Poznań Spoza Kamery » Wybory 2018. Poznańskie ruchy miejskie pokazują karty... na razie jeszcze poza tą najważniejszą

9 lutego 2018

Wybory 2018. Poznańskie ruchy miejskie pokazują karty... na razie jeszcze poza tą najważniejszą

Poznań - wybory 2018 - Prawo do Miasta - Jacek Jaśkowiak - Joanna Jaśkowiak - Ulepsz Poznań - społecznicy

Koalicja Prawo do Miasta rusza do wyborczego wyścigu. Przyciągnęła kilka całkiem znanych w Poznaniu nazwisk z Joanną Jaśkowiak na czele. Społecznicy nie idą do wyborów w kontrze do prezydenta Jaśkowiaka, ale z wyraźnym żalem, że w kwestii ich postulatów często poprzestaje na głośnych deklaracjach.

Już na wstępie trzeba rozczarować tych, którzy liczyli, że na wczorajszej prezentacji miejscy aktywiści wyciągną królika z kapelusza kandydata na prezydenta Poznania.

Nic z tego. Pasek z kandydatami, jaki od paru miesięcy możecie śledzić na Poznań Spoza Kamery na samej górze strony, pozostaje na razie bez zmian.



To oczywiście nie znaczy, że pytanie o kandydata społeczników na prezydenta Poznania w wyborach 2018 w ogóle wczoraj nie padło.

Z tego, co słyszałem (z powodu układu dyżurów musiałem być o godz. 13 już z powrotem w redakcji, więc nie mogłem samemu być na konferencji w Meskalinie), pytanie to padało wręcz wielokrotnie.

A społeczników odpowiadających, że nie są – przynajmniej na razie – tym kandydatem lub kandydatką na prezydenta, przybywało w tempie podobnym jak w zeszłym roku artystów rezygnujących z występu na festiwalu w Opolu.

To mógł być pierwszy rywal Jacka Jaśkowiaka

Społecznicy przespali w ten sposób pewną szansę. Pomyślcie, jaki poszedłby przekaz, gdyby szybciej wybrali swojego kandydata na prezydenta, i już wczoraj go zaprezentowali!

„Pierwszy rywal Jaśkowiaka”, „Rzucają wyzwanie prezydentowi” i inne tego typu tytuły byłyby dzisiaj w gazetach i w internecie.

Bądźmy szczerzy, potencjalni kandydaci ruchów miejskich są na dzień dobry dużo mniej znani poznaniakom, niż sam Jacek Jaśkowiak, poseł Bartłomiej Wróblewski czy choćby lider poznańskiej lewicy Tomasz Lewandowski.

Kandydat ruchów miejskich będzie potrzebował więcej czasu na wypromowanie się. I dla niego (lub dla niej) najlepiej byłoby, gdyby miał taką okazję, zanim jeszcze nastąpi wysyp innych kandydatów.

Tak zrobił np. wspomniany Tomasz Lewandowski przed wyborami 2014. Co prawda przegiął trochę w drugą stronę, bo start ogłosił aż półtora roku przed wyborami i nie za bardzo ten czas wykorzystał na autopromocję (jeszcze dwa miesiące przed wyborami miał rozpoznawalność na poziomie zaledwie 4-5 proc.)...



Ale ostateczny wynik Tomasza Lewandowskiego jak na ówczesną kondycję lewicy i tak był naprawdę niezły – 16,6 proc.

Tymczasem koalicja Prawo do Miasta dopiero zapowiada jakąś dyskusję, w której kandydata wybierze „szerokie grono całego komitetu”... bla, bla, bla... To wszystko oczywiście bardzo pięknie brzmi. Podobnie jak zapowiedź programu na podstawie 15 tez Kongresu Ruchów Miejskich.

Tyle że większość wyborców, nie okłamujmy się, w wyborach 2018 będzie szukać prostych odpowiedzi. Na kogo mogę zagłosować? I co ten ktoś generalnie proponuje?

Poza wąskim gronem sympatyków ruchów miejskich nikt nie będzie wnikał, w jakim trybie ten kandydat został wybrany, ilu ludzi z koalicji Prawo do Miasta go poparło, a ilu nie, itd.

Wygląda na razie na to, że może być podobnie jak w wyborach 2014, kiedy społecznicy ogłosili kandydata na prezydenta Poznania w lipcu, już po tym, gdy start zapowiedzieli Ryszard Grobelny i Tadeusz Dziuba. Zaraz potem dołączył też Jacek Jaśkowiak z PO.

