Poznań Spoza Kamery » W PKP pilnie strzegą tajemnic Poznań City Center. Nawet Dan Brown przy tym wymięka

10 lipca 2014,

W PKP pilnie strzegą tajemnic Poznań City Center. Nawet Dan Brown przy tym wymięka

Poznań - PKP - Trigranit - Poznań City Center - PKS - Poznań Główny - dworzec

W „Wyborczej” opisaliśmy w tym tygodniu kolejną tajemnicę wokół Poznań City Center. Tym razem chodzi o kwotę, za jaką PKP i Trigranit spyliły galerię handlową z dworcem autobusowym i parkingiem.



Ściślej: spyliły nie tyle sam obiekt, co udziały w spółce Poznań City Center Development, która jest właścicielem obiektu. Tak to się formalnie odbyło. Trigranit miał w tej spółce 77 proc. udziałów. PKP S.A. – poprzez swoją jeszcze inną spółkę-córkę – 23 proc. W marcu jedni i drudzy sprzedali te udziały dwóm firmom z zagranicy.

Za jaką kwotę? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że chodzi o kwotę niebagatelną, gdyż Trigranit wpakował w budowę całego obiektu ok. 1 mld zł i z pewnością chciał, żeby te pieniądze mu się zwróciły. Z zyskiem.

Kolej się chwali. Ale kwoty? Tajne przez poufne

Wszyscy zaangażowani w tę transakcję od początku grzecznie powtarzali formułkę o „tajemnicy handlowej”. I na tym właściwie mógłbym skończyć ten wpis, gdyby nie... No właśnie.

Spółka PKP S.A. jest publiczną firmą należącą do skarbu państwa (czyli de facto do wszystkich obywateli). Miała też swój wkład w inwestycję. Bo choć galeria handlowa i dworce powstawały za pieniądze Trigranitu, to trzeba pamiętać, że stanęły na publicznym terenie należącym do kolei. I wartym, bagatela, ok. 58 mln zł.



Kolejarze zresztą bardzo chwalą się, że nie tylko zbudowali poznaniakom nowy dworzec (do niedawna przekonywali, że jest doskonały pod każdym względem, ostatnio przejrzeli na oczy i nieco zrewidowali swoje zdanie w tym temacie). Chwalą się, że jeszcze na tym zarobili. Wnieśli grunt za 58 mln zł. A dostali z powrotem...

No, ile? Piotr Ciżkowicz z zarządu PKP S.A. na niedawnej konferencji w Poznaniu wspominał o „kilkukrotnym zwrocie”. Ale dokładnej kwoty nie chciał podać. Zasugerował, żebym się zwrócił o podanie tej kwoty „oficjalnie”. Czyli – jak zrozumiałem – na piśmie w drodze dostępu do informacji publicznej.

Tak też zrobiłem. Dla przypomnienia: udostępnieniu podlegają informacje związane m.in. z majątkiem publicznym oraz dochodach i stratach publicznych spółek. Wydawało mi się oczywiste, że kolej przestanie bawić się w chowanego i po prostu poda mi tę kwotę. A tu... niespodzianka.

Cena sprzedaży stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa spółki zależnej PKP S.A. i z tej przyczyny nie podlega ujawnieniu.

Grzegorz Kustosik, departament marketingu PKP S.A.



No tak... Nie podamy, ile dostaliśmy za Poznań City Center, bo to „tajemnica przedsiębiorcy”. A konkretnie – tajemnica handlowa naszej spółki córki. Spółki należącej do PKP S.A., czyli będącej de facto własnością wszystkich obywateli.

W skrócie: mieszkańcy nie dowiedzą się, ile kolej zarobiła na całej tej inwestycji z nowym dworcem i galerią, bo przecież kolej musi chronić „tajemnicę przedsiębiorcy” firmy, która należy... do tych mieszkańców. Nie, bo nie. Przecież najlepiej, gdy mieszkańcy wiedzą jak najmniej o tym, co się robi z ich pieniędzmi i publicznymi terenami.

Mamy więc tajne przez poufne (Osioł ze Shreka dodałby jeszcze: łamane przez „nie wiem”). Dawno nie było w Poznaniu tak pilnie strzeżonej tajemnicy. Tego nie wymyśliłby nawet Dan Brown, choćby współpracował z samym Leonardo da Vincim. Ani twórcy filmu o wspomnianym wyżej tytule.



