www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Jeżeli PiS miał jakiekolwiek szanse na fotel prezydenta Poznania - to właśnie spektakularnie je pogrzebał

29 lipca 2017

Jeżeli PiS miał jakiekolwiek szanse na fotel prezydenta Poznania - to właśnie spektakularnie je pogrzebał

Poznań - PiS - Szymon Szynkowski vel Sęk - Tadeusz Dziuba - Bartłomiej Wróblewski - Jacek Jaśkowiak

- Trudno być PiS-owcem w Poznaniu – przyznał niedawno Artur Różański, szef poznańskich radnych PiS, w rozmowie z „Wyborczą”. Dziś, po głośnych ulicznych demonstracjach i zdumiewającej wolcie prezydenta, jest już chyba nie tyle „trudno”, co „koszmarnie ciężko”.



Można zaklinać rzeczywistość, można przekonywać, że na tym placu Wolności, w parku Mickiewicza czy wreszcie w parku Kasprowicza była tylko garstka spacerowiczów.

Prawda jest taka, że przed tygodniem plac Wolności przypominał strefę kibica podczas Euro 2012. I to podczas najciekawszych meczów. Z kolei w weekend przy Arenie gromadziło się już po kilkanaście tysięcy ludzi, według policji, co w praktyce oznacza, że tak naprawdę było ich jeszcze więcej.

To bardzo ciekawe w kontekście wyborów samorządowych, które już – jak ten czas leci! – za nieco ponad rok.

Kandydat PiS na prezydenta Poznania jak Andrzej Duda?

Jeszcze do niedawna wydawało się, że PiS ma mniej więcej takie same szanse na fotel prezydenta Poznania, jak Waldemar Witkowski na wejście do Sejmu w 59632071 podejściu, albo jak Kojot Wiluś na złapanie Strusia Pędziwiatra.



Wszystko wskazywało, że kandydat PiS przy sprzyjających okolicznościach MOŻE prześlizgnie się do II tury, by tam sobie ostro podebatować i honorowo przegrać - zapewne z Jackiem Jaśkowiakiem.

A tu nagle pojawił się Tadeusz Zysk. I po paru tygodniach okazało się (choć oficjalnie wciąż nikt tego nie klepnął), że to on ma być kandydatem PiS na prezydenta Poznania.



Kandydatem lightowym, niezacietrzewionym, formalnie nawet niezwiązanym z partią. Znośnym dla poznaniaków na pewno bardziej niż Tadeusz Dziuba, który w 2010 i 2014 r. bez powodzenia walczył choćby o wejście do II tury.

Zacząłem się wtedy zastanawiać: w co gra poznański PiS? Czy naprawdę liczę na cokolwiek więcej niż ta honorowa porażka w wyborczej dogrywce?

I przypomniały mi się wybory prezydenckie 2015. Politycy PiS uparcie powtarzali wtedy, że zwycięży ich kandydat, choć wydawało się to absolutnie nieprawdopodobne i wyglądało bardziej na przekomarzanie się...

- Panie radny, a tak w ogóle, to jaki wynik wyborów pan przewiduje?
- No oczywiście, że wygra Andrzej Duda, to jasne.
- Ale już w I turze?
- No nie (śmiech), aż tak to nie, ale wejdzie do II tury i wygra.


Niby takie śmichy-chichy – a tu Andrzej Duda wszedł do II tury z najlepszym wynikiem i faktycznie ją wygrał.

Sprawa Sądu Najwyższego odbije się czkawką

Jasne, Poznań to nie cała Polska, a wybory prezydenta Poznania to nie 30 mln głosów ludzi z najróżniejszych zakątków kraju, które można by tak łatwo „odbić” przeciwnikowi.

Ale mimo wszystko...

Zawsze można sobie wyobrazić scenariusz, w którym Jacek Jaśkowiak po pijanemu przejeżdża na pasach niepełnosprawną zakonnicę w ciąży na rowerze wjeżdża przez przypadek w tłum demonstrantów protestujących przeciw poszerzaniu strefy tempo 30...

W którym na jaw wychodzą kolejne afery mailowe, mobbingowe i różne inne brudy z pl. Kolegiackiego...

W którym Tadeusz Zysk dystansuje się od polityki rządu PiS, kreując się na kandydata, który przede wszystkim chce posprzątać zmiany, jakie w mieście wprowadził Jacek Jaśkowiak...