Efekt? Kandydat ruchów miejskich Maciej Wudarski „utonął” wówczas wśród pozostałych nazwisk. Pamiętam, jak w jednym z tekstów o nadchodzących wyborach wyliczałem kandydatów poszczególnych partii i zapomniałem w ogóle wymienić Wudarskiego, o co Prawo do Miasta miało wówczas jak najbardziej uzasadnione pretensje.

Tak naprawdę Wudarski w wyborach nie bardzo przebił się ze swoim przekazem. Zdobył zaledwie 3,5 proc. - wyraźnie mniej niż sam komitet Prawo do Miasta w wyborach do rady miasta. A w świadomości poznaniaków Wudarski zaistniał na dobre dopiero wtedy, kiedy został już wiceprezydentem.

Nazwiska niczym symbole

Dobra, już wystarczy tego marudzenia, pora przejść do konkretów. Społecznicy mimo wszystko trochę ich wczoraj przedstawili.

Poznańskie ruchy miejskie pójdą do wyborów 2018 pod szyldem koalicji Prawo do Miasta. Każdy, kto pamięta poprzednie wybory, może mieć wrażenie swoistego deja vu. Wtedy też społecznicy startowali pod identyczną nazwą.

To akurat duży plus. Znak, że przez kilka lat zdołali sobie wyrobić pewną stałą markę, którą lepiej lub gorzej wyborcy będą kojarzyć. I do której chętnie dołączają kolejne stowarzyszenia i organizacje.

Zresztą trzeba przyznać, że już na wstępie jest to szersza koalicja, niż w wyborach 2014. Wówczas dla Prawa do Miasta głównym partnerem był Przystanek Folwarczna znany z walki o dostęp mieszkańców do pętli na Franowie. Poza tym? Z całym szacunkiem – z politycznego punktu widzenia – plankton typu Inicjatywa Plac Asnyka czy stowarzyszenie Pro Eko Vitae.

Teraz Prawo do Miasta, po pierwsze, obroniło swój stan posiadania. To trzeba podkreślić – bo wśród poznańskich społeczników brak rozłamów przez cztery lata to rzecz nie taka znowu oczywista.

Jest zatem wciąż w szeregach Prawa do Miasta wiceprezydent Maciej Wudarski, szef gabinetu prezydenta Andrzej Białas, radny Tomasz Wierzbicki, przewodniczące ważnych rad osiedli Dorota Bonk-Hammermeister i Aleksandra Sołtysiak-Łuczak. Ta ostatnia, co warto podkreślać, to również – a może wręcz przede wszystkim – znana działaczka organizacji zabiegających o prawa kobiet.

Do tego mamy wśród wstępnych kandydatów koalicji Prawo do Miasta kilka nowych ważnych nazwisk:

Paweł Głogowski, szef stowarzyszenia Ulepsz Poznań, od lat zabiega m.in. o poprawę estetyki w przestrzeni miejskiej, zrównoważony transport i poprawę jakości powietrza.

Paweł Sowa, były szef stowarzyszenia Inwestycje dla Poznania, obecnie wciąż jego działacz. Znany m.in. z walki o zmiany na dworcu PKP, w tym o słynne przejście przez ul. Matyi, i o budowę tramwaju na Naramowice.

Andrzej Janowski, szef stowarzyszenia Rowerowy Poznań, który dał się już poznać dzięki zdecydowanym – momentami wręcz bezkompromisowym – staraniom o poprawę warunków dla rowerzystów i o realizację miejskiego programu budowy dróg rowerowych.

Arkadiusz Kluk, lider Grupy Stonewall, znanej nie tylko z organizacji marszu równości w Poznaniu, ale też m.in. z pomocy niesionej ludziom wykluczonym i dyskryminowanym z powodu orientacji seksualnej.

Te nazwiska na przyszłych listach wyborczych Prawa do Miasta to swego rodzaju symbole. Jeśli nawet nie pójdą za nimi inni działacze wymienionych organizacji, to już sama obecność ich liderów wyznacza profil, jaki w wyborach 2018 będzie miała ta koalicja.

To będzie oferta dla zwolenników poprawy estetyki miasta. Dla mieszkańców, których interesują inwestycje w Poznaniu i zależy im, by było robione z głową. Dla rowerzystów i innych zwolenników uspokajania ruchu samochodowego w śródmieściu.

