www.poznanspozakamery.pl
facebook.com/poznanspozakamery

Poznań Spoza Kamery » PEKA przestaje być Świętym Graalem. Wreszcie wiemy, ile mamy płacić za bilety

30 listopada 2013,

PEKA przestaje być Świętym Graalem. Wreszcie wiemy, ile mamy płacić za bilety

Poznań - PEKA - ZTM - MPK - tramwaje - autobusy - bilety - rada miasta

Lepiej późno niż wcale. Władze Poznania, pod naciskiem radnych i dziennikarzy, w minionym tygodniu w końcu pokazały projekt cen w systemie PEKA.



Przypomnę tylko krótko: to ten system, który ma ruszyć od 1 maja 2014 r. To będzie rewolucja w autobusach i tramwajach. Zamiast kasować bilety będziemy przykładać kartę PEKA do specjalnych czytników.

Szef Zarządu Transportu Miejskiego długo nie chciał powiedzieć, jakich cen mamy się spodziewać, ale oto wreszcie poznaliśmy propozycje miasta.

Przejrzałem je dość uważnie. I muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony ten projekt mi się podoba. Z drugiej – pod pewnymi względami w ogóle mi się nie podoba. Przechodząc do konkretów, pora na tradycyjne już plusy i minusy:

(+) Taryfa przystankowa. Powiedziałbym, że to największa zaleta nowego systemu. Płacimy za konkretną liczbę przejechanych przystanków. Koniec z zastanawianiem się, czy warto podjechać np. dwa przystanki za całe 2,80 zł, czy lepiej przejść ten kilometr pieszo.



Teraz jeden przystanek ma kosztować 0,60 zł, dwa przystanki 1,10 zł, a trzy – 1,60 zł. Różnica jest kolosalna. To rozwiąże problem braku biletów 5-minutowych, które swego czasu postulował radny Michał Grześ. Przewiduję, że wiosną przyszłego roku w tramwajach i autobusach zaroi się od ludzi jeżdżących właśnie 2-3 przystanki.

(+) Tańsza sieciówka, droższa liniówka. Cena sieciówki po raz pierwszy od czasów prezydenta Cyryla Ratajskiego nie wiadomo kiedy idzie w dół. To trzeba zauważyć i podkreślić. Jeśli tylko ktoś płaci podatki w aglomeracji (patrz niżej: zniżki metropolitalne), to zamiast 107 zł zapłaci 103 zł. A jeśli weźmie opcję z obowiązkowym check out – to nawet 99 zł.

Jednocześnie drożeją liniówki. Niby źle. Ale widzę to szerzej: to może zachęcić, aby dołożyć te kilka dych, kupić sieciówkę i jeździć komunikacją miejską wszędzie.

Sam korzystam ostatnio z liniówki i widzę, że po dołożeniu biletów jednorazowych / kosztu paliwa, aby dojechać w inne rejony miasta, i tak płaci się prawie tyle co za pełną sieciówkę. Może więc droższa liniówka to paradoksalnie dobra droga, aby ludzie rzadziej korzystali z auta.

(+) Elastyczność biletów okresowych. Czyli sieciówki i liniówki już nie tylko na 30 lub 90 dni. Pewnie w praktyce takie i tak będą najpopularniejsze. Ale jak się komuś podoba – będzie mógł teraz wziąć np. na dwa tygodnie, półtora miesiąca, czy jakąkolwiek inną liczbę dni.

Przydatne, gdy np. zbliża się wakacyjny wyjazd i nijak nie pasuje kupowanie sieciówki na miesiąc. Bo albo nie starczy, albo przeciwnie - część „wykupionych” dni przepadnie.

(+) Zniżki metropolitalne. Gdy władze miasta rzuciły tę propozycję, od razu przetoczyła się dyskusja. Lepiej dawać zniżki poznaniakom czy PZ-om? W końcu dziś to ci drudzy częściej korzystają z auta…

Ostatecznie mamy całkiem fajny kompromis: rabaty dostaną i jedni, i drudzy. Oczywiście pod warunkiem, że płacą podatki w Poznaniu lub gminie objętej wspólną komunikacją, albo są uczniami czy studentami. Czyli tak naprawdę „bilet metropolitalny” będzie przysługiwał zdecydowanej większości pasażerów.



