo. Przypuszczalnie dla dużej części wyborców Jaśkowiaka (zwolenników Platformy, lewicy, ruchów miejskich, różnych mniejszości) taka postawa wobec kontrowersyjnych działań polityków PiS jest całkowicie zrozumiała i naturalna.

To będzie miało ogromne znaczenie zwłaszcza w II turze – o ile prezydent Jacek Jaśkowiak zmierzy się w niej z kandydatem PiS. To wtedy głosowanie w wyborczej dogrywce, które zwykle jest swoistym referendum „za” lub „przeciw” prezydentowi, dzięki tej retoryce może się zamienić w referendum „za” lub „przeciw” rządom PiS w Poznaniu.

Może przypiąć największym rywalom deprecjonujące etykietki. Prezydent Jaśkowiak – idąc tropem poprzedniego punktu – zapewne będzie się więc starał jak najsilniej powiązać Tadeusza Zyska z rządami partii Jarosława Kaczyńskiego.

A Jarosław Pucek? Jemu prezydent Jaśkowiak zapewne będzie się starał dorobić gębę Ryszarda Grobelnego, a Pucek, jak tu ostatnio wskazywałem, nie będzie mógł tak łatwo od tego uciec.

Takie etykietki mogą sprawić, że krytycy PiS i krytycy Grobelnego mogą wybrać „mniejsze zło” i ostatecznie – choćby zgrzytając zębami – zagłosować na Jacka Jaśkowiaka.



To teraz, dla odmiany, zastanówmy się...

DLACZEGO JACEK JAŚKOWIAK MOŻE PRZEGRAĆ TE WYBORY:

Przegrywali już tacy, co w sondażach mieli więcej, i to sporo. Wystarczy przytoczyć przypadki Bronisława Komorowskiego czy Ryszarda Grobelnego.

Prezydent rządzi od zaledwie czterech lat. Jak już wyżej wskazałem, to może być atut – nikt nie wytknie mu zasiedzenia na stołku – ale i minus. Prezydent Ryszard Grobelny znał miasto jak własną kieszeń. Trudno było go zagiąć, wiedział, ile kosztują bilety komunikacji miejskiej, jaką zabudowę Sołacza proponuje MPU, a jakie są zastrzeżenia do stadionu miejskiego.

Prezydent Jacek Jaśkowiak jeszcze nie zna miasta choćby w połowie tak dobrze. To było doskonale widać na przykładzie ostatniej afery wokół tęczowych chorągiewek na tramwajach – Jaśkowiak kompletnie się w tej sprawie pogubił.



Prezydent najpierw stwierdził w studiu WTK, że zalecił Panu Prezesowi MPK Poznań* przemyślenie strategii, ale gdy chorągiewki z tramwajów znikły… Jaśkowiak oświadczył, że o niczym nie wiedział, a poza tym nie ingeruje w decyzje podlegających mu spółek miejskich.

Kontrkandydaci zapewne będą go łapać na nieznajomości różnych szczegółów. I przekonywać, że „przez cztery lata nie nauczył się miasta”, taką retorykę już przyjął Jarosław Pucek.

To rządzący jest rozliczany z tego, co dzieje się w mieście. Kolejna „oczywista oczywistość”. Tym razem na niekorzyść Jacka Jaśkowiaka.

Prezydent, tak samo jak np. premier, musi w kampanii bronić dotychczasowych działań i się z nich rozliczać. Tak więc Jaśkowiak będzie odpytywany m.in. z kolejek po mieszkania socjalne, z korków wokół mostu Lecha, czy nawet z nierównych chodników i brakujących koszy na śmieci na Wildzie i Łazarzu.

Kandydaci lewicy i Prawa do Miasta mogą nie grać na Jaśkowiaka. To paradoks. Z jednej strony Tomasz Lewandowski i Dorota Bonk-Hammermeister, jak już napisałem, wielkiej krzywdy Jaśkowiakowi raczej nie zrobią…

...ale z drugiej strony mogą mu „podkradać” niektóre sukcesy. Weźmy choćby mieszkaniówkę. Kto w kampanii będzie się chwalił nowymi lokalami komunalnymi na Zawadach czy na Strzeszynie? Z pewnością Tomasz Lewandowski.

Kto będzie podkreślał, że udało się bardziej uspokoić ruch aut w śródmieściu, wyłączyć kłopotliwe dla pieszych światła, tu i ówdzie zrobić coś dla rowerzystów? Z pewnością koalicja Prawo do Miasta.

Jedni i drudzy będą walczyć ostro o wejście do rady miasta. Nie mogą sobie pozwolić, żeby Jacek Jaśkowiak przypisał sobie w 100 proc. rzeczy, za które odpowiadali również ich ludzie.

Prezydent jest potwornie, ale to potwornie niekonsekwentny. Poświęciłem temu cały tekst po aferze z tęczowymi chorągiewkami. Późniejszy wywiad Jacka Jaśkowiaka dla „Wyborczej” tylko to wrażenie pogłębił.

- To moi przeciwnicy polityczni próbują narzucić narrację, że zbyt często zmieniam zdanie, kierując się emocjami – przekonywał prezydent. No sorry, ale tu nie trzeba żadnej narracji, tu wystarczy w miarę na bieżąco śledzić różne wypowiedzi Jaśkowiaka.