Dla mniejszości, nie tylko seksualnych, generalnie dla tych, którzy chcą w Poznaniu równości i tolerancji. Można by tak jeszcze długo wymieniać, biorąc pod lupę kolejnych społeczników, którzy znaleźli się w tym porozumieniu.

Hmm... To wszystko brzmi trochę jak program wyborczy Jacka Jaśkowiaka? Bingo. Wygląda na to, że ruchy miejskie pójdą do wyborów nie tyle w kontrze do prezydenta, ile z hasłem, że prezydent mimo deklaracji nie realizuje tych postulatów. I że społecznicy zrobią to lepiej.

Zresztą co tu pisać, wystarczy przytoczyć fragment wyborczego manifestu Prawa do Miasta:

Kierunkowo słuszne próby zmian polityki miejskiej w ostatniej kadencji władz okazują się bardziej deklaratywne niż faktyczne, niekonsekwentne, fragmentaryczne. Tak dalej być nie może, bo traci na tym Poznań i poznaniacy!

Joanna Jaśkowiak też wystartuje

Jak już mówimy o prezydencie, to trudno nie wspomnieć o nazwisku w tej koalicji być może najgłośniejszym, a już na pewno najbardziej medialnym.



Żona prezydenta Joanna Jaśkowiak wystartuje do rady miasta z list – było nie było – konkurencyjnego komitetu. To się porobiło... Zaledwie parę tygodni temu z przymrużeniem oka przewidywałem, że nie zgodzi się na taką propozycję ze strony Nowoczesnej, a tu tymczasem przechwycili ją społecznicy.

Z punktu widzenia marketingu politycznego to majstersztyk. To trochę tak, jakby – toutes proportions gardees – Agata Duda wystartowała do Sejmu z list Kukiz’15.

Jakby mąż Angeli Merkel kandydował do Bundestagu z innej partii niż CDU, albo jakby za urzędowania Nicolasa Sarkozy’ego do francuskiego parlamentu z konkurencyjnej partii wystartowała Carla Bruni.

Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że Jacek Jaśkowiak z żoną są w separacji, o czym prezydent szczerze i otwarcie opowiedział w książce „Dżej Dżej”. Już nie mieszkają razem itd.

To zatem nie jest przypadek taki jak Nelly Rokita kandydująca z list PiS w 2007 r. Tym bardziej że koalicja Prawo do Miasta to jednak formacja bardziej sympatyzująca niż otwarcie wroga wobec prezydenta.

Z drugiej strony, państwo Jaśkowiakowie wciąż czasem pokazują się razem publicznie (choćby przy okazji premiery „Dżej Dżeja”), prezydent chętnie komentuje poczynania żony. Zresztą i tym razem już zdążył to zrobić:



A przypomnijmy, że jeszcze w listopadzie Jacek Jaśkowiak odradzał żonie kandydowanie do rady miasta, nieco żartobliwie tłumacząc, że nie chciałby z nią dodatkowo polemizować na sali sesyjnej...

Jeszcze nie wszyscy pod jednym szyldem...

Jest jeszcze jedno nazwisko, które w kontekście startu społeczników w wyborach 2018 musi paść. To oczywiście Anna Wachowska-Kucharska.

Jej brak w koalicji Prawo do Miasta jest znamienny. Oczywiście słyszymy, że nic nie jest w tej sprawie zamknięte, że rozmowy trwają...

Rozmawiamy wspólnie na ten temat. Uważam, że nie można tolerować tej sytuacji, która jest w tej chwili w radzie miasta Poznania

Anna Wachowska-Kucharska, źródło: Radio Poznań



Jednak to, że ruchy miejskie robią konferencję i ogłaszają start bez oglądania się na AWK, wskazuje, że do porozumienia najwyraźniej jest dalej niż bliżej.

Miejmy zresztą na uwadze, że AWK i część jej środowiska związała się w międzyczasie z Partią Razem, i zapewne może stanowić istotną grupę jej potencjalnych kandydatów na wybory 2018.

Możemy mieć zatem sytuację podobną jak w wyborach 2014. Przypomnijmy, że mieliśmy wtedy dwa osobne komitety społeczników, jeden pod szyldem Prawa do Miasta, drugi pod szyldem właśnie Anny Wachowskiej-Kucharskiej.



Co ciekawe, wtedy w wyborach prezydenckich AWK ugrała nawet więcej głosów niż Maciej Wudarski, za to w istotniejszych dla społeczników wyborach do rady miasta głosy rozłożyły się następująco:

Koalicja Prawo do Miasta: 7,7 proc.
Komitet Anny Wachowskiej-Kucharskiej: 3,0 proc.