(-) Zagmatwana taryfa. Wszystkie te zniżki i rabaty powodują niestety, że taryfa wydaje się cokolwiek skomplikowana. Sama sieciówka będzie miała aż cztery (sic!) różne ceny: 99 zł / 103 zł / 107 zł / 111 zł…

Do tego zróżnicowane ceny liniówek oraz liczenie ceny biletów okresowych z kalkulatorem w ręku – w zależności od liczby dni. Jeśli ktoś się dobrze wczyta w taryfy, to sobie poradzi. Ale współczuję słabiej zorientowanym w temacie. Trochę padamy tu ofiarą dużej elastyczności systemu.

(-) Bez PEKI tylko 4,60 zł. Tu z kolei mamy przegięcie w drugą stronę. Kto nie posiada karty PEKA – za każdy 30-minutowy lub pojedynczy przejazd zapłaci 4,60 zł. Innej możliwości nie będzie (no chyba że jechać na gapę…).

Akurat w tej kwestii urzędnicy uparli się i nie poszli na żadne kompromisy. Już widzę zachwyt mieszkańców korzystających z komunikacji miejskiej okazjonalnie – np. raz na miesiąc. Jeśli usłyszą, że mają zapłacić za bilet 4,60 zł albo specjalnie wyrabiać sobie jakąś kartę (wielu nawet nie wie, że to za darmo) – nie wybiorą żadnej z tych opcji. Po prostu podjadą autem.

(-) Sztywne przystanki liniówki. Myślałem, że skoro już stawiamy na taką elastyczną ofertę, to trasę liniówki też każdy będzie mógł dopasować do swoich potrzeb. A tu niemiłe zaskoczenie! Do wyboru nadal będzie tylko liniówka na 6 lub 18 przystanków.

Wyobraźmy sobie, że ktoś podjeżdża codziennie do pracy trzy przystanki. Dlaczego ma płacić 50 zł za dwa razy dłuższą trasę? Zaoferujmy mu liniówkę na trzy przystanki – np. za 35-40 zł. A komuś, kto podjeżdża 10 przystanków – dajmy liniówkę właśnie na 10. Oczywiście odpowiednio droższą niż na sześć. Ale też tańszą, niż na 18, bo niby czemu ma bulić za część trasy, której w ogóle nie jedzie. Zwłaszcza skoro szef ZTM mówi:

W przypadku biletów okresowych pasażer zyska dużo większą możliwość dopasowania biletu do własnych potrzeb

Dyrektor ZTM Poznań Bogusław Bajoński / źródło: ZTM Poznań



(-) Kuriozalny check in – check out. Zostawiłem to na sam koniec. Prawda jest taka, że to największe kuriozum zaproponowanej taryfy.

W skrócie: przy wejściu do pojazdu wszyscy (również emeryci z darmowymi przejazdami, posiadacze sieciówek, liniówek itd.) mają „odpikiwać” kartę. Przy wyjściu – już tylko pasażerowie na biletach jednorazowych, to akurat logiczne, oraz ci, którzy chcą sobie nabić punkty w programie lojalnościowym.

To zgniły kompromis po całej batalii o wygodę korzystania z PEKI, jaką prowadziliśmy na łamach „Gazety”. Niby ZTM częściowo ustąpił. Ale… tak naprawdę to rozwiązanie jest bez sensu i nikomu nie służy. Nie służy pasażerom z sieciówkami – bo i tak będą musieli non stop pamiętać o „odpikaniu” tej karty, choć już tylko przy wejściu, nie przy wyjściu.

Nie służy też ZTM-owi. Bo w ten sposób nie zbada dokładnie frekwencji w pojazdach, na czym przecież urzędnikom tak bardzo zależało i właśnie tym uzasadniali całe to „odpikiwanie”. Jeśli teraz jedni będą sobie „pikać” przy wychodzeniu, a inni nie, to dane te w żaden sposób nie będą miarodajne. ZTM co najwyżej dowie się, ile osób wsiadło na którym przystanku. Gdzie wysiedli i jakie było zapełnienie pojazdu – już nie.

Tu ani wilk nie będzie syty, ani owca nie będzie cała.

Największy plus całej sytuacji jest taki, że wreszcie mamy o czym rozmawiać. I – dzięki przesunięciu premiery PEKI na maj – mamy czas, aby rozmawiać. System PEKA w końcu przestaje być Świętym Graalem, o którym wszyscy słyszeli i nikt go nie widział.

Jest w końcu konkretna propozycja. Ma swoje plusy i minusy. Teraz liczę na rozsądek ze strony radnych. Bo to tak naprawdę oni będą decydować o ostatecznym kształcie oferty i od nich zależy, jak przebiegnie ta wcale niemała rewolucja w naszej komunikacji miejskiej.

Seweryn Lipoński / 30 listopada 2013