Nowa Naramowicka? Ma być jednopasmowa, więc będzie dwupasmowa. Rowery? Prezydent chce na nie stawiać, więc likwiduje stanowisko oficera rowerowego. Fajerwerki na miejskim sylwestrze? Nie straszmy zwierząt, więc po roku przerwy sztuczne ognie powracają. Strefa kibica? Na Euro 2016 nigdy w życiu, na mundialu 2018 – koniecznie.

Prezydent Jacek Jaśkowiak w zastraszającym tempie traci w ten sposób zaufanie i wiarygodność. Już nie wiadomo, czy coś, co mówi w kampanii wyborczej, kilka tygodni po niej nie przestanie być aktualne.

Zraża do siebie nawet naturalnych sprzymierzeńców. To właśnie różne niekonsekwencje i próby przypodobania się różnym grupom wyborców powodują, że Jacek Jaśkowiak szybko traci wiarygodność.

I zarazem tych, którzy cztery lata temu kibicowali mu w starciu z Ryszardem Grobelnym, zraża do siebie niczym Sidney Young w filmie „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”.



To szczególnie nasiliło się w ostatnim roku. Prezydent Jaśkowiak zdążył już wytknąć rowerzystom „roszczeniowe” podejście, ruchy miejskie wyzwać od „radykałów” i porównać do ONR, a ostatnio nabijał się z „facebookowych dyskusji ludzi znających się na wszystkim”.

Jasny gwint, na czyje wsparcie liczy Jaśkowiak przed II turą, jeśli nie właśnie tych środowisk?

Jest mnóstwo niespełnionych obietnic Jacka Jaśkowiaka. Co roku analizuję listę 30 obietnic złożonych przez Jacka Jaśkowiaka przed wyborami 2014.

Jeszcze w zeszłym roku było na niej zaledwie 10 w pełni zrealizowanych obietnic. I wszystko wskazuje, że ta lista jakoś znacząco się nie poszerzy (o ile w ogóle), za to jest na niej sporo zapowiedzi niezrealizowanych czy w ogóle porzuconych.

Rozczarowanie wyborców, którzy liczyli np. na ul. Nową Głogowską, parkingi P&R na obrzeżach miasta, nie mówiąc już o tramwaju na Naramowice, może być spore. I może eksplodować w najmniej spodziewanym momencie kampanii wyborczej.

Prezydent Jaśkowiak ma grupę zagorzałych krytyków. Takiej grupy przez wiele lat nie miał prezydent Ryszard Grobelny i dzięki temu mógł względnie spokojnie wygrywać kolejne wybory.

Prezydent Jaśkowiak takiego grona dorobił się właściwie już na samym początku. Nie znoszą go kibice Lecha Poznań (za krytykę ich samych), konserwatywni katolicy (za krytykę Kościoła), przeciwnicy środowisk LGBT (za udział w marszach równości), jeżdżący tylko samochodami (za uspokajanie ruchu w centrum)…

No, tak generalnie, to po prostu nie znosi go cała szeroko pojęta prawica. Jeśli się zmobilizuje przeciw niemu 21 października i potem 4 listopada – Jacek Jaśkowiak może mieć poważny problem.

Prezydent źle wypada w debatach wyborczych. To było bardzo wyraźnie widać już cztery lata temu, kiedy Jacek Jaśkowiak ostatecznie wybory wygrał, ale akurat w debatach był fatalny.

Szczególnie trudnym przeżyciem musiała być dla niego dyskusja z Ryszardem Grobelnym w WTK przed II turą. Wówczas Jaśkowiak, tak chętnie odwołujący się do bokserskich porównań, mniej więcej po kwadransie po prostu leżał na deskach po paru knock-downach.



Ale i w innych dyskusjach wypadał co najwyżej średnio. Trend przeciw Grobelnemu i inne okoliczności sprawiły, że nie miało to większego znaczenia, ale tym razem może mieć.

Zwłaszcza że tym razem Jaśkowiak nie jest pretendentem. Właśnie w debatach i wywiadach na żywo będzie musiał bronić swoich dokonań. Z pewnością i tak zrobił przez cztery lata postępy – ale np. z Jarosławem Puckiem może mieć w dyskusji mocno pod górkę.

Najsilniejsi rywale nie są dla niego aż tak wygodni. Prezydent może im przykleić wspomniane etykietki, ale prawda jest taka, że zdecydowanie wygodniejszy byłby dla niego inny zestaw.

Z punktu widzenia Jaśkowiaka najlepiej byłoby mu zmierzyć się w wyborach z Bartłomiejem Wróblewskim i z Ryszardem Grobelnym. Tak… to byłby dla „Dżej Dżeja” wymarzony pojedynek.

Pierwszego z miejsca sprowadziłby do roli pionka demolującego państwo prawa zgodnie z wolą Jarosława Kaczyńskiego. Kandydat PiS w Poznaniu już na dzień dobry byłby pozamiatany.

Z kolei z Ryszarda Grobelnego mógłby prezydent Jaśkowiak kpić, że najwyraźniej nie sprawdził się w biznesie, że nie umie nic innego jak tylko być politykiem, i przypominałby, że poznaniacy już mu podziękowali w 2014 r.

Tymczasem Tadeusz Zysk i Jarosław Pucek to kandydaci, którym co prawda można takie etykietki przypiąć, ale to nie wystarczy. Prezydent będzie musiał wymyślić na nich coś jeszcze.

Seweryn Lipoński / 30 sierpnia 2018