I – wreszcie – scenariusz, w którym Zyska przed II turą popiera Ryszard Grobelny...

I wtedy... wtedy...

Tyle że nic z tego. Nieco ponad rok przed wyborami na tapetę wjechał temat sądów. I w zaledwie tydzień zmasakrował wszelkie szanse PiS na prezydenturę Poznania.



Kilkanaście tysięcy ludzi na demonstracjach pod Areną. Dziesiątki – delikatnie mówiąc – niezbyt przychylnych komentarzy na Fb, które muszą czytać (i trzeba przyznać, że na większość starają się odpowiadać) posłowie Szymon Szynkowski vel Sęk i Bartłomiej Wróblewski.



Ten ostatni chyba szybko - jeszcze przed posiedzeniem Sejmu - wyczuł nastroje w Poznaniu. Kluczył w sprawie własnego podpisu pod projektem ustawy o Sądzie Najwyższym. Mówił, że projektu nawet nie zna, a jego podpis znalazł się przez pomyłkę.

Ale kilka dni później Wróblewski już z pełnym zaangażowaniem popiera projekt i to on zgłasza wniosek, który pozwoli w kilka minut odrzucić ponad 1 tys. poprawek zgłoszonych przez opozycję... (od 2:19:17)



Skandal! Poznań się za pana wstydzi, panie Wróblewski!

Poseł Nowoczesnej Adam Szłapka na posiedzeniu komisji sprawiedliwości



(I żeby było zabawniej – co do meritum Wróblewski miał rację. To oczywiste, że 1,3 tys. poprawek miało storpedować prace nad ustawą, tyle że w kontekście całej sytuacji bardziej obnażyło to metody działania PiS, czyli naginanie przepisów i tyranię parlamentarnej większości)

Teraz Nowoczesna chce wieszać przy deptaku na ul. Półwiejskiej plakat z wizerunkami Dziuby, Szynkowskiego i Wróblewskiego, z przypomnieniem, jak głosowali w sprawie zmian w Sądzie Najwyższym. Może powisi miesiąc. Może nawet dłużej.



Internauci na Fb proponowali nawet pisać do dziekana wydziału prawa i administracji UAM o odebranie Bartłomiejowi Wróblewskiemu doktoratu z prawa. A propos dziekana - początkowo nie podpisał listu w obronie Sądu Najwyższego. Nie podpisał, bo był na urlopie.

Znamienne, że kiedy następnego dnia zainteresowaliśmy się sprawą, to na UAM zaczęli zapewniać, że dziekan jak najbardziej popiera treść listu. I że już sam kontaktował się z UJ, żeby i jego podpis zamieścić pod protestem.

Czyli żadnego uniku, żadnej gadki w stylu „uniwersytet musi być apolityczną instytucją” i żadnych obaw przed władzą, tylko bez dłuższego filozofowania: przyłączamy się do protestu! To obrazuje nastroje społeczne w Poznaniu. I to nie tylko te na uniwersytetach.

Z kolei prof. Bronisław Marciniak, były rektor UAM, podpisał się pod apelem do prezydenta Andrzeja Dudy o niepodpisywanie PiS-owskich ustaw zmieniających sądownictwo.

Jakby tego wszystkiego było mało - dodatkowe kuku zrobił poznańskim posłom PiS właśnie prezydent Andrzej Duda. Jednym ruchem uwalił dwie z trzech ustaw, niwecząc wszystkie wysiłki Dziuby, Wróblewskiego i Szynkowskiego, jakie włożyli w tłumaczenie, jak świetne są te zmiany.



To już jest uderzenie nawet nie tyle w wyborców sceptycznych wobec „dobrej zmiany” (to m.in. ci, którzy protestowali na pl. Wolności, w parku Mickiewicza i przy Arenie, zapewne i tak na nikogo z PiS by nie zagłosowali).

To już cios bardziej w stały elektorat samego PiS – w Poznaniu jakieś 20 proc. mieszkańców – którzy teraz mogą czuć się lekko zdezorientowani. Do tego prawnik Andrzej Duda wymierzył policzek innemu prawnikowi (w dodatku konstytucjonaliście!) Bartłomiejowi Wróblewskiemu.

Po podwójnym wecie prezydenta Dudy nawet wśród wyborców PiS mogła poważnie zaświtać myśl: posłowie próbowali przepchnąć coś, co jest niezgodne z konstytucją, czyli z prawem.