Może cała ta argumentacja trzymałaby się jeszcze kupy, gdyby PKP powoływało się na „tajemnicę przedsiębiorcy”, tyle że nie swoją, tylko Trigranitu. Coś w stylu: bardzo chcielibyśmy powiedzieć, ale nie możemy, bo obiecaliśmy tamtym, że nie powiemy. I teraz nie możemy powiedzieć. Bo inaczej oni będą na nas źli i każą zapłacić karę.

Taką retorykę przyjął PKS Poznań. Czyli inna publiczna (w tym przypadku miejska) spółka, która – przypomnijmy – podpisała mega tajną umowę z Trigranitem i teraz nie może nawet powiedzieć, za ile ma kupić nowy dworzec autobusowy przy Poznań City Center. To oczywiście równie skandaliczna sprawa. Już kilka razy opisywaliśmy ją w „Wyborczej”. Jednak tu urzędnicy mają jeszcze jakiś argument: głupio podpisaliśmy, no i teraz mamy za swoje, przykro nam.

Przedstawiciele PKP nawet takiego argumentu nie mają. Do tego fatalnie rozgrywają sprawę z punktu widzenia public relations. Zwłaszcza w kontekście tych wszystkich kontrowersji wokół nowego dworca i dziwnej uległości wobec prywatnego inwestora... Szef Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska Szymon Osowski słusznie zwraca uwagę:

Mieszkańcy, słysząc o tajnych kwotach, tracą zaufanie do władz i instytucji publicznych. Zaczynają podejrzewać, że pewnie coś jest nie tak i ktoś chce coś ukryć. Kolej straci na tym wizerunkowo

Prezes Watchdog Polska Szymon Osowski



Jestem daleki od wszelkich teorii spiskowych. Ale już sam fakt ukrywania jakichś informacji (w przypadku Poznań City Center to już są tajemnice w liczbie mnogiej) może budzić wątpliwości mieszkańców Poznania i pasażerów kolei. Czy wszystko było przy tej inwestycji w porządku? Czy kolej rzeczywiście zarobiła 300-350 mln zł, jak się szacuje, czy może więcej? Na co pójdą te pieniądze i czy na pewno skorzystają na tym zwykli podróżni? – takie zapewne pojawią się pytania.

A wystarczyłoby powiedzieć: zarobiliśmy X mln zł na tej inwestycji. Zysk przeznaczymy na renowacje mniejszych dworców, część pieniędzy przerzucimy np. do PKP Intercity, żeby mogli zmodernizować więcej wagonów albo kupić nowe. Albo do PKP Polskie Linie Kolejowe, to będzie więcej kasy na remonty torów. Cokolwiek. Jestem pewien, że wtedy – nawet mimo kontrowersji wokół Poznania Głównego – kolejarze zebraliby sporo słów pochwały i lajków na Fb, że przynajmniej skutecznie obracają gotówką.

Kolejarze z PKP S.A. nie wybrali tej drogi. Wybrali inną, dobrze już znaną z poprzednich lat, która głosi, że całemu złu na kolei winni są pasażerowie. I najlepiej żeby w ogóle ich nie było. Zwłaszcza takich dopytujących o kwoty, jakie wchodziły w grę przy Poznań City Center i nowym dworcu Poznań Główny.

PS. To dobry moment, żeby wyjaśnić, co stało się z tajemniczą kwotą dla kolei za zamknięcia torów przy rozbiórce mostu Uniwersyteckiego. Wiceprezes Poznańskich Inwestycji Miejskich Kazimierz Skałecki nie chciał zdradzić tej kwoty dziennikarzowi „Głosu Wielkopolskiego”. Zapowiedziałem wtedy, że spróbuję się tego dowiedzieć – również za pomocą wniosku o dostęp do informacji publicznej.

Co się okazało? Otóż... żadnej tajemniczej kwoty nie było. Szef Zarządu Dróg Miejskich Jacek Szukała w odpowiedzi na mój wniosek przyznał, że miasto za zamknięcia torów nie zapłaciło ani złotówki. Potwierdzili mi to kolejarze z PKP PLK. Miasto zapłaciło jedynie symboliczne kwoty za dodatkową ochronę kolejarzy, gdy nad torami przebiegały najbardziej newralgiczne prace przy rozbiórce wiaduktu.

Pan prezes Skałecki próbował zatem zrobić „tajemnicę handlową” z czegoś, czego nawet nie było. To dopiero pilnie strzeżony sekret! :)

Seweryn Lipoński / 10 lipca 2014