www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Prezydent Jacek Jaśkowiak mierzy się z klątwą Ryszarda Grobelnego i jako "Dżej Dżej" odsłania swoje tajemnice

28 października 2017

Prezydent Jacek Jaśkowiak mierzy się z klątwą Ryszarda Grobelnego i jako "Dżej Dżej" odsłania swoje tajemnice

Poznań - Jacek Jaśkowiak - Dżej Dżej - Wydawnictwo Poznańskie - Ryszard Grobelny - wywiad - wybory 2018

Do księgarń wszedł „Dżej Dżej”. Czyli wywiad-rzeka z prezydentem Poznania Jackiem Jaśkowiakiem. Zapowiadana nieco na wyrost jako „polityczna premiera roku”, jest książką zdecydowanie bardziej o człowieku niż o polityku, mimo to przed wyborami Jaśkowiak może ją jeszcze przeklinać.

- Niektóre rozmowy prowadziliśmy przy jednej czy dwóch lampkach wina. I język się trochę rozwiązywał – wypalił prezydent Jaśkowiak na wtorkowym spotkaniu autorskim.

Zaraz współautorka wywiadu Violetta Szostak musiała wyjaśniać, że to nie do końca tak, większość rozmów była przy śniadaniu, a to wino tak naprawdę zdarzyło się może raz czy drugi i to wszystko.

Mam wrażenie, że to świetna puenta dla „Dżej Dżeja”. Czyli książki, wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie, w której Jacek Jaśkowiak tak chciał być szczery na maksa, że język faktycznie rozwiązywał mu się momentami aż za bardzo.

Jacek Jaśkowiak z autografem od Ryszarda Grobelnego

Zanim jednak przejdziemy do tego, co w samej książce, pozwólcie na małą dygresję i podróż w czasie...

Jest wrzesień 2014 r. Spotkanie autorskie w Hotelu Bazar mają ówczesny prezydent Ryszard Grobelny i Michał Kopiński, współautor wywiadu-rzeki z Grobelnym, który właśnie ukazał się pod tytułem „Maraton”.

W kolejce po autograf ustawia się Jacek Jaśkowiak, wówczas rywal Grobelnego w zbliżających się wyborach. Prezydent Grobelny pisze mu: „Konkurencja zawsze rozwija”.



W sztabie Platformy burza. - Oj, nie było zbyt wesoło... – powie mi potem jeden z polityków PO, a inny doda, że Jaśkowiak w ogóle nie powinien był iść na to spotkanie.

Zwłaszcza w sytuacji, gdy po mieście krążą opinie, że Jaśkowiak niczym nie różni się od Grobelnego. A także plotka, jakoby Grobelny miał mu zaproponować fotel wiceprezydenta.

Do wyborów kilka tygodni, Grobelny w sondażach kosi konkurencję, zdobywając po 40 proc. Jego potencjalnie największy rywal w tym czasie musi się zajmować tłumaczeniem, dlaczego stał do niego w kolejce po autograf.

Czy wtedy ktoś sobie w ogóle wyobrażał Jacka Jaśkowiaka wygrywającego wybory?

Mijają dwa miesiące, jest listopad, Jacek Jaśkowiak sensacyjnie wygrywa II turę. Maraton Ryszarda Grobelnego – przynajmniej ten w roli prezydenta Poznania – dobiega końca.

„Dżej Dżej” szczery aż do bólu

Teraz sytuacja się odwróciła. To Jacek Jaśkowiak ma swój wywiad-rzekę. Jak na ironię, na dzień dobry promował go także w Hotelu Bazar, chyba nawet dokładnie w tej samej sali, w której trzy lata temu stał w kolejce po podpis Ryszarda Grobelnego.

Jednak na tym paralele się kończą. Już na początku trzeba zaznaczyć, że „Dżej Dżej” to zupełnie inna książka niż „Maraton”, oczywiście podobna, jeśli chodzi o formę, ale absolutnie nie pod względem treści.