Jacek Jaśkowiak nie da zapomnieć

Jeśli nawet do wyborów ponad rok, to nikt mnie nie przekona, że wydarzenia ostatnich dwóch tygodni nie będą miały wtedy znaczenia. Oczywiście, że będą miały. Zwłaszcza że opozycja będzie o nich przypominać przy każdej możliwej okazji.

Zwłaszcza że rękę do tego, by sądownictwo uzależnić od rządu i parlamentu, przyłożyli wspomniani Szymon Szynkowski vel Sęk i Bartłomiej Wróblewski, jeszcze do niedawna także uważani w Poznaniu za polityków PiS w wersji light.

Zwłaszcza że prezydent Jacek Jaśkowiak już pod koniec 2015 r. wyczuł, co się szykuje, i konsekwentnie uczestniczy w demonstracjach przeciw rządom PiS. To dla niego Franciszek Sterczewski zrobił teraz wyjątek i jako jedynemu politykowi pozwolił przemawiać.

Jeśli Jacek Jaśkowiak wejdzie do II tury z kandydatem PiS – po prostu go w tej dogrywce zmiażdży. Po ostatnich wydarzeniach nie ma innej możliwości. Wystarczy, że przypomni próbę podporządkowania sądów politykom, do tego dorzuci podobne (i w tym przypadku udane) manewry wokół Trybunału Konstytucyjnego, a być może będzie mógł tę retorykę dodatkowo dosolić reformą oświaty, jeśli od 1 września będzie jakiś bałagan w szkołach.

Kandydat PiS - ktokolwiek nim będzie - nie będzie grał w tym meczu przed własną publicznością. Wręcz przeciwnie - wystarczy popatrzeć na wyniki PiS w Poznaniu z ostatnich lat:

Wybory parlamentarne 2007: lista PiS do Sejmu 20,8 proc., kandydat PiS do Senatu 23,9 proc.
Wybory do Parlamentu Europejskiego 2009: lista PiS 17,1 proc.
Wybory prezydenckie 2010: Jarosław Kaczyński 22,0 proc. w I turze, 27,7 proc. w II turze
Wybory samorządowe 2010: lista PiS 18,2 proc., Tadeusz Dziuba na prezydenta Poznania 14,1 proc.
Wybory parlamentarne 2011: lista PiS do Sejmu 19,8 proc., kandydat PiS do Senatu 22,3 proc.
Wybory do Parlamentu Europejskiego 2014: lista PiS 21,6 proc.
Wybory samorządowe 2014: lista PiS 22,7 proc., Tadeusz Dziuba na prezydenta Poznania 19,5 proc.
Wybory prezydenckie 2015: Andrzej Duda 22,1 proc. w I turze, 31,6 proc. w II turze
Wybory parlamentarne 2015: lista PiS do Sejmu 24,0 proc., kandydat PiS do Senatu 32,8 proc.

Widać, że nawet w ostatnich wyborach do Sejmu - mimo że w całym kraju ludzie postawili na PiS - to akurat w Poznaniu szału nie było. Paradoksalnie wychodzi na to, że najlepszy wynik dla poznańskiego PiS-u w ostatniej dekadzie zrobił ktoś, kto do partii formalnie nawet nie należy, czyli prof. Stanisław Mikołajczak z AKO, który przed dwoma laty kandydował do Senatu.

Jeśli PiS liczył, że uda się ugrać w Poznaniu 25-30 proc. na samym elektoracie partii, a potem zagrać na niechęci do Jacka Jaśkowiaka (ten ma przecież całkiem spory elektorat negatywny) i dołożyć tyle poparcia, by przynajmniej postraszyć prezydenta w II turze...

To ten plan właśnie poszedł w diabły. Spora część poznaniaków może nie lubić Jacka Jaśkowiaka, może wypominać mu utrudnianie życia kierowcom czy „rowerowe obsesje”, ale przypuszczam, że wielu z nich i tak – zgrzytając zębami – na niego zagłosuje, jeśli alternatywą będzie kandydat PiS.

Kandydat PiS, w którego łagodną twarz po ostatnich wydarzeniach nikt już w Poznaniu nie uwierzy. Nawet jeśli będzie to twarz Tadeusza Zyska.

Seweryn Lipoński / 29 lipca 2017