www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » Pociągi za 470 mln zł spóźniają się przez zły rozkład. Pisać czy nie pisać, ile kosztowały?

1 lutego 2014,

Pociągi za 470 mln zł spóźniają się przez zły rozkład. Pisać czy nie pisać, ile kosztowały?

Poznań - Koleje Wielkopolskie - PESA - Elf - Pestka - ICHOT - Biblioteka Raczyńskich

Niech tytuł Was nie zmyli. Dziś będzie nie tylko o pociągach. Będzie ogólnie o drogich inwestycjach, które później z jakichś powodów działają nie tak, jak trzeba.

Ale punkt wyjścia to rzeczywiście kolej. Konkretnie – niedawny artykuł w „Gazecie”, w którym opisałem, jak nowoczesne pociągi, tzw. elfy, notorycznie spóźniają się rano do Poznania. Pod tekstem pojawiło się sporo komentarzy. I właśnie jeden z nich zainspirował mnie do przemyśleń:

Autora artykułu proszę o materiał przedstawiający logiczny związek pomiędzy ceną pociągów, a ich opóźnieniami

Autor: bo_moj_nick_jest_zajety / źródło: poznan.gazeta.pl



W pierwszej chwili pomyślałem: w sumie facet ma rację. Niepotrzebnie zagraliśmy w tytule tą kwotą – 470 mln zł jest faktycznie dość chwytliwe – skoro spóźnienia opisane w tekście nie mają nic wspólnego z żadnymi np. usterkami tych pociągów.

Ale zaraz potem naszła mnie inna refleksja. Przecież te pociągi zapowiadano jako „nową jakość”. Ta nowa jakość bynajmniej nie powinna polegać tylko na tym, że nowocześnie i ładnie wyglądają, a w środku działa klimatyzacja. O nie! Pociągi są przede wszystkim od tego, żeby jeździć i wozić ludzi. Niezawodnie i bez spóźnień.



Elfy za 470 mln zł są dla mnie przykładem, że dobra i porządna inwestycja musi kosztować. Wielkopolski samorząd nigdy wcześniej nie wydał na cokolwiek aż tylu pieniędzy. Ktoś z komentujących wspomniany tekst stwierdził, że nie powinno mieć znaczenia, czy pociągi kosztowały 400 mln zł czy może 2 mln zł:

Pociągi w takim przypadku spóźniałyby się, gdyby kosztowały 850 mln lub 2 mln i podanie ceny w tytule jest wprowadzeniem w błąd. I jeśli ktoś bierze za swoja prace pieniądze, to nie powinno mieć znaczenia, czy układa rozkład dla pociagów za 400 mln czy za 2 mln. Powinien ułożyć ten rozkład PRAWIDŁOWO

Autor: mamtogdzies231 / źródło: poznan.gazeta.pl



A ja myślę, że to jednak ma znaczenie. Czego innego będziemy oczekiwać, jadąc drogim i nowoczesnym pociągiem, a czego innego – jadąc starym, 30-letnim, rozklekotanym EN57. W tym drugim przypadku spóźnienie o 10 min uznamy wręcz za rzecz oczywistą. Bez dociekania, czy faktycznie wynikło to ze stanu tego starego pociągu, czy może z czegoś zupełnie innego.

Każdy elf kosztował ponad 20 mln zł. Z pieniędzy m.in. tego pasażera, który właśnie nim jedzie. Skoro tak – to ów pasażer ma pełne prawo oczekiwać, że i cała „otoczka” wokół jego pociągu będzie wręcz doskonała. Przez „otoczkę” rozumiem np. miłą obsługę, łatwość w kupieniu biletu, czyste wnętrze... i właśnie dobrze ułożony rozkład jazdy, w którym pociągi spóźniają się sporadycznie, a nie non stop.