- To wyszło sztucznie. Prezydent Grobelny dozował informacje, nie pokazał, jakim naprawdę jest człowiekiem – tak Jacek Jaśkowiak krótko zrecenzował „Maraton”. I wszystko wskazuje, że miał te własne słowa z tyłu głowy, kiedy udzielał wywiadów (książka składa się z kilku rozmów) do „Dżej Dżeja”.



To de facto nie jest książka o prezydencie Poznania. To jest książka o Jacku Jaśkowiaku. O mieszkańcu Poznania (a okazyjnie również Szklarskiej Poręby), człowieku, mężu, ojcu, biznesmenie... I tylko niejako przy okazji również polityku.

Czytamy więc o trudnym dzieciństwie Jaśkowiaka. O tym, jak wcześnie stracił ojca, jak jego rodzina z trudem wiązała koniec z końcem, jak w tym wszystkim zafascynował się sportem.

Czytamy o jego pierwszej miłości i pierwszym trudnym rozstaniu. Czytamy wreszcie o pierwszej pracy, wejściu w świat biznesu, znajomości z Janem Kulczykiem. To przy okazji ciekawa opowieść o Polsce lat 90. Prezydent sam nieźle to podsumował: - Szybkie pieniądze, szybkie samochody, szybkie kobiety...

Jest nieco niezręcznie komentować tak szeroko przytaczane przez „Dżej Dżeja” wątki z jego życia prywatnego. A już tym bardziej je w jakikolwiek sposób oceniać.

Dodam zatem tylko, że w tych sprawach osobistych i rodzinnych widać dociekliwość dziennikarzy przeprowadzających wywiad. Violetta Szostak i Włodzimierz Nowak dopytują, są ciekawi tych wszystkich historii, choć wnikanie w niektóre z nich nie było pewnie proste.

Może budzić wątpliwości spontaniczne przejście na „ty” zaproponowane przez Jaśkowiaka już w jednej z pierwszych rozmów. Docenić należy za to dobre przygotowanie do wywiadu, dziennikarze raz po raz zdają się zaskakiwać prezydenta czymś, co usłyszeli od osób z jego otoczenia, choćby od żony czy od syna.

Polityka to nie wszystko

Mało w tej książce polityki. Można odnieść wrażenie, że jak już się pojawia, to trochę nieśmiało, trochę z boku głównej dyskusji. Tak jakby przeprowadzający wywiad i sam Jacek Jaśkowiak wręcz próbowali jej celowo uniknąć.



To oczywiście nie reguła. Prezydent raz po raz robi takie właśnie „polityczne” dygresje (kto z nim choć raz rozmawiał, ten wie, że to jego specjalność). Mówi o czymś, co było 20 czy 30 lat temu, i nagle ni stąd ni zowąd przypomina coś sprzed paru miesięcy.

Ale tak naprawdę tylko dwie z ośmiu rozmów dotyczą głównie polityki. A i tam czytamy często o tym, o czym w większym lub mniejszym stopniu już słyszeliśmy.

Np. o tym, jak Jacek Jaśkowiak zaczął karierę polityczną, pisząc listy do „Wyborczej”. Jak potem ludzie ze stowarzyszenia My-Poznaniacy namówili go do kandydowania. Jak potem odszedł, a po paru latach wstąpił do PO, i dlaczego to zrobił. A potem były wybory...

Jasne, Jaśkowiak zdradza też kilka tajemnic zza kulis poznańskiej polityki, o których nie wiedzieliśmy. To właśnie najciekawsze fragmenty książki.

Na przykład jak przekonywał kluczowych polityków poznańskiej Platformy, żeby poparli jego kandydaturę na prezydenta Poznania:

Dalej: Mariusz Wiśniewski... (...) On był konkretny: poprze mnie, jeśli mu obiecam stanowisko zastępcy. Zgodziłem się – biorąc pod uwagę moje szanse na wygraną, to jakbym mu sprzedawał Inflanty.

Ciekawe, czy Wiśniewski – dziś faktycznie wiceprezydent – potwierdzi, że tak właśnie było!