Do rady miasta zdołał wejść tylko jeden kandydat ruchów miejskich – Tomasz Wierzbicki dzięki silnej liście Prawa do Miasta w swoim okręgu.

Teraz taka ciekawostka. Wszyscy powtarzali wtedy, że społecznicy wypadliby dużo lepiej, gdyby mieli jedną wspólną listę. Czy rzeczywiście? Sprawdziłem i zsumowałem głosy oddane na obie listy w poszczególnych okręgach.

Społecznicy zdobyliby wówczas tylko jeden mandat więcej. Zdobyłaby go... tak, właśnie tak, Anna Wachowska-Kucharska. W swoim okręgu natrzaskała ponad 1 tys. głosów, a i Prawo do Miasta miało tam niezłą listę, więc po zsumowaniu głosów – to też w sumie ciekawe – AWK pozbawiłaby miejsca w radzie miasta Beatę Urbańską z lewicy.

To oczywiście tylko dywagacje. W praktyce nie mogłoby to mieć tak dokładnego przełożenia na rzeczywistość, choćby dlatego, że przy połączeniu list społecznicy mieliby dwa razy mniej kandydatów.

Jednak pokazuje to też, jak działa mechanizm wyborczy. Wyszło na to, że na starcie osobnego komitetu pod szyldem AWK najbardziej ucierpiała... sama AWK, która mimo świetnego wyniku nie weszła do rady miasta.

Społecznicy mocni na swoich osiedlach

Jeśli kogoś ten argument nie przekonuje, że społecznicy więcej ugraliby z jedną wspólną listą, to przyjrzyjmy się jeszcze innej analizie zrobionej po wyborach 2014 (publikowałem ją w "Wyborczej", niestety nie ma jej w necie).

Zatytułowałem ją „Poznań według Kukiza”. To symulacja wyników wyborów, gdyby zamiast ordynacji proporcjonalnej (wchodzi po 5-6 kandydatów w siedmiu okręgach) obowiązywały okręgi jednomandatowe.

Nie wiadomo, jak dokładnie wyglądałby podział Poznania na 37 okręgów wyborczych. Dlatego umownie przyjęliśmy istniejący podział na 42 osiedla. Jednak aby zachować liczbę 37 radnych – pięć mniejszych osiedli włączyliśmy do większych. (...)

Dla każdego z tak utworzonych 37 okręgów policzyliśmy głosy kandydatów, jakie dostali we wszystkich komisjach z danego okręgu. Mandat w okręgu przyznaliśmy tej partii lub organizacji, której kandydat zebrał tam najwięcej głosów.


Jak wyglądały wyniki? Klub PO liczyłby 15 radnych, PiS 11, natomiast trzecią siłą w radzie miasta byłyby właśnie ruchy miejskie. Prawo do Miasta miałoby 4 radnych. Kluby PRO i lewicy - po 3. Do rady weszłaby też Anna Wachowska-Kucharska.

To oczywiście analiza jeszcze bardziej oderwana od rzeczywistości, bo w praktyce nie byłoby żadnych list, tylko komitety na każdym osiedlu wystawiałyby jednego silnego kandydata.

Ale ta analiza mimo wszystko pokazała coś ważnego. Społecznicy, którzy w swojej okolicy, na swoim osiedlu bili na głowę nawet czołowych partyjnych kandydatów, przy obecnym systemie mimo to przepadli i – poza Wierzbickim – nie weszli do rady miasta.

Dlaczego? Z dwóch powodów:

- pozostali ludzie z ich listy zdobywają mało głosów, przez co komitet w całym okręgu ma ich też za mało i nie bierze udziału w podziale mandatów,

- przy podziale na osobne komitety wyborcze nawet kilka głośnych nazwisk dzieli głosy społeczników na dwa komitety, przez co każdy z nich ma ich za mało i też nie bierze udziału w podziale mandatów.

Prezydent Jacek Jaśkowiak przekonuje od paru dni, że zależy mu, aby ruchy miejskie wprowadziły liczniejszą reprezentację do rady miasta.

Jeśli tak, to – biorąc pod uwagę powyższe wyliczenia – powinien zacząć od apelu, aby wszystkie te ruchy poszły do wyborów 2018 pod jednym szyldem.

Seweryn Lipoński / 9 lutego 2018