Jasne – tak powinno być w każdym pociągu uruchamianym z publicznych pieniędzy. Ale w takim, za który zapłacono ponad 20 mln zł – w szczególności! W innym razie widzimy irytujący dysonans: wpakowaliśmy kupę pieniędzy w coś, co nie służy nam tak jak powinno.

A jeśli w ICHOCIE zaczną nas obrzucać "k...mi"?

To nie dotyczy tylko pociągów. Jeśli np. tramwaje notorycznie zaczną się spóźniać na otwartej niedawno trasie Pestki – przypomnimy, że jej budowa kosztowała 131 mln zł. Nawet jeśli okaże się, że z samymi torami jest wszystko okej, tylko – powiedzmy – MPK wpuściło tam tramwaje, które co chwilę mają jakieś usterki. Oczywiście w takim przypadku przypomnimy też, ile kosztowały same tramwaje.

Idźmy dalej poza komunikację. Za chwilę rusza Interaktywne Centrum Historii Ostrowa Tumskiego vel ICHOT vel Brama Poznania.



Wyobraźmy sobie, że np. pierwszego dnia po otwarciu obsługa obiektu okazuje się bardzo niemiła i niekompetentna. Nie potrafi pomóc przy obsłudze interaktywnych sprzętów. A skarżących się zwiedzających obrzuca „k...mi” i innymi przekleństwami.

Czy w takiej sytuacji mamy nie pisać, że budowa muzeum kosztowała blisko 100 mln zł? Oczywiście, że napiszemy! Tak samo jak np. w sytuacji, gdy po miesiącu okaże się, że obiekt odwiedzają dwie osoby dziennie, bo miasto ustaliło ceny biletów po 500 zł na łebka.

Albo Biblioteka Raczyńskich. Wyobraźmy sobie, że w jej nowym skrzydle np. nie ma nagle żadnych książek, które można wypożyczyć. Bo miasto tylko zbudowało obiekt i o książkach już zapomniało. Jasne – absurd, totalna abstrakcja. Ale wtedy koniecznie trzeba podać, że to nowe skrzydło zbudowano za ponad 72 mln zł.

Przerysowuję, żeby pokazać, iż inwestycja nie może się kończyć na... no właśnie, samej inwestycji. Musi być jeszcze wspomniana odpowiednia „otoczka”. Jeśli coś w tej otoczce nawala, to cała droga inwestycja może się okazać niewarta złamanego grosza. Wszystkie wymyślone wyżej przykłady łączy jedno: sam obiekt czy pojazd niby jest w porządku i nie nawala. Ale zaniedbano coś wokół niego. I w efekcie coś, co kosztowało dużo pieniędzy, nie działa tak jak trzeba.

Wytykanie w takim momencie, ile to coś kosztowało, jest wg mnie obowiązkiem dziennikarza. Jasne – może powiedzieć, że to tabloidowa, populistyczna zagrywka. Ale... to często odnosi skutek. Przykład elfów. Już w dniu publikacji „Gazety” Urząd Marszałkowski wysłał swoich ludzi do siedziby producenta w Bydgoszczy, żeby wypytali, dlaczego elfy się spóźniają i co można poprawić.

Rozkład i informacja to jedna z najważniejszych rzeczy. Pasażer wsiada do pociągu, który przyjeżdża do celu o konkretnej godzinie. To bardzo ważne! Każda minuta się liczy, bo np. ktoś się przesiada albo musi być punktualnie w pracy. Dlatego nie będzie tolerancji dla spóźnień

Jerzy Kriger, dyrektor departamentu transportu w Urzędzie Marszałkowskim / źródło: "Gazeta Wyborcza Poznań"



Trzymamy za słowo, panie dyrektorze. Jeśli się uda – to wyjdzie, że nasza interwencja przyniosła mieszkańcom trochę pożytku. A jeśli skończy się na obietnicach – to wkrótce znowu przypomnimy, ile te spóźniające się pociągi kosztowały. I że było to 470 mln zł.

Seweryn Lipoński / 1 lutego 2014