O tym, jak przed II turą poparły go ruchy miejskie:

Dzwonię do Merglera. (...) Pół godziny później internet huczy: wszystkie ruchy miejskie mnie poparły. Zaufali mi. Nie musieliśmy żadnych umów podpisywać.

A to akurat przykład, że Jaśkowiak w tych rozmowach czasem koloryzuje rzeczywistość. Nie wiem, kiedy dokładnie dzwonił do Lecha Merglera – z książki wynikałoby, że zaraz po wynikach I tury...

...ale o poparciu społeczników i lewicy dla Jaśkowiaka internet huczał nie po żadnym telefonie, tylko dopiero po spotkaniu w Meskalinie, tydzień po I turze.

I Jaśkowiak – wbrew temu, co teraz twierdzi – musiał się wtedy podpisać pod długą listą postulatów. Inaczej poparcia by nie było. Jako prezydent miał ją sobie powiesić w gabinecie. Muszę się przyjrzeć przy okazji, czy w końcu to zrobił.

I jeszcze rozmowa Jacka Jaśkowiaka z Ryszardem Grobelnym już po II turze wyborów:

Gdy spotkaliśmy się z Ryszardem zaraz po wyborach, mówię: „Coś ty narobił?”. A on: „Chciałem wygrać”. Ja: „Wcale na to nie wyglądało”.
Jesteście na ty?
Przeszliśmy po wyborach, on zaproponował.


Z drugiej strony, jest też kilka ważnych politycznych pytań, które w tych długich rozmowach w ogóle nie padają.

Nie dowiemy się zatem, jak to tak naprawdę było z Tomaszem Lewandowskim, który zaraz po wyborach tak uwierzył, że będzie wiceprezydentem, że już zaczął zwijać swoją kancelarię radcy prawnego.

Nie dowiemy się, jakim cudem udało się przekonać Poznański Ruch Obywatelski, by zaledwie dwa miesiące po porażce Grobelnego poparł Jacka Jaśkowiaka w głosowaniu nad budżetem. I jak wyglądały te negocjacje.

Tak samo nie ma ani słowa o późniejszych rozmowach o porozumieniu z lewicą. Nie mówi też prezydent o kulisach głośnych afer: z mailami wiceprezydent Agnieszki Pachciarz i szefa ZKZL (sam wątek jest wspomniany, ale dziennikarze nie dopytują o tę historię) ani tzw. afery mobbingowej w gabinecie prezydenta.

Nie wiemy też po przeczytaniu „Dżej Dżeja”, jakie wyglądają jego dyskusje z politykami PO w trudnych sprawach, jeśli tylko pominąć wychwalanie pod niebiosa Grzegorza Schetyny.

Tak w ogóle to może nawet lepiej, że Jaśkowiak mówi w tej książce zdecydowanie więcej o sobie niż o polityce i działaniach urzędu, bo gdy zaczyna o tym ostatnim, np. o stacjach rowerów miejskich, to przypomina trochę PR-owy bełkot znany z konferencji i komunikatów prasowych magistratu.

Teraz przed „Dżej Dżejem” wybory 2018

Nie da się uciec od jeszcze jednej rzeczy.

Jak „Dżej Dżej” wpłynie na postrzeganie prezydenta Jacka Jaśkowiaka, jego szanse w wyborach 2018 i w ogóle na dalszą przyszłość w polityce?

- Dopiero zobaczymy, czy będę tego wywiadu żałował. Nie wiem, czy zrobiłem dobrze. Mam mieszane uczucia – przyznał sam Jaśkowiak podczas spotkania w Hotelu Bazar.

Spec od wizerunku dr hab. Jacek Trębecki zaraz po opublikowaniu pierwszych fragmentów (m.in. o relacjach z dawną kochanką i nieślubnym synem) zasugerował, że być może to celowa strategia, aby przy okazji „Dżej Dżeja” zdetonować wszelkie potencjalne bomby. Tak aby już później nie wybuchły w kampanii wyborczej.



Jeśli tak – to niegłupie. Potrafię sobie wyobrazić, że gdy np. kandydat PiS Tadeusz Zysk i jego sztab zaczną Jaśkowiakowi wytykać rozstanie z żoną lub te dawne skoki w bok, to prezydent rozłoży ręce: - Przecież sam o tym powiedziałem w książce. Niczego nie ukrywałem.

Moim zdaniem dużo groźniejsze dla Jaśkowiaka mogą być drobne niezręczności, zachowania i sytuacje, które uznalibyśmy za... hmm... nie do końca typowe.

Tak jak to, że zaproszenia do znajomych na Facebooku ze swojego konta wysyłał nie sam Jacek Jaśkowiak, tylko jego żona, w tym zaproszenie do kobiety, z którą miał romans.

Albo fragmencik o zegarku, gdy Jaśkowiak najpierw nie chce powiedzieć, jaki zegarek nosi, bo „jako politykowi nie wypada mi mieć tak drogich rzeczy”. I zaraz potem... podaje jednak model i jego dokładną cenę.

To tylko przykłady pierwsze z brzegu, w całej książce jest mnóstwo takich drobnostek, na które rzecznik kampanii Jacka Jaśkowiaka – gdyby tylko taki rzecznik już był – zareagowałby mniej więcej tak:



Jakby tego było mało, w pewnym momencie Jaśkowiak porównuje się do... Emmanuela Macrona.

To właśnie skłania mnie ku refleksji, że w interesie Jacka Jaśkowiaka leży, by jak najmniej wyborców tę książkę przeczytało. No ewentualnie – żeby przeczytali i przed wyborami 2018 zapomnieli.

Kto wziął autograf od „Dżej Dżeja”?

Może to wszystko jednak burza w szklance wody. Z tego co słyszałem, nakład książki to 6 tys. egzemplarzy. Zakładając nawet, że rozejdzie się cały, i że każdy egzemplarz przeczyta nie jednak, tylko powiedzmy dwie osoby...

To i tak zaledwie kilka procent z ok. 150 tys. poznaniaków, bo tylu zwykle chodzi na wybory samorządowe i zapewne tylu mniej więcej pójdzie też na wybory 2018, by wskazać, kogo chcą na prezydenta Poznania.

Oczywiście do tego dochodzi jeszcze przekaz medialny. Już robiliśmy w WTK o „Dżej Dżeju” kilka materiałów, fragmenty publikuje „Wyborcza”, a nie wątpię, że i TVP Poznań pochyli się nad tą książką szczególnie wnikliwie.

Jeden z dziennikarzy, z którymi rozmawiałem o książce, skwitował jednak: - Prawdopodobnie ludzie z tego wszystkiego zapamiętają głównie to, że Jaśkowiak rozstał się z żoną. I niewiele więcej.

Jeśli tak faktycznie będzie, to „Dżej Dżej” do Dżej Dżeja może zrazić głównie prawicowych, konserwatywnych wyborców, którzy w zdecydowanej większości i tak nigdy by na niego nie załosowali.

PS. Na Twitterze zaczęło się już dociekanie, kto we wtorek wziął od Jacka Jaśkowiaka autograf z dedykacją. Jak już wiadomo po poprzedniej kampanii – to może być zwiastun wyborczego zwycięstwa.

W Hotelu Bazar był m.in. wiceprezydent Mariusz Wiśniewski (ale w jego przypadku raczej nie będzie nawet możliwości, by taka przepowiednia się zrealizowała, przynajmniej nie w tych wyborach...), była też Dorota Bonk-Hammermeister z Prawa do Miasta.

Nie przyuważyłem wiceprezydenta Tomasza Lewandowskiego. Ciekawe też, czy na któreś ze spotkań autorskich Jacka Jaśkowiaka wybierze się Tadeusz Zysk, choć teoretycznie trudno sobie wyobrazić, by chodził na eventy konkurencji, w tym przypadku już nie tylko branżowej, ale i politycznej.

To teraz przyznać się... kto podszedł, wziął ten podpis i zamierza kandydować? :)

Seweryn Lipoński / 28 października 2017